Reklama

Jarosław Kaczyński ma w zanadrzu jeszcze jedno polityczne Wunderwaffe. Jest nim obietnica awansu pokoleniowego w zamian za legitymację partyjną. Prezes PiS ma dla młodych Polaków bardzo prosty przekaz: liżcie mnie po butach, harcerzyki, a będziecie wiceministrami i milionerami przed trzydziestką! – pisze Cezary Michalski. Ludzie liberalnej Polski nie odziedziczyli tytułów i błękitnej krwi. Własną pracą, wysiłkiem, nauką zapracowali na awans. Dziś politycy mieszczańskiego centrum muszą zrobić wszystko, aby otworzyć ścieżki merytokratycznego awansu dla ludzi młodszych od siebie. Tylko w ten sposób obronią się przed Kaczyńskim i jego politycznymi żołnierzami, którzy potrafią awansować wyłącznie dzięki partyjnej legitymacji.

Inflację mamy najwyższą od dekady, mimo że w otoczeniu Polski nie ma dziś żadnego finansowego czy gospodarczego kryzysu. Za to poziom inwestycji prywatnych mamy najniższy, bo taka jest konsekwencja prowadzonej przez PiS polityki „domiarów”, psucia prawa podatkowego i gospodarczego, żeby wycisnąć z polskich średnich i drobnych przedsiębiorców jak najwięcej pieniędzy na „Jarkowe i Dudowe dary” (na globalne korporacje PiS-owcy rączki mają za krótkie, ząbki za tępe, szczególnie wówczas, kiedy te korporacje znajdują się pod osobistą ochroną Donalda Trumpa – wielkiego przyjaciela PiS-owców).

Po czterech latach kupowania sobie przez PiS poparcia górników – pieniędzmi zabieranymi z podatków, pieniędzmi pochodzącymi ze sprzedaży certyfikatów CO2, które to pieniądze miały iść na „zieloną” modernizację polskiej energetyki i gospodarki – udział pensji górników w wydobyciu tony węgla wynosi 43 dolary, czyli prawie tyle, co cena tony węgla na otwartym rynku. Oznacza to faktyczne bankructwo polskiego górnictwa.

A górnicy zażądali właśnie dalszej 12-procentowej podwyżki płac zdemoralizowani faktem, że przez ubiegłe lata PiS kupowało ich głosy oferując im dodatkowo ponad miliard złotych na płace w samej tylko bankrutującej Polskiej Grupie Górniczej.

Górnicy, biorąc za dobrą monetę PR-owy nacjonalizm Mateusza Morawieckiego (nie mający nic wspólnego z realnymi poglądami premiera), żądają zakazania importu taniego zagranicznego węgla dla polskiej energetyki. Rząd faktycznie mógłby w ten sposób uspokoić górników i uratować przed bankructwem kopalnie, ale skokowy wzrost cen energii będący konsekwencją takiej decyzji doprowadziłby do bankructwa całą resztę polskiej gospodarki, której konkurencyjność już dziś podcinają rosnące koszty pracy, a skokowy wzrost cen energii całkiem by ją dobił.

Reklama

Po czterech latach rządów PiS jesteśmy krajem, który rozwija się wolniej. Inwestycje są klapą, program rozwojowy Morawieckiego jest PR-ową fikcją. Jego podstawowym elementem był wzrost udziału inwestycji prywatnych w PKB, podczas gdy nastąpił spadek.

O elektromobilności, o setkach tysięcy zbudowanych przez państwo tanich mieszkań, o odtworzeniu przez państwo przemysłu stoczniowego „jak za Gierka” czy o Centralnym Porcie Komunikacyjnym nie ma nawet co mówić, gdyż te „inwestycje” nie wyszły nigdy poza propagandowy PR. Tylko przekop Mierzei Wiślanej, w 14 lat po przedstawieniu go przez Jarosława Kaczyńskiego jako absolutnego priorytetu dla polskiej gospodarki i polskiego bezpieczeństwa, dotarł do etapu wycinki drzew i dewastacji nadmorskiego pejzażu.

Kaczyński nie widzi na bliskim horyzoncie wyborów parlamentarnych, więc zamiast zająć się gospodarką zajął się – za pomocą Sasina – wycinaniem z gospodarki ludzi Zbigniewa Ziobry. Polityka rozumiana jako walka o kontrolę nad własnym obozem, własną partią zawsze była dla niego ważniejsza od jakichkolwiek wyzwań związanych z ekonomią, polityką zagraniczną czy faktycznym reformowaniem państwa, które polega na naprawie instytucji, a nie na zastępowaniu w fatalnie działających instytucjach „nieswoich ludzi” ludźmi „swoimi”. Po to, by uzyskać złudne poczucie absolutnej osobistej kontroli nad państwem, podczas gdy w rzeczywistości „wola polityczna” tak bardzo anachronicznego przywódcy grzęźnie w sieci klientelizmu.

