Reklama

Czarnek nie jest Kaczyńskiemu potrzebny do zarządzania inteligencją (nauczycielami, pracownikami akademickimi, uczonymi). Czarnek jest Kaczyńskiemu potrzebny do sprowokowania jak najbardziej radykalnego konfliktu z polską inteligencją. Taki konflikt zasłoni kłopoty z rolnikami, górnikami, a nawet z budżetem. A jak jeszcze wtrąci się do tego Unia, wówczas Kaczyński nie będzie miał już żadnego konkurenta w dziedzinie „obrony polskiej tradycji i suwerenności” – pisze Cezary Michalski

Mianowanie Przemysława Czarnka szefem specjalnie dla niego stworzonego superresortu edukacji, nauki, szkolnictwa wyższego… mogłoby się wydawać przejawem obłędu Jarosława Kaczyńskiego. Czarnek jest specjalistą właściwie tylko do jednej rzeczy, od nakręcania wojny kulturowej po stronie prawicy. Świetnie opanował cały jej pakiet – homofobię, mizoginię i polityczny klerykalizm.

Gdyby Margaret Atwood znała Przemysława Czarnka, uczyniłaby go modelem dla któregoś z opisywanych przez nią Komendantów Gileadu. Może nienadającego się od razu do rządzenia państwem (nawet tak mocno zideologizowanym i zdegenerowanym jak Republika Gileadu), ale za to wygłaszającego świetne przemówienia podczas wieszania niepokornych „podręcznych”.

To tak jakby Mieczysława Moczara wysłać po Marcu ’68 do ministerstwa kultury, edukacji, albo na szefa „Tygodnika Powszechnego”. Nawet Edward Gierek na coś takiego nie wpadł. I wysłał Moczara do Najwyższej Izby Kontroli.

Wojna Czarnka z nauczycielami i z inteligencją akademicką musi wybuchnąć. Kaczyński nie tylko nie może tego nie wiedzieć, on właśnie na to liczy.

Reklama

Do czego Kaczyński potrzebuje igrzysk

Mogłoby się wydawać, że Jarosław Kaczyński jako lider obozu rządzącego Polską – odpowiadającego za polskie państwo, gospodarkę, edukację, służbę zdrowia, spójność narodowej wspólnoty – ma jesienią 2020 roku ważniejsze problemy na głowie, niż zaostrzanie kulturowej wojny. Epidemia koronawirusa wchodzi w Polsce w swoje kolejne apogeum. Testując stan państwowych finansów (fatalny) i stan służby zdrowia (fatalny).

W dodatku oba te obszary pozostały bez liderów. Gowin dostał w nowym rządzie gospodarkę tylko dlatego, aby Kaczyński mógł w ten sposób upokorzyć Ziobrę, a także okazać pewne zniecierpliwienie Morawieckiemu. Natomiast

Niedzielski został ministrem zdrowia w czasie epidemii tylko dlatego, że Szumowski pozwolił się na epidemii zbyt ostentacyjnie uwłaszczać (także swojej rodzinie, a nawet swemu instruktorowi narciarskiemu).

Górnicy zostali spacyfikowani kłamstwem (które tym razem okazało się mieć jeszcze krótsze nogi), że unijne pieniądze będą do nich płynęły przez następne ćwierć wieku. Wizerunkowa „piątka dla zwierząt” uderzyła w tych ludzi na wsi, którzy zarabiają na hodowli zwierząt futerkowych (jeśli wierzyć najbardziej kompetentnej w tych sprawach red. Krystynie Naszkowskiej, chodzi o kilkanaście tysięcy ludzi) oraz na eksporcie mięsa z uboju rytualnego (jeszcze większa liczba, skoro eksport do Turcji, krajów arabskich oraz Izraela to 40 proc. całego polskiego eksportu mięsa).

Po co w takiej sytuacji rozkręcać wojnę z gejami, z kobietami (tymi bardziej liberalnymi i raczej z większych miast), a także z nauczycielami, pracownikami akademickimi i inteligencją? Odpowiedź jest prosta.

Kiedy autorytarna władza (a taki właśnie model rządzenia realizuje Jarosław Kaczyński) ma kłopoty z zapewnieniem dostaw chleba (w dzisiejszych warunkach oznacza to pieniądze dla ludzi i firm, rozwój gospodarczy, budżet państwa, produkcję przemysłową i rolną), wówczas podkręca temperaturę igrzysk.

W tej doraźnej politycznej logice zaostrzenie wojny kulturowej jest dla Kaczyńskiego opłacalne z paru dowodów.

