Reklama

Skoro wiemy, że Kreml ingeruje w USA, w Wielkiej Brytanii, we Francji, we Włoszech czy Hiszpanii, to dlaczego miałby się przed tym powstrzymywać w znacznie bliższej Polsce? Czas przyznać, że przeciwnik nie jest śmieszny, zaściankowy, lokalny i krajowy. Czas wreszcie przyznać, że mamy do czynienia z groźnym zewnętrznym wrogiem, którego narzędziem jest PiS – mówi nam w obszernej rozmowie Tomasz Piątek, dziennikarz, autor książek o tajemnicach Macierewicza i Morawieckiego. Rozmawiamy o jego nowej książce o Mateuszu Morawieckim i wpływie rosyjskich służb i biznesu na sytuację, także polityczną w Polsce. Pytamy, czy PiS to tylko marionetka, czy może coś więcej, co w IPN znajdziemy o Kornelu Morawieckim, a także komu na rękę jest skłócanie Polaków.

JUSTYNA KOĆ: „Morawiecki i jego tajemnice” to tytuł kolejnej szokującej książki pana autorstwa, dotyczącej ingerencji i powiązań Rosji z polskimi politykami. Tym razem wziął pan na warsztat Mateusza Morawieckiego, premiera rządu polskiego, piątego co do wielkości kraju UE. Dowodzi pan, że Morawicki od dawna miał powiązania z Rosją, podobnie jak jego ojciec.

TOMASZ PIĄTEK: Fakty ujawnione przeze mnie można znaleźć w oficjalnych dokumentach. Dowody na to, że zarządzany przez Mateusza Morawieckiego bank BZ WBK wspierał rosyjskich oligarchów, znajdują się w firmowych raportach i sprawozdaniach. Chodzi nie tylko o wspieranie kremlowskich miliarderów próbujących kupować polskie firmy. Mowa również o wspieraniu putinowskiej Rosji jako całości. W 2011 r. firma BZ WBK TFI należąca do banku Morawieckiego zachwalała inwestowanie w Rosji. Tak się składa, że w tym samym 2011 r. rosyjski dyktator Władimir Putin powierzył ściąganie zagranicznych inwestycji niejakiemu Kiriłłowi Dmitriewowi. A pan Dmitriew to kremlowski dygnitarz powiązany z Tomaszem Misiakiem, przyjacielem i partnerem biznesowym Morawieckiego.

Te informacje były dostępne od dawna dla każdego, kto chciałby poszukać.

Reklama

Dokumenty spółek świadczące o związkach banku Morawieckiego z Rosją i kremlowskimi oligarchami istnieją od lat. Wiele z nich wisi nawet w Internecie.

Jeśli chodzi o sprawy dawniejsze, ale nie mniej ważne, to w Instytucie Pamięci Narodowej znajdują się dokumenty równie lub bardziej kompromitujące. Dokumenty te świadczą o esbeckim uwikłaniu organizacji Solidarność Walcząca i jej twórcy Kornela Morawieckiego, ojca i politycznego mentora premiera.

Niestety, esbeckimi aktami zajmują się przeważnie stronniczy i niewiarygodni badacze, tacy jak Sławomir Cenckiewicz czy Dorota Kania. Mówiąc językiem biblijnym, ich celem jest szukanie drzazg w oku lewicy i liberałów. W przypadku przeciwników politycznych każdy cień powiązania uznają za dowód winy.

Przegapiają natomiast jaskrawe dowody esbeckiego uwikłania osób takich jak Antoni Macierewicz czy Morawiecki senior.

Czyli to nie informatorzy, tylko żmudna praca siedzenia w archiwach i dokumentach przyniosła takie szokujące efekty? Dlaczego nikt o tym wcześniej nie mówił, nie wykrył?
Prawicowi dziennikarze nie badali powiązań Morawieckiego z oczywistych względów: przecież Morawiecki jest premierem prawicowego rządu. Co do dziennikarzy niezależnych i opozycyjnych polityków, to wielu z nich wciąż ulega dziecinnym złudzeniom. Takim złudzeniem jest to, że Rosja w Polsce nie ingeruje. Nie wiem, skąd ten pomysł. Sąsiadujemy z Rosją, która uważa nas za kraj nieprzyjazny, a nawet za swoją dawną prowincję. Skoro wiemy, że Kreml ingeruje w USA, w Wielkiej Brytanii, we Francji, we Włoszech czy Hiszpanii, to dlaczego miałby się przed tym powstrzymywać w znacznie bliższej Polsce?