Wybory prezydenckie Kaczyński chce dla Dudy wygrać „kontynuacją”. Czyli kolejnymi „darami” z kieszeni pracujących podatników oraz wykreowaniem kolejnych kulturowych i obyczajowych „wrogów polskości i polskiej rodziny”, żeby Rydzyk i Jędraszewski mieli na kogo szczuć.

Andrzej Duda jest obły, potrafi udawać dawnych PRL-owskich kacyków objeżdżających powiatową Polskę z darami, Kościół Rydzyka i Jędraszewskiego mu ufa, bo mentalnie i estetycznie także ukształtował się w dawno minionej epoce.

Ostatnie Wunderwaffe Jarosława K.

Zaczęliśmy zatem płacić za rządy PiS. Kiedy zacznie za nie płacić Kaczyński? PiS-owski polityczny kombajn redystrybucji i ideologii (nacjonalizm, Kościół Rydzyka i Jędraszewskiego) nie rozleci się od inflacji czy zapaści inwestycji prywatnych. Jednak ten kombajn działa tylko na twardy elektorat PiS.

Elektorat socjalny, głosujący w zamian za redystrybucję, do „jarkowego” i „dudowego” zdążył się przyzwyczaić, ale nie akceptuje drożyzny. Przy PiS-ie mogłyby go utrzymać tylko nowe, jeszcze większe „dary”, na które rządowi zaczyna brakować pieniędzy.

Jarosław Kaczyński ma jednak w zanadrzu jeszcze jedno polityczne Wunderwaffe. Jest nim obietnica awansu pokoleniowego w zamian za legitymację partyjną. Prezes PiS ma dla młodych Polaków bardzo prosty przekaz: liżcie mnie po butach, harcerzyki, a będziecie wiceministrami i milionerami przed trzydziestką! Mało kto nie ulegnie takiej pokusie w kraju, gdzie awans społeczny i pokoleniowy nigdy nie był zbyt łatwy (ja sam należałem kiedyś do grupy przezwanej przez warszawski salonik „pampersami”, bo obejmując stanowiska kierownicze średniego szczebla w telewizji publicznej mieliśmy „zaledwie” po 30 lat, co na Zachodzie nie stanowi jakiejś pokoleniowej rewolucji, ale w Polsce stanowiło – rewolucję i skandal).

Dziś nawet po stronie lewicowej i liberalnej wielu młodych ludzi zazdrości swoim prawicowym rówieśnikom tak szybkiego awansu. Rafał Woś widziałby się już naczelnym „Polityki”, a gorzknieje w „Tygodniku Powszechnym”. Grzegorz Sroczyński widziałby się naczelnym „Gazety Wyborczej”, a kwaśnieje w Gazeta.pl

Lewicowi populiści pasożytujący na liberalnym mainstreamie kwaśnieją i gorzknieją tym szybciej, że widzą, jak ich prawicowi rówieśnicy zostają wiceministrami, członkami władz spółek skarbu państwa. Z woli Kaczyńskiego i Ziobry, posłuszni swym wodzom, dorabiają się swoich milionów.

Mówiąc całkiem szczerze, nie Wosia i Sroczyńskiego mi żal, ale setek młodych świetnie wykwalifikowanych, pracowitych, ambitnych prawników, ekonomistów, menedżerów, nauczycieli, lekarzy. Dla nich centrowa liberalna opozycja – począwszy od kandydatki prezydenckiej Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, a skończywszy na nowym szefie PO Borysie Budce – musi przygotować precyzyjną ofertę merytokratycznego pokoleniowego awansu. Oczywiście żaden awans według kryteriów nauki i pracy nie wygra z awansem za nic – czyli za samo tylko wzięcie partyjnej legitymacji PiS czy Solidarnej Polski. Jednak awans za legitymację partyjną działa tylko tak długo, jak długo partia oferująca taki awans rządzi.

Program awansu merytokratycznego za naukę i pracę, oparty o stypendia, programy wyrównujące szanse edukacyjne, programy wspomagające i przyspieszające zawodową karierę, opozycja (czyli przede wszystkim Platforma i Koalicja Obywatelska) musi przygotować już dzisiaj. Żeby przekonać do siebie tę część polskiej młodzieży, która chce dojrzewać.

Żeby otworzyć ścieżki kariery zawodowej ludziom, którzy w szkole i na studiach uczyli się, a nie fantazjowali na temat rewolucji komunistycznej czy Berniego Sandersa przy Mango Latte i kraftowym piwie sączonych w hipsterskich kawiarniach w okolicach Zbawiksa (Placu Zbawiciela w Warszawie).

