Reklama

To był piękny świąteczny prezent dla Legii Warszawa. Wyniki meczów 20 kolejki PKO Ekstraklasy ułożyły się tak, że przed Wojskowymi pojawiła się szansa, by spędzić ligową przerwę w fotelu lidera ze sporą, pięciopunktową przewagą. I choć została ona koncertowo zmarnowana, to trzeba przyznać, że jeszcze nie tak dawno temu raczej nikt w Warszawie nie spodziewał się, że Legia przezimuje na pierwszym miejscu w lidze.

Jeszcze dwa miesiące temu nastroje panujące wokół Legii Warszawa nie były, delikatnie mówiąc, najlepsze. Do prestiżowego meczu z Lechem Poznań Wojskowi przystępowali po dwóch porażkach, trybuny wyrażały swoje niezadowolenie z sytuacji w klubie, a media donosiły, że w przypadku porażki na Łazienkowskiej może dojść do kolejnej zmiany trenera.

Legia nie grała złego meczu – dobrze prezentował się między innymi przesunięty ze skrzydła na środek Brazylijczyk Luquinhas – ale w 55 minucie to poznaniacy cieszyli się z prowadzenia po golu Darko Jevtica. W poprzednich spotkaniach strata bramki oznaczała dla Legii problemy – Wojskowi w pierwszej części sezonu nie imponowali w ofensywie. Tym razem było inaczej. Wyrównał mocno krytykowany Arvydas Novikovas, a zwycięskiego gola strzelił debiutujący Maciej Rosołek. Legia wygrała i był to dla niej przełomowy moment sezonu. Później przegrała jeszcze dwa mecze – z Pogonią Szczecin i Zagłębiem Lubin – ale atmosfera wokół zespołu zmieniła się o 180 stopni.

Morale wyskoczyło w górę po spektakularnych zwycięstwach na Łazienkowskiej – 7:0 z Wisłą Kraków i 5:1 z Górnikiem Zabrze.

Nagle okazało się, że Legia może grać w ofensywie widowiskowo i skutecznie. Świetnie sprawdził się na środku Luquinhas, który wzbogacił statystyki o 3 gole, imponujący powrót do ligi zaliczył Paweł Wszołek (4 gole, 5 asyst). Objawieniem okazał się młodziutki Michał Karbownik, o którym już dziś mówi się, że będzie najdrożej sprzedanym z Ekstraklasy zawodnikiem. Skutecznością zaimponowali obaj napastnicy – Jarosław Niezgoda (14 goli, lider klasyfikacji strzelców) i Jose Kante (6 goli). Dzięki temu kibicom łatwiej zapomnieć o wytransferowanym w niezbyt miłej atmosferze Carlitosie.

Reklama

Hiszpański napastnik jest niejako symbolem tego pierwszego, nieudanego etapu sezonu 2019/20. Nie dlatego, że grał źle. Dlatego, że grał mało. Aleksandarowi Vukoviciowi długi czas wypominano enigmatyczne ignorowanie najlepszego strzelca zespołu. Serbski szkoleniowiec stawiał w ataku na młodego Sandro Kulenovica, który dobrze wypadał w roli jokera, ale jako podstawowy napastnik zawodził. Dziwna relacja Vukovica i Carlitosa nie przyniosła nic dobrego poza jednym: solidnym zasileniem budżetu. Legia sprzedała i Hiszpana, i Kulenovica, dostała dobre pieniądze, a z formą trafili napastnicy, którzy zostali w klubie.

W międzyczasie Legia zdążyła jednak przegrać walkę o europejskie puchary. Niby z renomowanym przeciwnikiem – Rangers FC, niby minimalnie, o jedną bramkę, lecz efekt jest taki sam jak po blamażach z poprzednich lat:

brak pieniędzy z UEFA, strata punktów w rankingu. Wydawało się, że brak awansu do fazy grupowej Ligi Europy spowoduje kolejne trzęsienie ziemi w klubie

i pojawienie się nowej – po chorwackiej i portugalskiej – wizji. Tym razem jednak prezes Dariusz Mioduski zachował cierpliwość. Teraz może mieć małą satysfakcję – drużyna przezimuje na pozycji lidera, a atmosfera wokół klubu się uspokoiła. To miłe zakończenie tego dziwnego dla warszawskiego klubu roku. Kadencja Ricardo Sa Pinto, przejęcie sterów przez Vukovicia, stracone na rzecz Piasta Gliwice mistrzostwo, porażka w pucharach, słaby start sezonu – niewiele wskazywało, że rok Legioniści skończą w dobrych humorach.

Dla lidera teraz bardzo ważna zima. Po opublikowanym ostatnio raporcie finansowym widać, że w klubie przydałoby się trochę pieniędzy. Legia może je szybko zdobyć dzięki sprzedaży swoich zawodników: Radosława Majeckiego, Karbownika czy Niezgody. Będzie się to wiązało oczywiście z osłabieniem zespołu. Z klubem pożegna się zapewne też kilku niepotrzebnych graczy. Choć trener Vuković powtarza, że nie chce kolejnej rewolucji w składzie, niewykluczone, że w lutym przeciwko ŁKS zagra zespół różniący się personalnie od tego, który wyklarował się w ostatnich kolejkach. Przerwa będzie też wyzwaniem dla samego trenera – to pierwszy zimowy okres przygotowawczy, który trener zaplanuje sam. Wiosna musi dać ostateczną odpowiedź, jaka jest Legia Aleksandra Vukovicia. Właściciela i kibiców usatysfakcjonuje tylko jedna wersja – mistrzowska.


Zdjęcie główne: Stadion Legii Warszawa, Fot. Dominik Kwaśnik

Reklama