Takich złudzeń znajdziemy więcej. Na przykład przekonanie, że jeżeli ktoś głośno krzyczy o swojej nienawiści do Rosji, to na pewno nie ma z Rosją nic wspólnego. To złudzenie przestało już być powszechne, na szczęście. Ale wciąż wielu z nas żywi inną naiwną wiarę.

Wierzymy, że polityk nieźle mówiący po angielsku i umiejący dobrać krawat do koszuli musi być przedstawicielem cywilizacji zachodniej. Nawet jeśli został premierem z ramienia partii obecnie rządzącej, jawnie antyzachodniej.

To jaki jest Mateusz Morawiecki?
Jego bank wspierał interesy rosyjskich oligarchów w Polsce. On sam prowadzi politykę antyzachodnią i antyukraińską, która służy Kremlowi w sposób oczywisty. Wiele łączy Morawieckiego z Władimirem Jakuninem. To kremlowskich dygnitarz i oligarcha, przyjaciel Putina, a wcześniej wysoki funkcjonariusz KGB (dokładnie rzecz biorąc, zagranicznego wywiadu: był pierwszym sekretarzem misji sowieckiej przy ONZ).

Jakunin to człowiek potężny i niebezpieczny. Sponsoruje tzw. Światowy Kongres Rodzin (ultraprawicowa międzynarodówka organizacji religijnych; jej partnerem są założyciele Ordo Iuris). Musi mieć wpływy w polskich służbach. Storpedował budowę portu rzecznego w Kędzierzynie Koźlu, która nie odpowiadała jego interesom – i zrobił to rękami m.in. funkcjonariuszy polskiej Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (w październiku 2019 r. „Wyborcza” dokładnie opisała ten skandal). Oligarcha wykorzystał przy tym również swoje wpływy w PKP. Zapewne niemałe, gdyż Jakunin to potentat w branży międzynarodowych przewozów kolejowych. A wcześniej – szef rosyjskich kolei państwowych.

I tu znowu trafiamy na Mateusza Morawieckiego. W 2011 r. bank Morawieckiego zarekomendował polskiej Grupie PKP wpisanie kontrolowanej przez Jakunina firmy Wtoraja Gruzowaja Kompania do grona kilku potencjalnych nabywców PKP Cargo.

Gdyby PKP Cargo trafiło w ręce Rosjan, musielibyśmy za to „dziękować” Morawieckiemu.

Mateusz Morawiecki wspierał też przyjaciela Jakunina, rosyjskiego oligarchę Wiaczesława Kantora, kiedy ten chciał przejąć polską Grup Azoty. Dodajmy, że starania Kantora miały miejsce w latach 2012-2016 r. Zatem również wtedy, gdy Morawiecki był premierem RP z ramienia PiS.

Mówiąc językiem korporacyjnym, wsparcie Morawieckiego dla oligarchy Kantora było kompleksowe. Bank Morawieckiego oferował Kantorowi kredyt na zakup akcji Azotów. Dom maklerski Morawieckiego pomagał Kantorowi kupować te akcje… Tu trudno nie wspomnieć, że Wiaczesław Kantor to ten sam człowiek, który później upokorzył Polskę podczas obchodów wyzwolenia Auschwitz w Jerozolimie. Kantor organizował te obchody – i zaprosił Putina, aby przyjechał i przemówił. Takiego zaproszenia odmówił prezydentowi RP, Andrzejowi Dudzie.