Zamiast walczyć o głosy młodych ludzi skazanych na wieczną niedojrzałość (nawet gdyby ci ludzie mieli swoich reprezentantów lub rodziców w mainstreamowych mediach) centrowa opozycja musi podjąć walkę o głosy młodych ludzi, którzy chcą dojrzewać i już dojrzewają. Wyrównanie szans, szersze otwarcie ścieżek merytokratycznego pokoleniowego i społecznego awansu (za naukę i pracę) powinno być absolutnym programowym priorytetem liberalnej opozycji w kraju, gdzie prawicowi populiści zaoferowali młodym ludziom neostalinowski awans za legitymację partyjną, a zblazowani populiści lewicowi awans społeczny potępili w ogóle – uważając go za burżuazyjną mrzonkę, mieszczańskie opium dla ludu.

Polska uczciwego awansu

Jedyny program, z którym demokratyczne centrum może pokonać populizm, to „Polska uczciwego awansu” (społecznego, pokoleniowego). Awansu merytokratycznego, dzięki pracy, nauce, przedsiębiorczości, a nie dzięki legitymacji partyjnej.

PO wygrywało, kiedy nie wstydziło się, że jest partią awansiarzy. Nawet SLD (za Millera i Kwaśniewskiego) potrafiło tę energię wykorzystać. W słynnym sporze o „uczenie jedzenia bezy łyżeczką przez Jolantę Kwaśniewską” Ludwik Dorn słusznie przekonywał PiS i prawicę, aby zamiast naśmiewać się z tego zrozumiała, że prawicowcy sami powinni zwrócić się do ludzi pragnących awansu do społecznych elit.

Unia Wolności została politycznie zabita, kiedy zdołano jej (także z powodu jej własnych błędów) przyprawić gębę „partii elit – Warszawki, Krakówka”, do której „należy się z urodzenia” lub z racji „przynależności do odpowiedniego środowiska”. Porażający był też idiotyzm „wojen przeciwko słoikom”, kiedy najbardziej aktywna część mieszczaństwa metropolitalnego (Warszawy, Krakowa…) jest w jednym-dwóch pokoleniach napływowa.

Nawet siła PRL-u – przy wszystkich patologiach politycznych i ekonomicznych – polegała na uruchomieniu masowego awansu społecznego, choć moment „legitymacji partyjnej” mieszał się tam z realną energią awansu zasłużonego, dzięki nauce i pracy.

PO szło do klęski, kiedy w jakimś stopniu tolerowało nepotyzm, omijanie konkursów, osłabianie merytokratycznych mechanizmów awansu społecznego. I kiedy niektórzy politycy PO lub z rządu Donalda Tuska zaczęli eksponować własną przynależność do „nowej elity” (najbardziej niszczące elementy „kelnerskich podsłuchów” nie były karno-prawne, ale wizerunkowe, powiązane przez „interpretującą” taśmy prawicę z „wyobcowaniem” i „elitarnością”).

Każdy ustrój upadał, kiedy blokowały się ścieżki społecznego i pokoleniowego awansu, kiedy zbyt wielu ludzi dysponujących energią „zostawało na dole”, więc zaczynało działać na rzecz niszczenia systemu, który ich „nie docenił”, „nie dostrzegł”, nie wykorzystał ich energii.

Patryk Jaki to klasyczny awans z legitymacją partyjną, próbował z legitymacją PO, udało mu się z legitymacją Solidarnej Polski. Andrzej Duda próbował awansu z legitymacją młodzieżówki Unii Wolności, żeby się ostatecznie „przebić” z legitymacją PiS. Obaj są przykładami idealnego oportunistycznego zaciągu według modelu Kaczyńskiego i Ziobry. Tymczasem Tusk, Schetyna, Halicki, Trzaskowski, Budka, Brejza… to awans mieszczański, w przypadku Brejzy awans z dalekiej prowincji.

Michał Żebrowski bronił Rafała Trzaskowskiego przed atakami internetowej prawicy najlepszymi argumentami – nie że „pochodził z dobrej rodziny”, ale że „mieszkał w blokach”, „już od czasów szkolnych był naturalnym liderem, bo ciężko pracował, uczył się języków, zapracował na sukces”.

Nie trzeba się tego wstydzić dorabiając sobie jakieś snobizmy. Róża Thun nie musi się afiszować swoimi tytułami arystokratycznymi. Jest krakowską mieszczanką (wygadaną mieszczką, w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa), która przebiła się w Europie dzięki swojej energii, wykształceniu, pracy. A nie „dobrze urodzoną damą” robiącą karierę dzięki „dobrze urodzonemu mężowi”.

Ludzie liberalnej Polski nie odziedziczyli tytułów i błękitnej krwi. Własną pracą, wysiłkiem, nauką zapracowali na awans. Dziś politycy mieszczańskiego centrum muszą zrobić wszystko, aby otworzyć ścieżki merytokratycznego awansu dla ludzi młodszych od siebie. Tylko w ten sposób obronią się przed Kaczyńskim i jego politycznymi żołnierzami, którzy potrafią awansować wyłącznie dzięki partyjnej legitymacji.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Sejm, licencja Creative Commons

Reklama