Reklama

Siatkarski maraton nie zwalnia tempa. Rozpoczyna się kolejny etap morderczego sezonu reprezentacyjnego. Po komercyjnej Lidze Narodów i kluczowych kwalifikacjach olimpijskich czas na grę o trofea – ruszają mistrzostwa Europy.

Niedawno o medale walczyły panie, teraz na parkiety ruszają męskie reprezentacje. Formuła obu turniejów jest taka sama – rozbudowana i udziwniona, tak jak włodarze siatkówki lubią najbardziej. 24 zespoły zagrają w 4 krajach – Francji, Belgii, Słowenii i Holandii – na 9 halach. Polska rozpocznie zmagania w Rotterdamie, ale może zdarzyć się, że w drodze po medale gracze Vitala Heynena będą musieli podróżować przez pół Europy, do Lublany, a następnie do Paryża.

Optymistyczny scenariusz – półfinał w Słowenii – nie jest tylko pobożnym życzeniem, a dość realnym scenariuszem. Rozszerzenie liczby uczestników i korzystne losowanie sprawiają, że mistrzowie świata trafią na rywala z czołówki dopiero podczas walki o medale.

Choć droga do półfinału wydaje się otwarta, to trzeba mieć świadomość, że to tylko teoretyczne rozważania. Chyba żaden turniej tak bardzo nie nauczył Polaków pokory, jak EuroVolley.

Po zdobyciu mistrzostwa w 2009 roku i brązowych medali dwa lata później, spodziewano się podtrzymania dobrej passy w kolejnym turnieju. Tym bardziej, że rozgrywany był na polskich halach. Tymczasem Biało-Czerwoni wygrali zaledwie dwa mecze i odpadli już w barażu o ćwierćfinał z Bułgarią. Dwa lata później z turnieju wyrzucili nas Słoweńcy, podobnie w 2017 roku – i tym razem Polakom nie pomogły własne trybuny.

Reklama

Doświadczenia przeszłości sugerują więc, by do mistrzostw podejść na chłodno i po prostu grać swoje. Zespół Vitala Heynena rozpocznie zmagania w piątek od meczu z Estonią, a potem zagra kolejno z Holadnią (niedziela), Czechami (poniedziałek), Czarnogórą (wtorek) i Ukrainą (czwartek).

Przy całym szacunku do rywali – na tym etapie problemy Polacy mogą sprawić sobie sami, jeżeli któregoś z nich zlekceważą.

Rozszerzenie liczby uczestników zwiększa automatycznie liczbę meczów. Paryski finał będzie dla walczących o złoto drużyn dziewiątym starciem. Dla porównania – dwa lata temu wystarczyło sześć spotkań. W fazie grupowej należy więc spodziewać się przeglądu wojsk – prawdopodobnie każdy z powołanych przez Vitala Heynena zawodników dostanie wystarczająco dużo czasu, by przekonać trenera, aby postawił akurat na niego w decydujących fazach turnieju.

Polska, która zrealizowała już najważniejszy cel tego sezonu – kwalifikację olimpijską – jedzie do Holandii w silnym składzie, z Michałem Kubiakiem, Fabianem Drzyzgą czy Wilfredo Leónem. W kadrze ostatecznie nie znalazł się Bartosz Kurek – nasz najlepszy atakujący wciąż nie doszedł do pełni formy po kontuzji, której nabawił się pod koniec sezonu. Na turnieju rangi mistrzowskiej zadebiutuje z kolei Marcin Komenda. Rozgrywający Asseco Resovii był członkiem zespołu, który tak pozytywnie zaskoczył w Final Six tegorocznej Ligi Narodów.

Przed drużyną Vitala Heynena intensywne szesnaście dni. Cel jest jeden – medal. Każde inne zakończenie mistrzostw będzie ogromnym rozczarowaniem. Wrzesień przyzwyczaił już polskich kibiców do dobrych turniejów w wykonaniu naszych reprezentacji – świetnie grały siatkarki, rewelacyjnie zaprezentowali się koszykarze. Triumf siatkarzy, faworytów imprezy, może być idealną kulminacją tego pięknego dla polskich sportów zespołowych miesiąca.


Zdjęcie główne: Mecz siatkarski. Fot: razihusin, licencja Adobe Stock

Reklama