Teraz Mateusz Morawiecki udaje wielkiego przyjaciela demokratycznej Białorusi. Jednak w 2016 r. pojechał do białoruskiego dyktatora Łukaszenki prosić go o pomoc w handlu z Rosją. Przypomnijmy: po napaści Putina na Ukrainę kraje zachodnie zastosowały sankcje wobec Rosji – a Kreml odpowiedział kontrsankcjami blokując ostentacyjnie import towarów konsumpcyjnych z Zachodu. Rosja popadła wtedy w kłopoty, bo wielu produktów nie produkowała, tylko właśnie importowała. Ukraina miała nadzieje, że te trudności skłonią Putina do wycofania się z zagarniętych terytoriów. Ale Putin nie chciał się wycofać – ani z Ukrainy, ani z oficjalnej blokady importu towarów zachodnich. Być może wiedział, że znajdą się tacy, którzy dyskretnie pójdą mu na rękę.

Nie mylił się: Morawiecki z Łukaszenką spotkali się i radzili, jak mimo napaści na Ukrainę eksportować towary do Rosji – z korzyścią dla PiS i dla Putina, jak również dla białoruskiego reżimu.

Białoruś zarabiała wtedy na zinstytucjonalizowanym szmuglu. Towarom zachodnim przybijano metkę białoruską i spokojnie wjeżdżały do Rosji. Zatem Morawiecki chciał wziąć udział w działalności, która wbijała nóż w plecy Ukrainie – i Polsce. Musimy bowiem pamiętać, że niezależna i stabilna Ukraina to gwarancja naszego bezpieczeństwa. Musimy też pamiętać, że cały Zachód wypowiedział się wówczas przeciw Rosji. Może nie dość ostro, ale jednak zdecydowanie. A Morawiecki z tego się wyłamał.

Do tego należy dodać liczne skandaliczne wypowiedzi Mateusza Morawieckiego. Jak wtedy, gdy Morawiecki pojechał do papieża i przekonywał go, że Ukraina to państwo upadłe, z którego uciekają setki tysięcy uchodźców… Dokładnie taką samą opowieść o Ukrainie szerzy Kreml.

Takich wypowiedzi, takich powiązań, takich faktów jest więcej. Tutaj przytaczam tylko niektóre przykłady. Każdemu, kto chce poznać pełen obraz, polecam książkę „Morawiecki i jego tajemnice” i dwuczęściowy film „Mateusz Morawiecki. Kariera nieznana” dostępny gratis w serwisie YouTube, na kanale Wydawnictwa Arbitror.

Część pierwsza:

Część druga:

Polecam również hashtag #MorawieckiKarieraNieznana, który zaczął się rozchodzić na Twitterze.

Wśród powiązań Mateusza Morawieckiego istotne są jego koneksje z organizatorami afery taśmowej z 2014 r., m.in. z Markiem Falentą. W grudniu 2014 r. Morawiecki zeznał w ABW, że nigdy nie zetknął się z Falentą. Tymczasem dowody – wśród nich zeznania samego Falenty – świadczą, że obaj panowie się zetknęli. Dlatego złożyłem doniesienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złożenia fałszywych zeznań przez Mateusza Morawieckiego.

Te okoliczności mają szczególne znaczenie. W książce „Obcym alfabetem” Grzegorz Rzeczkowski udowadnia, że afera taśmowa była operacją rosyjskich służb specjalnych. Kreml postanowił ukarać Donalda Tuska za poparcie dla Ukrainy i wesprzeć antyzachodnią partię PiS. Rzecz jasna, wszyscy pamiętamy, że PiS używało również retoryki antyrosyjskiej. Jednak

po 2014 r. głównym wrogiem partii stał się Zachód i jego wartości, a retoryka antyrosyjska została w wielkiej mierze porzucona. Możemy się tylko domyślać, dlaczego.

