Reklama

Oczywiście wybory w lecie, jesienią albo za rok są wielką niewiadomą. Być może tak szybko się uporamy z epidemią, że Jarosław Kaczyński będzie mógł powiedzieć, że uratował Polskę przed większymi zagrożeniami. Może niestety być też tak – i to jest bardziej prawdopodobne – że fala społecznego niezadowolenia zmiecie nie tylko Andrzeja Dudę z Pałacu Prezydenckiego, ale i Jarosława Kaczyńskiego z Sejmu – mówi nam prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego. Pytamy nie tylko o zmiany w kodeksie wyborczym i legitymizację wyborów prezydenckich, ale też o zawieszenie kampanii przez kandydatkę Koalicji Obywatelskiej Małgorzatę Kidawę-Błońską i jej apel o zbojkotowanie wyborów. – Moim zdaniem to bardzo ryzykowane, bo to zachęci Jarosława Kaczyńskiego do przeprowadzenia tych wyborów, skoro najpoważniejsza kandydatka opozycji mówi, żeby nie iść na nie. Jeśli frekwencja, jak wskazują na to dzisiejsze badania, byłaby na poziomie 20-30 proc., to Andrzej Duda ma reelekcję w kieszeni. Natomiast wiele wskazuje na to, że te wybory się jednak nie odbędą. Wówczas wyszłaby na osobę, która jako pierwsza miała odwagę i zmusiła Jarosława Kaczyńskiego do poddania się – mówi nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: PiS przy okazji tzw. tarczy antykryzysowej przeforsował w Sejmie fortelem zmiany w kodeksie wyborczym. Co to oznacza?

MAREK MIGALSKI: Prawie każdy, kto umie myśleć w podstawowym zakresie, rozumie, że jeżeli Trybunał Konstytucyjny kiedyś orzekł, że zmiany w ordynacji wyborczej mogą być przeprowadzane najpóźniej na 6 miesięcy, to 42 dni to na pewno mniej, niż 6 miesięcy. To wie dziecko w II klasie szkoły podstawowej. Ale oprócz merytorycznego i prawnego względu jest też polityczny i gospodarczy. Aspekt gospodarczy polega na tym, że trzeba jak najszybciej dostarczyć polskim przedsiębiorcom pomoc w jak największej skali. Jest także sprawa nastrojów społecznych. Tutaj dla mnie jako politologa odbywa się najciekawsza rozgrywka, czyli to, kto zostanie rozpoznany przez wyborców jako ten, który chce rzeczywiście pomóc, a kto jako ten, kto tylko udaje. Tu trzeba powiedzieć, że

obydwie strony próbują przedstawić siebie w najlepszym świetle, co jest naturalne. Polityka nie zeszła na drugi plan, a jest obecna w życiu publicznym cały czas

Małgorzata Kidawa-Błońska zawiesiła kampanię i zaapelowała o bojkot wyborów. Jak pan to ocenia?
Do tej pory to najmocniejsza deklaracja ze wszystkich kandydatów dotycząca tego, jak powinno to wyglądać. Większość zawiesiła kampanię już 2 tygodnie temu, ale tu padła jeszcze deklaracja dotycząca bojkotu. Moim zdaniem to bardzo ryzykowane. Po pierwsze to zachęci Jarosława Kaczyńskiego do przeprowadzenia tych wyborów. Skoro najpoważniejsza kandydatka opozycji mówi, żeby nie iść do wyborów, to znaczy, że duża część wyborców opozycji jej posłucha, zatem Andrzej Duda wygra w I turze. Jeżeli nie będzie w tych wyborach wyborców opozycji z uwzględnieniem największej partii opozycyjnej, to szanse urzędującego prezydenta wzrastają w sposób niepomierny. Jeśli frekwencja, jak wskazują na to dzisiejsze badania, byłaby na poziomie 20-30 proc., to Andrzej Duda ma reelekcję w kieszeni. To będzie skłaniać Jarosława Kaczyńskiego do przeprowadzenia tych wyborów.

Reklama

Natomiast wiele wskazuje na to, że te wybory się jednak nie odbędą, dlatego że jest coraz większy bunt samorządowców, środowisk społecznych, autorytetów, lekarzy, którzy właśnie napisali list, aby wyborów nie przeprowadzać.

