Reklama

Nie wiemy, jak ta pandemia będzie się rozwijać. Można przypuszczać, że jesteśmy dopiero na początku. Wątpliwości co do tego, co będzie za miesiąc lub półtora, działają na rzecz tezy o konieczności przełożeniu wyborów na jesień – mówi nam dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. – Moim zdaniem odbywa się taki zamach stanu pod przykrywką zagrożenia epidemiologicznego, w którym się aktualnie znajdujemy. Tutaj potrzebne są stanowcze protesty społeczeństwa i opozycji, ale ta władza wie, że w warunkach zagrożenia epidemiologicznego społeczeństwo na ulicę nie wyjdzie protestować – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Rzecznik prezydenta potwierdził, że wybory odbędą się 10 maja, opozycja domaga się ich przełożenia. Czy można przeprowadzić prawdziwe wybory w takich warunkach?

JACEK KUCHARCZYK: Jest sprawą oczywistą, że demokratyczne wybory 10 maja się nie odbędą. Być może odbędzie się głosowanie, jeśli PiS się uprze. Jednak w sytuacji pandemii, o której nie wiemy, jak długo potrwa, prowadzenie kampanii wyborczej, a nawet zbieranie podpisów jest praktycznie niemożliwe. Moim zdaniem nie ma mowy o wyborach 10 maja, które spełniłyby konstytucyjne warunki określające wolne wybory. Rozumiem, że rząd i władza PiS prze do tych wyborów, dlatego że obecnie Andrzej Duda jest w dużo lepszej sytuacji, niż inni kandydaci.

Zanim wybuchła pandemia kampania Dudy była w dużych tarapatach. Teraz kampania prezydencka może się odbywać z pominięciem konkurentów, a wszystkie głosy krytyczne wobec tego, co robi Andrzej Duda czy rząd PiS, można zbywać jako sianie paniki.

Prezydent pod hasłem „wizyt gospodarskich” rzekomo związanych z walką z epidemią koronawirusa prowadzi kampanię, której nie mogą prowadzić inni kandydaci czy kandydatka. To jest chyba najważniejszy powód, dla którego PiS chce szybkich wyborów. Moim zdaniem odbywa się taki zamach stanu pod przykrywką zagrożenia epidemiologicznego, w którym się aktualnie znajdujemy. Tutaj potrzebne są stanowcze protesty społeczeństwa i opozycji, ale ta władza wie, że w warunkach zagrożenia epidemiologicznego społeczeństwo na ulicę nie wyjdzie protestować.

Reklama

Zamach stanu to mocne słowa.
Jeżeli wybory nie zostaną przełożone na termin, który umożliwi realną, prawdziwą kampanię, prezentację i debatę kandydatów, a także rozliczenie Andrzeja Dudy z tego, co robił przez ostatnie 5 lat pierwszej kadencji, będzie to istotne naruszenie zasad konstytucyjnych.

Temat koronawirusa i działania na rzecz ograniczania zasięgu epidemii przykryły wszystkie inne kwestie i sprawy, na przykład te związane z zamachem na sądy, łamaniem konstytucji przez prezydenta czy korupcją polityczną (Banaś i inni!) w szeregach władzy.

O tym wszystkim teraz nie da się rozmawiać, bo każdy polityk czy komentator zostanie zakrzyczany, że teraz trzeba ratować Polskę przed epidemią, a nie rozliczać władzę za to, co robiła 5 lat. To samo dotyczyć będzie rozliczenia PiS za stan służby zdrowia, który utrudnia skuteczne stawienie czoła epidemii.

Nie ma możliwości do debaty wyborczej, bo mamy stan zagrożenia i teraz politycy i publicyści, nie tylko „dobrej zmiany”, ale i niektórzy lewicowi, pouczają, że trzeba dać rządowi działać, a nie „siać panikę”.

W takich warunkach kampanii prowadzić się nie da i stąd to dążenie PiS do utrzymania terminu wyborów. Moim zdaniem to będzie naruszenie konstytucji, po raz kolejny zresztą przez tę władzę.

Nie powinno nas to chyba zaskakiwać?
To prawda. Do tej pory mieliśmy wątpliwości i podejrzenia, czy te wybory będą demokratyczne po zmianach, które wprowadził PiS – po upolitycznieniu PKW i zrobieniu z TVP tuby propagandowej rządu.

Ta kampania w TVP w czasach zarazy przebija zresztą wszystko, co było do tej pory.

Co powinna robić opozycja?
Powinna wyraźnie mówić każdego dnia, że kampania w takich warunkach jest niemożliwa do prowadzenia. Niektórzy kandydaci zawiesili w ogóle swoją działalność i to chyba słuszne podejście. Trzeba pokazać i powtarzać, że nie da się pogodzić stanu nadzwyczajnego, jakim de facto jest obecny stan zagrożenia epidemiologicznego, z uczciwą kampanią wyborczą, a i same wybory w maju stają pod znakiem zapytania.

My nie wiemy, jak ta pandemia będzie się rozwijać. Można przypuszczać, że jesteśmy dopiero na początku. Wątpliwości co do tego, co będzie za miesiąc lub półtora, działają na rzecz tezy o konieczności przełożeniu wyborów na jesień.

Czy na dłuższą metę koronawirus będzie obciążał rząd? Na razie poparcie się utrzymuje, a minister zdrowia staje się gwiazdą rządu. Jak będzie za miesiąc czy dwa – kiedy okaże się dobitnie, że służba zdrowia nie działa, a firmy bankrutują?
Być może to kolejny powód, dla którego PiS boi się przedłużenia kampanii i przesunięcia wyborów.

Gdyby rzeczywiście 10 maja Duda wygrał w I turze, co w obecnych warunkach wydaje się możliwe, to mają spokój i nie będą rozliczeni przez wyborców przez kolejne lata, do wyborów parlamentarnych.

Jesienią będzie można ocenić, co prezydent i rząd zrobili, aby ograniczyć negatywne społeczno-ekonomiczne skutki pandemii, które mogą okazać się gorsze, niż sama pandemia. Uderzenie w gospodarkę europejską i światową może mieć bardzo poważne skutki dla Polski. Oczywiście do 10 maja rząd będzie miał czas, aby ogłosić pewne posunięcia, ale pytanie, na ile one się sprawdzą na dłuższą metę. Być może do 10 maja te negatywne skutki nie będą jeszcze tak bardzo powszechnie odczuwalne.

Podejrzewam, że w obozie władzy jest obawa o to, co będzie jesienią, kiedy będziemy mieli pełny obraz nie tylko epidemiologiczny, ale też gospodarczy.

Wtedy będzie można rozmawiać o tym, co ten rząd zrobił, jak reagował w obu wymiarach. Wówczas kampania byłaby okazją nie tylko do rozliczenia Andrzeja Dudy, ale też władzy PiS-u za to, jak się zachowali w czasie pandemii. PiS boi się tej rozmowy i boi się rozliczenia w trybie wyborczym.


Zdjęcie główne: Jacek Kucharczyk, Fot. Instytut Spraw Publicznych

Reklama