Czy Morawiecki, PiS to tylko pionki, które są wykorzystywane przez Rosjan, czy może coś więcej?
Im prędzej przestaniemy się łudzić, że kierownictwo PiS jest głupie, tym lepiej dla nas. Kierownictwo PiS wie, co robi. Partia wygrała 6 wyborów z rzędu. Morawiecki też wie, co robi. To sprawny człowiek. Historyk z wykształcenia, bez doświadczenia w obracaniu pieniędzmi, zostaje prezesem wielkiego banku i trzyma się na tym stanowisku przez wiele, wiele lat. Potem zostaje wicepremierem odpowiedzialnym za gospodarkę, rozwój i finanse. W końcu awansuje na premiera… Kim jest człowiek, któremu to wszystko się udaje? Kimś bardzo sprawnym. Jeśli ktoś taki prowadzi działalność szkodliwą, to świadomie i zazwyczaj skutecznie.

Nam się zdaje, że ciągle żyjemy w czasach, gdy PiS potykał się o własne sznurowadła. Wciąż próbujemy wyśmiewać PiS. Ale żarty się skończyły, i to lata temu. PiS ma sprawne narzędzia i potężnych sojuszników. Rosjanie popierają tę partię co najmniej od 2014 r. Już w 2010 r. Kreml pomagał pisowcom szerzyć spiskowe teorie o zamachu smoleńskim. Te teorie były pozornie niekorzystne dla Rosji, jednak na świecie niemal powszechnie je ignorowano lub wyśmiewano. Natomiast w Polsce przyniosły Kremlowi wiele korzyści, ponieważ rozbiły polski naród na dwa wrogie plemiona.

Te plemiona bardziej zainteresowane są walką ze sobą, niż z wrogiem zewnętrznym. To w oczywisty sposób dobre dla Kremla i dla jego polskich narzędzi, takich jak PiS i Konfederacja.

Kierownictwo PiS musi o tym wszystkim wiedzieć. Być może na początku swojej zależności od Kremla liderzy partii nie do końca byli świadomi, w co się pakują. Ale dziś na pewno tak nie jest. Przecież pisowcy powtarzają te same chwyty i zabiegi polityczne, które Putin stosował w Rosji. Robią to dokładnie, stosując identyczne kroki i sztuczki, jak gdyby czytali z kremlowskiego podręcznika. Dobrze to widać w przypadku wprowadzania tzw. stref wolnych od propagandy homoseksualizmu, co opisałem w portalu Arbinfo (https://arbinfo.pl/dlaczego-kolejne-miasta-probuja-zrobic-z-siebie-strefy-wolne-od-lgbt/; https://arbinfo.pl/posel-smolinski-z-pis-ktory-zwalcza-lgbt-wedlug-kremlowskich-wzorow-mial-biznesowe-powiazania-z-rosja/).

Gdzie był zatem polski wywiad, kontrwywiad, kiedy przygotowywana była afera taśmowa?
O tym, że w aferze taśmowej są rosyjskie tropy, wiadomo było od początku. Wszyscy pamiętamy, co powiedział Donald Tusk: scenariusz afery pisano obcym alfabetem, związani z nią są importerzy rosyjskich paliw, jak np. Marek Falenta.

Ale to już po wybuchu afery. A ja pytam, dlaczego do niej doszło. Gdzie służby były wtedy?
O ile wiem, w warszawskiej ABW służyła wówczas osoba powiązana z organizatorami afery taśmowej. Trudno jednak powiedzieć, w jakiej mierze mogła utrudniać śledztwo. Czy jedno zgniłe jajo oślepiłoby cały kontrwywiad? Raczej nie. Główną przyczyną ślepoty musiały być chaos, biurokracja, atmosfera rozleniwienia wśród zwierzchników. To w takiej atmosferze agenci przeciwnika mogą działać bez przeszkód. To w takiej atmosferze lekceważy się sygnały. Przy czym odpowiedzialność ponoszą nie tylko służby. Wina leży również po stronie polityków. Według moich informatorów niektórzy oficerowie służb alarmowali swoich przełożonych. Jednak zwierzchnicy wybrali „łatwiejszą”, tak naprawdę zwodniczą drogę.

Niektóre źródła mówią, że problemem był Donald Tusk, który – jak większość z nas – niezbyt lubił służby specjalne, doniesienia o sieciach wpływu i wrogich operacjach wywiadowczych etc. Podobno nie chciał o takich rzeczach słuchać.