Po pierwsze jego wizerunkowa (nawet jeśli jest w niej cień osobistego sentymentalizmu Wodza-mizantropa wobec puszystych stworzeń niebędących ludźmi) „piątka dla zwierząt” zagroziła poparciu dla PiS-u na wsi. Doszło do tego, że nawet PiS-owcy (począwszy od odchodzącego ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego, aż po Henryka Kowalczyka), a także prawicowi publicyści i propagandyści (począwszy od Rafała Ziemkiewicza po komentatorów Radia Maryja i Telewizji Trwam) uważają Kaczyńskiego za „marksistę kulturowego”. Cokolwiek by ten epitet nie znaczył, do tej pory zarezerwowany był dla ludzi na lewo od PiS.

Rozkręcenie i nagłośnienie wojny kulturowej w resorcie edukacji, nauki i szkolnictwa wyższego po mianowaniu Czarnka ministrem pozwoli z ogromną nadwyżką zagłuszyć te wszystkie zrzędzenia. Prawica kulturowa dostanie swoje igrzyska i dostanie je od Kaczyńskiego.

Jeśli chodzi o polską wieś, to klientelą wyborczą PiS-u wcale nie są eksporterzy mięsa czy hodowcy zwierząt futerkowych. Oni wszyscy zaliczają się już do „elit” („łże-elit”, „biznesowych elit” itp.). Klientelą PiS-u – również na wsi – są ludzie, dla których 500 plus (i inne drobne, lecz masowo dystrybuowane „dary” z budżetu państwa) to nie jest mało ważny dodatek do wypracowanych dochodów czy zarobionej pensji, ale podstawowe lub bardzo znaczące źródło comiesięcznego dochodu. Ci ludzie nie oberwą „piątką dla zwierząt”. Oni będą dostawali swoje pieniądze z budżetu państwa co miesiąc, dopóki się budżet państwa nie zawali albo inflacja nie pochłonie „darów” w stopniu zauważalnym.

Ideologiczne igrzyska w wykonaniu Czarnka – dostarczane na wieś i nagłaśniane przez państwowe media i radiomaryjnych proboszczów – będą dla nich dodatkową nagrodą.

Po drugie Kaczyński nie rozstrzygnął starcia ze Zbigniewem Ziobrą. Minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny, niezależnie od delikatnego postraszenia Kaczyńskiego hakami z prowadzonych i umarzanych śledztw, z jeszcze większą pewnością siebie przedstawiał się w czasie tego starcia jako jedyny ideowo integralny lider polskiej prawicy. Na pewno bardziej integralny – w kwestii nacjonalizmu, upolitycznionej wiary czy „suwerenności” – niż sam Jarosław Kaczyński.

Ziobro od pięciu lat był przecież bardziej od Kaczyńskiego niezłomny w sprawie atakowania LGBT, bronienia narodowców, osłaniania pedofilii w Kościele, najbardziej niezłomnie odpowiadał też na „żydowskie roszczenia” (od tych majątkowych, po te związane z nowelizacją ustawy o IPN), a także na „amerykańskie naciski” (np. dotyczące przetrwania w Polsce niepisowskich mediów, szczególnie tych z amerykańskim kapitałem). Teraz Kaczyński może Czarnkiem Ziobrę przelicytować, bo

Czarnek ma poglądy na prawo od ściany, a jest (na razie) z PiS i (na razie) pozostaje w 100 procentach człowiekiem Kaczyńskiego.

Czarnek nie jest Kaczyńskiemu potrzebny do zarządzania inteligencją (nauczycielami, pracownikami akademickimi, uczonymi). Czarnek jest Kaczyńskiemu potrzebny do sprowokowania jak najbardziej radykalnego konfliktu z polską inteligencją. Taki konflikt zasłoni kłopoty z rolnikami, górnikami, a nawet z budżetem. A jak jeszcze wtrąci się do tego Unia, wówczas Kaczyński nie będzie miał już żadnego konkurenta w dziedzinie „obrony polskiej tradycji i suwerenności”.

Jak okrążyć „liberalne elity”

Jarosław Kaczyński przekonał się w wyborach prezydenckich, że mimo pięciu lat sprawowania władzy nie ma po swojej stronie społecznych elit (elit wykształcenia, pracy, majątku) i nie będzie ich miał. Musi więc polskie elity zniszczyć, wymienić na własne. A żeby to zrobić, musi rządzić jeszcze przez parę kadencji. Do tego potrzebne mu jest utrzymanie mobilizacji „PiS-owskiego ludu”, zarówno wyborców mobilizowanych po stronie PiS przez 500 plus, jak też wyborców mobilizowanych po stronie PiS z powodu kulturowej wojny. Oba te zbiory wyborców nie są tożsame, ale nie są też całkowicie rozłączne.