Gdyby okazało się, że wybory nie zostaną przeprowadzone, to Małgorzata Kidawa-Błońska wyjdzie na tą, która zmusiła do tego Jarosława Kaczyńskiego. Wówczas wyszłaby na osobę, która jako pierwsza miała odwagę i zmusiła Jarosława Kaczyńskiego do poddania się. Decyzja Kidawy-Błońskiej jest albo dowodem na to, że się pogubiła w sytuacji politycznej, albo może się okazać, że ten gest będzie odczytany za 10-15 dni jako genialne posunięcie, które zmusiło Jarosława Kaczyńskiego do wycofania się.

Niektórzy samorządowcy mówią wprost, że nie przeprowadzą wyborów. Wicemarszałek Terlecki odpowiada im, że w takim razie wprowadzony zostanie zarząd komisaryczny w tych samorządach.
Jest też oświadczenie prezydenta Gdyni, Szczurka, zresztą włączą się też w to za chwilę prezydenci związani z PO, czyli Trzaskowski, Zdanowska itd., ale też są podobne oświadczenia wójtów małych gmin, co jest ważne, bo trudno oskarżyć ich o działanie polityczne. Przyznam, że myślałem, że oświadczenie Kidawy-Błońskiej było skoordynowane z oświadczeniami samorządowców, ale tak się chyba nie dzieje. Gdyby naprawdę się okazało, że kilkuset samorządowców ogłosi, że wybory na terenie ich gmin są niemożliwe do przeprowadzenia, to być może marszałek Terlecki ma rację i będzie próba dociśnięcia kolanem czy łokciem urzędnikami wojewody czy WOT, ale wszyscy będą wówczas wiedzieć, że to nie były wybory demokratyczne i mandat Andrzeja Dudy będzie zerowy. Podejrzewam, że nie będzie się tym przejmował Andrzej Duda, na pewno nie będzie się tym przejmował prezes Kaczyński. Jednak to może mieć swoje konsekwencje krajowe i międzynarodowe, dlatego sądzę, że ze strony marszałka Terleckiego to tylko straszenie, przynajmniej na razie.

Przy takim numerze Dudy, Kaczyńskiego i Terleckiego to Putin czy Łukaszenko wyglądaliby na empatycznych przywódców.

Jaką legitymizację miałby prezydent wybrany ze zmienionym regulaminem ze złamaniem konstytucji, przy frekwencji 20-proc. i zarządach komisarycznych w kilkuset gminach podczas światowej zarazy?
Oczywiste jest, że bardzo niską. Politykom rządzącym w krótkiej perspektywie to może nie przeszkadzać, ale w dłuższej, zwłaszcza gdybyśmy po wygranych wyborach przez Andrzeja Dudę weszli w okres turbulencji gospodarczej, to wszyscy będą rozumieć, jak ten mandat został zdobyty – przy niespotykanej w demokracjach frekwencji i kosztem dziesiątek, setek, a może i tysięcy istnień ludzkich. Jeżeli do wyborów pójdzie tylko 30 proc., to przypomnę, że to jest 10 mln ludzi, zatem jeśli te 10 mln ruszy jednego dnia do lokali wyborczych, to kilkadziesiąt tysięcy z nich się zarazi, a kilkaset czy kilka tysięcy z nich umrze.

To oznacza, że ci, którzy twierdzili, że Andrzej Duda przedłużył swoją kadencję na trumnach Polaków, będą mieli rację.

Dlaczego PiS tak prze do wyborów 10 maja?
Bo wie, że przy wycofaniu się Małgorzaty Kidawy-Błońskiej je wygra. Przypominam, że twierdziłem, że wynik wyborów nie jest przesądzony i wynik mógł się odwrócić, ale po tym, co się stało, nie mam wątpliwości, że Andrzej Duda wygra.

Oczywiście wybory w lecie, jesienią albo za rok są wielką niewiadomą. Być może tak szybko się uporamy z epidemią, że Jarosław Kaczyński będzie mógł powiedzieć, że uratował Polskę przed większymi zagrożeniami. Może być też tak – i to jest bardziej prawdopodobne – że fala społecznego niezadowolenia zmiecie nie tylko Andrzeja Dudę z Pałacu Prezydenckiego, ale i Jarosława Kaczyńskiego z Sejmu. Nastroje społeczne są kompletnie rozhuśtane i jedna decyzja może całkowicie zmienić sytuację, a po stronie rządowej zdarzają się takie wpadki, że gdyby kampania rozszalała się na poważnie, mogłaby zmieść rządzących.