Tusk jednak zdobył się na to, żeby powiedzieć Polkom i Polakom o scenariuszu „pisanym obcym alfabetem”. Musiał więc zobaczyć dowody. Potem jednak niechętnie wracał do tej sprawy. Wielka szkoda.

Zastanawiam się również, do jakiego stopnia słuszna była dymisja Bartłomieja Sienkiewicza, ministra spraw wewnętrznych i koordynatora służb specjalnych. Panowało przekonanie, że Sienkiewicz jako minister i człowiek służb się skompromitował, bo dał się nagrać. Bardzo słuszne przekonanie, jednak kompromitacja okazuje się mniejsza, gdy wiemy, że to nie jacyś przypadkowi kelnerzy podsłuchali ministra, tylko sprawny i potężny wróg. Restauracja Sowa & Przyjaciele została założona przez Krzysztofa Janiszewskiego z Grupy Radius, powiązanej z Rosją i rosyjską mafią. Podsłuchy podkładali restauracyjni menedżerowie, którzy wcześniej podsłuchiwali gości w restauracji Lemongrass – założonej przez dyrektora rosyjskiego koncernu Lukoil za pieniądze rosyjskiej mafii. Gdy rozeszła się plotka o podsłuchach w Lemongrassie, wtedy Janiszewski założył Sowę i nowy lokal przejął podsłuchowych menedżerów-kelnerów. A Lemongrass zlikwidowano, i to w bardzo ciekawy sposób. Do Polski przyjechał niejaki Oleg Jeremiejew z Kaliningradu – absolwent uczelni FSB, czyli rosyjskich służb specjalnych. Pan Jeremiejew kupił spółkę Jasmin, do której należała restauracja Lemongrass. A potem zlikwidował tę spółkę. Najwyraźniej rosyjskie służby chciały dopilnować zacierania śladów. Zostały tylko zapisy w Krajowym Rejestrze Sądowym, gdzie czytamy o przejęciu spółki przez Jeremiejewa.

Czy zatem opozycja jest tego świadoma?
Dobre pytanie. Obawiam się, że wielu przedstawicieli opozycji kompletnie nie ma świadomości, z czym się zmaga. Na szczęście mamy też polityków świadomych – jak Tomasz Siemoniak, Joanna Kluzik-Rostkowska, Adam Szłapka i Urszula Zielińska w KO, jak Anita Kucharska-Dziedzic, Joanna Scheuring-Wielgus i Maciej Gdula na Lewicy, jak Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Hanna Gill-Piątek, Michał Kobosko i gen. Mirosław Różański w obozie Szymona Hołowni. Oni mają świadomość zagrożenia.

Niestety, gdzie indziej wciąż można się zetknąć z zamykaniem oczu na sprawy oczywiste, a nawet z panicznym chowaniem głowy w piasek.

Strusie działają na niekorzyść Polski, ale też na własną niekorzyść.

Nie tylko dlatego, że wszyscy musimy bronić naszej niepodległości przed wrogiem zewnętrznym. Także dlatego, że świadomość zagrożenia zewnętrznego rozwiązałaby podstawowy problem opozycji, jakim jest letnie zaangażowanie wielu wyborców. Politycy-strusie wzywają Polki i Polaków na wielką wojnę ze „śmiesznym, zaściankowym Kaczyńskim”. A potem się dziwią, że Polki i Polacy nie chcą uczestniczyć w śmiesznej, zaściankowej wojnie. I zbierają pogardę, gdy ciągle przegrywają z tym „śmiesznym, zaściankowym Kaczyńskim”.

Czas przyznać, że przeciwnik nie jest śmieszny, zaściankowy, lokalny i krajowy. Czas wreszcie przyznać, że mamy do czynienia z groźnym zewnętrznym wrogiem, którego narzędziem jest PiS.