W niedawnym wywiadzie dla Wiadomo.co senator Koalicji Obywatelskiej Marcin Bosacki, który prowadził kampanię Rafała Trzaskowskiego w mniejszych miejscowościach Wielkopolski opowiadał, jak tamtejsi wyborcy – z pozoru wyłącznie „socjalni” – zostali już skutecznie zindoktrynowani dostarczanymi im przez TVP i radiomaryjnych proboszczów najbardziej nawet ezoterycznymi i maniakalnymi motywami prawicowej kulturowej wojny. I

reagowali na Trzaskowskiego z nienawiścią jako na „przyjaciela pedałów”, „wroga Kościoła”, „zwolennika farmakologicznej zmiany płci u dzieci”, a wreszcie „marionetkę grupy Bilderberg”.

Podkręcenie przez Kaczyńskiego wojny kulturowej za pomocą Czarnka nie tylko utrzyma mobilizację prawicy. Sprawi, że jeszcze głośniej odezwą się nożyce kulturowej wojny także po stronie lewicy. Zareaguje Margot, zareagują najbardziej radykalni aktywiści LGBT, polska Antifa, nakręcą się zwolennicy Adriana Zandberga w niepisowskich mediach. Kaczyński nie tylko się ich wszystkich nie boi, ale uważa ich za swoich bardzo realnych sojuszników.

Po pierwsze nie mają żadnego przełożenia politycznego na szerszy elektorat (szczególnie prawicowy, a nawet centroprawicowy). Na ich wezwanie tęczowe flagi nie zawisły i nie zawisną nigdzie. Ani w małych, ani w dużych miastach, nie mówiąc już o wsi. Margot nikogo do niczego nie jest w stanie przekonać, wcale jej na tym zresztą nie zależy. Świetnie nadaje się natomiast do propagandowych materiałów TVP Info, które służą do mobilizowania po stronie PiS zarówno sporej części Kościoła, jak też bardziej prawicowych wiejskich wyborców.

W dodatku ataki Margot, radykalnych aktywistów LGBT czy publicystów spod znaku Zandberga od paru miesięcy nie są już prawie w ogóle kierowane przeciwko Kaczyńskiemu czy PiS, ale celują w Rafała Trzaskowskiego, Jacka Jaśkowiaka i Aleksandrę Dulkiewicz.

Dostaje się nawet liberalnym publicystkom i publicystom w rodzaju Agaty Bielik-Robson, Tomasza Lisa czy Witolda Gadomskiego – jeśli wzywają do opamiętania i stworzenia szerokiego frontu w obronie resztek demokracji w Polsce.

Gdyby Margot nie było, Kaczyński, Ziobro, Czarnek, Rydzyk i Jędraszewski musieliby ją wymyślić. Szczęśliwie nie ma problemu z Margot, bo ona jest autentyczna, autentyczna jest też nienawiść Partii Razem i sprzyjających jej dziennikarzy wobec „liberałów”. Zatem do prowokacji PiS uderzającej w liberalne centrum – nie tylko z prawej, ale także z lewej strony – wszyscy oni nadają się doskonale.

Tak więc Przemysław Czarnek nie jest wyrazem szaleństwa Jarosława Kaczyńskiego, ale wynikiem jego politycznego sprytu. Jest to oczywiście spryt wyłącznie na poziomie taktycznym, krótkoterminowym.

Na poziomie strategicznym, tam gdzie przesądzają się długofalowe interesy polskiego społeczeństwa i państwa, Jarosław Kaczyński jest totalnym szaleńcem.

Dalsze eskalowanie przez niego kulturowej wojny, konfliktu, który coraz głębiej dzieli i nieodwracalnie niszczy narodową wspólnotę, jest wyrazem obłędu. Jest to jednak obłęd strategiczny, nastawiony na przyszłość, nie zauważają go pochłonięci przez doraźną politykę dziennikarze czy komentatorzy. Kaczyński wystarczająco zgrabnie opakował bowiem swój strategiczny obłęd w swój taktyczny spryt.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Przemysław Czarnek, Fot. Flickr/Sejm RP/Łukasz Błasikiewicz, licencja Creative Commons

Reklama