Pierwsza dama polskiej sceny miała 102 lata. Urodziny obchodziła kilka dni temu. Jej największą miłością był teatr. Nie przestała grać do samego końca. Trudno żegna się tak wspaniałego Człowieka. Pani Danuta to było dobro, mądrość, siła i piękno w czystej postaci. Kochała życie w każdych odcieniach. Uczyła nas jak żyć, jak kochać życie i jak się starzeć. Żegnamy.


O śmierci Pani Danuty poinformował Teatr Rozmaitości, z którym związana była do samego końca:

– Ludzie często mnie pytają, co robić, aby tak długo żyć? Nie wiem. Ja niczego specjalnego nie robię. Po prostu kocham życie we wszystkich jego barwach, odcieniach i cieniach. Życie jest cudem. Zawsze – tak mówiła “Dziennikowi Teatralnemu”, odpowiadając na powracające regularnie pytanie o jej przepis na długowieczność.

Scena była jej żywiołem

– Właściwie jestem szczęśliwa, bo jeżeli się kocha zawód i może się go wykonywać, to człowiek jest szczęśliwy – tak mówiła o swoim życiu. Nie ukrywała, że jej największą miłością jest teatr.

– Danusia zawsze była otwarta na życie. Ale widać, że kiedy zajmuje się teatrem, to jest w tym cała prawda. Każda jej rola błyszczy jak kryształ. Praca z nią należy do największych przyjemności reżysera. Ona jest tym kamertonem, który pozwoli oceniać czystość gry całej orkiestry – tak o Danucie Szaflarskiej mówił Erwin Axer.

Chociaż to role filmowe przyniosły jej największą popularność. Zagrała m.in. w “Zakazanych piosenkach”, “Skarbie”, “Ludziach z pociągu”, “Korczaku”, “Pożegnaniu z Marią”.  W 2007 roku wielkie uznanie widzów i krytyki przyniosła jej główna rola w filmie Doroty Kędzierzawskiej “Pora umierać”, za którą otrzymała nagrodę dla najlepszej aktorki na festiwalu w Gdyni oraz Polską Nagrodę Filmową – Orła.

Dwa małżeństwa Pani Danuty zakończyły się rozwodami. Samotnie wychowywała dwie córki. Lecz choć była sama, nigdy – jak sama mówiła – nie czuła się samotna: – Jestem z kochającej rodziny i sama mam taką rodzinę, a w teatrze mam zespół. Zresztą jak można się czuć samotnym, skoro na świecie jest tyle cudownych rzeczy?

Przetrwała gehennę

W 1944 roku Danuta Szaflarska brała udział w Powstaniu. O wojennym koszmarze nie chciała zbyt wiele opowiadać: – Tego się nigdy nie zapomni, do śmierci. Ani wojny, ani tych bomb, ani trupów. Tych strasznych rzeczy się nie zapomina. 63 dni spało się na podłodze. Nie przebierałam się, nie myłam, nie było gdzie. Nie chcę o tym opowiadać, bo mi to szkodzi, źle się potem czuję.

– Trudno mi dziś zrozumieć, jak udało nam się przetrwać tę gehennę aż 63 dni. Okazuje się, że człowiek jest w stanie przywyknąć do wszystkiego – mówiła w wywiadzie dla dziennika “Rzeczpospolita”.


pap-maly Zdjęcie główne: Danuta Szaflarska; PAP/Paweł Supernak