Oczywiście rozumiem obiekcje tych, którzy mówią, że program polityczny nie może być tylko negatywny. „Nawet gdy anty-PiS stanie się anty-Kremlem, to nie rozwiąże wszystkich problemów” – słyszę od niektórych rozmówców. Mają rację. Ale program walki z Kremlem to nie tylko program negatywny. Chodzi przecież o to, żeby pogłębić naszą integrację z Europą i Zachodem. Aby bronić się przed Putinem, musimy zmienić edukację i dofinansować kulturę, bo myślenie jest najpotężniejszą bronią przeciw kłamstwu i zdradzie. Potrzebne są reformy cywilizacyjne. Trzeba zainwestować w szeroko rozumianą armię i dyplomację. Nie tylko w czołgi, ale też w wykształconych ludzi, którzy będą zbierać informacje, przetwarzać je, zwalczać dezinformację, wspomagać nas na Zachodzie – jak również oddziaływać na Wschód i Rosję, aby wspierać tam demokratyczną opozycję. To wymagałoby zatrudnienia dziesiątek tysięcy młodych informatyków i humanistów, którzy będą odpierać kłamstwa Moskwy i Pekinu w Internecie. Zatem mowa o nowych sensownych ścieżkach kariery dla wielu absolwentów.

Rzecz jasna, opozycja może wdrożyć taki program dopiero po tym, jak wygra wybory. To nie będzie proste, gdyż opozycyjne partie są wewnętrznie skłócone. Dlaczego tak się dzieje? Proszę sobie przypomnieć, co robiła komunistyczna Służba Bezpieczeństwa w latach 70. i 80. To nie były czasy Stalina. Gierek i Jaruzelski wiedzieli, że nie mogą trzymać w więzieniach wszystkich przeciwników, nie mówiąc już o zabijaniu. Zatem nie zabijali, tylko rozbijali. Esbecy podsycali kłótnie i konflikty wewnątrz opozycji. To samo dzieje się teraz. Nie mamy SB, ale mamy CBA, które przeobraziło się w policję polityczną. Nie mamy wywiadu i kontrwywiadu, ale mamy służbę, która zajmuje się dyscyplinowaniem partii rządzącej i osłabianiem ruchów opozycyjnych.

Mam powody przypuszczać, że niekiedy i Rosjanie ingerują w działalność niektórych partii opozycyjnych. Pewną kontrowersyjną osobą, której działalność dzieli opozycję uliczną w Polsce, zainteresowali się nawet Chińczycy.

Jest pan osobą, która głośno mówi, że rosyjskie służby zmieniły rząd w Polsce, że dalej ingerują. Nie boi się pan o swoje życie?
Jeśli pyta pani o możliwość zamachu na moją osobę, to nie, nie boję się. Nie sądzę, żeby Rosjanie popełnili taki błąd. Oni raczej uczą się na błędach. Nauczyli się, że rosyjska opinia publiczna akceptuje zabijanie dziennikarzy, ale w innych krajach to bywa przeciwskuteczne. Ludzie związani z Rosją zabili dziennikarza Georgia Gongadzego na Ukrainie, co wywołało głośne protesty. One zaś przyczyniły się do antykremlowskiego Majdanu. Rosjanie widzieli też, co się stało w Słowacji po zabójstwie dziennikarza Jana Kuciaka. Zatem nie boję się trucizny w herbacie. Jestem niszczony inaczej. Żaden z opisanych przeze mnie polityków nie odważył się mnie pozwać. Mateusz Morawiecki w rozmowie z „Polska The Times” publicznie przyznał, że tego nie zrobi. Zamiast tego pozwolił sobie na groźbę w mafijnym stylu. Powiedział, że „zdrowia mi życzy”. Pozywają mnie za to gangsterzy i miliarderzy związani z Rosją i Kremlem. Dwa procesy wytoczył mi przyjaciel i partner biznesowy Morawieckiego, Tomasz Misiak – powiązany również z putinowską Rosją i Markiem Falentą. Do tego dochodzi nieustająca fala anonimowego, częściowo niepolskiego hejtu w Internecie. Ale to już przestało robić na mnie wrażenie.

Hejterów natychmiast blokuję.

