Reklama

Polscy siatkarze grali w ten weekend z Holandią, ale choć były to tylko sparingi, budziły zainteresowanie nie mniejsze, niż ważne mecze o stawkę. Oto bowiem, po latach oczekiwań, na parkiet wybiegł w biało-czerwonej koszulce Wilfredo León. I znów pojawiły się pytania: czy naturalizowany Kubańczyk powinien grać w polskiej kadrze? Moim zdaniem – tak.

Przyznam, że o ile z dużą niechęcią patrzyłem na beztroskie rozdawnictwo polskich paszportów przed EURO 2012, o tyle powołanie Leóna do siatkarskiej kadry zupełnie mi nie przeszkadza. Dlaczego? To po prostu kwestia okoliczności, które doprowadziły do tego, że Kubańczyk zdobywa punkty dla Polski. Najważniejsze dla mnie jest to, że naturalizacja Leóna nie była transferem.

Owszem, Wilfredo uważany jest za najlepszego siatkarza świata. Czy wzmocni naszą, i tak już silną, drużynę? Oczywiście. Każda drużyna chciałaby mieć do dyspozycji takiego gracza… No właśnie, każda. Siatkówka zna inne przypadki gry naturalizowanych Kubańczyków w nowych barwach. Osmany Juantorena seryjnie zdobywa medale dla Włoch, a Joandry Leal skacze na chwałę Brazylii. I nie podaję tych przykładów jako tanie usprawiedliwienie: „inni to też tak robią, czemu nie my”. 

Przeciwnie, chcę wskazać, że León, gdyby chciał, spokojnie mógłby wybrać grę w innych barwach.

Bardzo zainteresowana jego usługami była Federacja Rosyjska (Kubańczyk występował cztery lata w Zenicie Kazań), lecz on chciał reprezentować ojczyznę swojej żony. Właśnie – León jest z naszym krajem związany. Może nie przez krew przodków, jak Sebastian Boenisch cz Eugen Polanski, ale w 2015 roku ożenił się z Polką, wtedy też uzyskał polskie obywatelstwo. W języku Mickiewicza mówi prawdopodobnie lepiej, niż wszyscy naturalizowani reprezentanci Franciszka Smudy razem wzięci.

Reklama

I tu dochodzimy do najważniejszej, moim zdaniem, kwestii.

Pomysł z Leónem nie pojawił się nagle, działacze nie załatwili u prezydenta błyskawicznego obywatelstwa, byleby wzmocnić drużynę przed ważnym turniejem. TAK było to w przypadku Rogera Guerreiro czy „Farbowanych Lisów” Smudy,

albo koszykówki, gdzie przepis zezwala na grę w kadrze jednego naturalizowanego gracza, a w naszym przypadku selekcjoner Mike Tylor poprosił o paszport dla zupełnie niezwiązanego z Polską A.J. Slauthera. Wilfredo, by zagrać w biało-czerwonej koszulce, musiał odczekać dwuletnią karencję, nie pojawił się na parkiecie tydzień po odebraniu dokumentów z rąk Andrzeja Dudy.

Warto też pamiętać, że gdy zawodnik decydował się na reprezentowanie naszego kraju, Polska wcale nie gwarantowała seryjnego zdobywania trofeów. Owszem, byliśmy mistrzami świata, lecz w następnych sezonach, po odejściu grupy ważnych graczy (jak Paweł Zagumny czy Mariusz Wlazły), zespół nie pokazywał pełni potencjału. Gdy rok temu Vital Heynen niespodziewanie doprowadził Polskę do obrony tytułu, gra Leóna w kadrze była już przesądzona, więcej – zdarzało mu się z tą drużyną trenować.

Nie można mu więc zarzucić, że przyszedł na gotowe, że chciał cynicznie wykorzystać wypracowany przez innych sukces. 

Dlatego też nie trafia do mnie argument, zarzucający, że León zabierze miejsce w kadrze komuś z mistrzowskiego składu. Polska ma na tyle mocną kadrę, że nowy reprezentant będzie musiał wywalczyć sobie miejsce na treningach. To jest właśnie decydujące: powołanie dla Wilfredo Leóna nie wynika z misternie utkanego transferowego planu. Nikt nie traktuje go jako zbawcy polskiej siatkówki, bo i ona tego nie potrzebuje. A on dołącza do kadry z chęci, nie z wyrachowania – i tak uważany jest za najlepszego na świecie, promocji nie potrzebuje. Po prostu splot okoliczności sprawił, że wybitny zawodnik otrzymał polskie obywatelstwo i może zagrać w naszej kadrze. Nie ma więc po co szukać problemów – akurat w siatkówce nie mamy powodów do zmartwień, po co je więc sztucznie tworzyć?


Zdjęcie główne: Koszulka reprezentacji Polski, Fot. Dominik Kwaśnik

Reklama