Chociażby Jadwiga Emilewicz, która powiedziała, że koronawirus może być szansą dla polskich przedsiębiorców.

To pan minister Piontkowski, który mówi, że koronawirus może dać wreszcie szansę nauczycielom, aby byli dobrymi wychowawcami, a nie tylko walczyli o pieniądze. To pan Rdesiński, związany z władzą, który pisze do pielęgniarki, która zarabia 3,5 tys., że jak się jej nie podoba ten zawód, to może się zwolnić, podczas gdy sam jest opasłym kotem na państwowych posadach. To pan marszałek Karczewski, który pajacuje w drogim, reglamentowanym stroju czy kombinezonie w szpitalu, po czym przyznaje w wywiadzie, że on w szpitalu nie pracował ciężko, tylko głównie rozmawiał z personelem, po czym zwołał konferencję prasową i udał się na kwarantannę. I wisienka na torcie – pan prezydent Duda ogłosił, że jest na TikToku, czyli brakuje już tylko aplikacji na Tindera, chociaż jak rozumiem, być może jest tam już zalogowany, bo “ruchadełko leśne” na pewno już tam jest.

To pokazuje, że obóz władzy popełnia błąd za błędem z kategorii wizerunkowych. To też oznacza, że za miesiąc, dwa to może zostać wyciągnięte, kiedy ludzie przestaną ratować swoje życie, a zaczną się zastanawiać, jak państwo reagowało na zagrożenie.

Czy jak uporamy się z pierwszymi skutkami epidemii, czeka nas powrót do wartości liberalnej demokracji, czy jeszcze większa fala populizmu?
Akurat we wtorek będzie premiera e-bookowa mojej książki, którą napisałem razem z neurobiologiem Markiem Kaczmarzykiem „Homo Politicus Sapiens. Biologiczne aspekty politycznej gry”. Badamy tam, w jaki sposób nasza grupolubność, czyli umiłowanie grup, nasze emocje, skłonność reagowania raczej emocjonalnego niż racjonalnego, nasza potrzeba posiadania wroga, niezdolność do rozumienia faktów, jak to wszystko wpływa na politykę.

Teraz będąc na kwarantannie kończę pisać drugą książkę w tej tematyce, której główną tezą jest to, że natura ludzka taka, jaką ją poznaliśmy dzięki naukom biologicznym, jest sprzeczna z liberalną demokracją.

Wszystko to, co w liberalnej demokracji jest niezbędne, czyli namysł, racjonalność, tolerancja, debata, wszystko to jest sprzeczne z tym, czego nauczyliśmy się w naszej przedczłowieczej oraz człowieczej ewolucji.

Zatem wszystko, co się dzieje w ostatnich tygodniach, skłania mnie do pesymistycznej wizji tego, jak będzie wyglądać nasze życie po tym, jak się uporamy z pandemią. Prof. Marcin Król twierdzi inaczej, że będzie zapotrzebowanie na ludzi wiedzy, że wiedza zostanie przywrócona do łask, niestety ja uważam, obserwując to, co się dzieje, że będzie odwrotnie. Już widzę narastanie guseł, wczoraj pan Sobolewski z PiS-u mówi, że liczy na „łaskę Jezusa oraz jego matki w sprawie koronawirusa w Polsce”. Dziś ksiądz współpracujący z ojcem Rydzykiem mówi, że koronawirus nie rozprzestrzenia się w kościołach. Ludzie szukają ukojenia w magicznym światełku w Internecie, wierzą w to, że ta epidemia jest wynikiem naszych grzechów. To pokazuje, że

duża część ludzi będzie odsuwać się od liberalnej demokracji i namysłu i szukać posłuchu u populistów.

Oczywiście może się też zdarzyć, że to się odwróci i ludzie zrozumieją, że jak trwoga, to do nauki, a jak przychodzi zaraza, to raczej trzeba myć ręce mydłem, a nie moczyć je w święconej wodzie. Może tak będzie. Niestety, ze studiów, które poczyniłem nad ludzką naturą w ostatnich latach, wnoszę, że będzie odwrotnie.


Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Flickr/Edvard Kožušník/©kozusnik.eu

Reklama