Co nas czeka dalej, czego chcą Rosjanie? Czy wygrana Joe Bidena i zmiana na stanowisku prezydenta Stanów Zjednoczonych coś może zmienić?
Świat bardzo się zmienił, ale my wciąż myślimy kategoriami dwudziestowiecznymi. Czasem nawet tymi z XIX wieku. Dziś słowa takie jak siatka szpiegowska albo spisek nie odzwierciedlają tego, z czym mamy do czynienia w teraźniejszości. Mówimy o sieciach wpływu, które są rozgałęzione, elastyczne i niejednorodne. Niektórzy z członków tych sieci należą do nich nieświadomie lub nie do końca świadomie. Kiedy operuje się takim złożonym narzędziem, to nie tworzy się precyzyjnych, wieloletnich planów. Raczej patrzy się na to, jakie przeciwnik popełnia błędy w danej sytuacji, gdzie się odsłonił… Każdego dnia się rozważa nowe możliwości zagospodarowania kolejnej części szachownicy.
Trzeba pamiętać, że w Rosji istnieje kult szachów. Przedstawiciele rosyjskich elit od dziecka uczą się myśleć w ten sposób. Niestety, my myślimy raczej jak warcabiści – kto kogo kopnie, kto nad kim przeskoczy. Być może to się sprawdza w małych, lokalnych rozgrywkach. Gorzej jednak wypada na większej planszy.

Z mojej wiedzy wynika, że na Kremlu trwa coś w rodzaju nieustającego konkursu. Różne służby, różne frakcje, różni oligarchowie rywalizują o to, kto przyniesie Putinowi lepszy plan zagospodarowania kolejnej części szachownicy. Przypuszczam, że w głębi duszy Rosjanie chcieliby, aby w Polsce rządziła Konfederacja lub ktoś podobny. Ludzie tacy jak Grzegorz Braun, którzy otwarcie przyznają się, że nienawidzą Zachodu i kochają wschodnich, słowiańskich braci. Jednak Rosjanie są mądrzy. Wiedzą, że jeszcze do tego nie dojrzeliśmy, chociaż pracują nad tym bombardując nas antyzachodnimi kłamstwami.

Obecnie najbardziej pożądanym celem Kremla jest to, żeby Polska niszczyła Unię od środka. I tak się dzieje.

To jest plan A, którego wdrażanie właśnie widzimy. Ale ludzie Putina pracują też nad planem B (niekoniecznie sprzecznym z planem A, ale realizowanym niezależnie od niego). Rozbijają nie tylko Unię, ale też samą Polskę. Chodzi o to, żeby Polacy byli ze sobą jak najbardziej skłóceni. Chodzi o sprowadzenie nas do takiego stanu, jak w XVIII wieku. Pamiętamy to z lekcji historii: anarchiczna miazga sarmacka, wściekła i słaba zarazem, którą Rosjanie bez większych problemów mogą wziąć pod but.

Pytanie o Joe Bidena to kolejne dobre pytanie. Jego zwycięstwo mogłoby wiele zmienić. Jak zareagowałaby na nie propaganda PiS? Czy liderzy partii mogliby to przełknąć i udawać dalej przyjaciół USA? Czy raczej ogłosiliby, że Ameryka stała się kolejnym wielkim wrogiem Polski, gdyż zgniłe elity ze Wschodniego Wybrzeża przejęły rządy?

Administracja Bidena prawdopodobnie będzie mocno wspierać opozycję w Polsce. Mam nadzieję, że wesprze również niezależne polskie media. Widzę bowiem, że one są niszczone – także finansowo – przy pomocy procesów, odcinania reklam, gróźb „repolonizacji”. Równocześnie rząd wspiera dużymi pieniędzmi media przyjazne PiS.

W tej sytuacji rozumiem lęk, którzy się szerzy w wolnych mediach. Jednak trzeba przerwać rozkręcającą się spiralę strachu. Nie wolno pokazywać przeciwnikowi, że się boimy, bo jeszcze bardziej będzie nas zastraszać. Jeśli ze strachu przed procesem przemilczymy dzisiaj dwa tematy, jutro będziemy musieli przemilczeć dziesięć.


Zdjęcie główne: Tomasz Piątek, Fot. Jakub Hałun, licencja Creative Commons

Reklama