Reklama

Co się dzieje z demokracją nie tylko w Polsce, ale w całym świecie; przynajmniej w tej jego części, która uważa się za wolną i demokratyczną? Frekwencja wyborcza spada, a jednocześnie wyniki wyborów stają się nieprzewidywalne i coraz częściej dają mocną pozycję partiom, które obiecują gruszki na wierzbie i całe zło zrzucają na „obcych” – pisze Jerzy Surdykowski

Pomstujemy na polityków usiłujących demokrację ograniczyć lub niecnie wykorzystać, ale jednocześnie narzekamy na demokrację, że wynosi do władzy miernych i bezbarwnych krętaczy.

NAJLEPSZY ZE ZŁYCH USTROJÓW

A może nie ma czego bronić? Już u zarania demokracji starogreckich miast-państw zdecydowanie nie podobała się ona wielkiemu Platonowi, który opowiadał się za rządami mędrców niezależnych od woli obywateli, którzy kierować się mają tylko własnym poczuciem tego, co dla państwa dobre, nie zaś chwiejnymi poglądami ogółu materializującymi się w wynikach głosowań na kłótliwej agorze. Już Alexis de Tocqueville ponad półtora wieku temu, chwaląc w swym fundamentalnym dziele młodą demokrację amerykańską, utyskiwał, że preferuje ona gładkie miernoty, a utrudnia dojście do władzy jednostkom wybitnym, mogącym stać się wyprzedającymi swój czas przywódcami.

Nawet w dzisiejszej Polsce – która jeszcze trzydzieści lat temu dzielnie walczyła o demokrację z najbardziej oszukańczym i niedemokratycznym systemem w dziejach świata – badania opinii publicznej wykazują utrzymującą się tęsknotę za „dobrym dyktatorem”, który zaprowadzi sprawiedliwy porządek bez tego całego demokratycznego bałaganu, gorszących kłótni i kolejnych afer. Ba, tylko jak wyłaniać tego „dobrego dyktatora”? Wszelkie w tej mierze doświadczenia ludzkości – które przerabialiśmy także na własnej skórze – są nieodmiennie przykre:

obojętnie czy z nadania dynastii, ideologicznej utopii lub zamachu stanu, każdy samowładca bez demokratycznych mechanizmów kontroli nieuchronnie staje się popełniającym karygodne błędy znienawidzonym tyranem.

Pozostaje smutne stwierdzenie Winstona Churchilla, że demokracja jest „najlepszym ze złych ustrojów”. Ale gdzie jest ten dobry ustrój? Popatrzmy z innej strony: przy wszystkich swoich wadach demokracja stworzyła największe i najbardziej trwałe potęgi świata. Nawet kilka wieków temu polsko-litewska Rzeczpospolita – jako monarchia konstytucyjna – była w okresie siły i rozkwitu mocarstwem, wyprzedającym swymi demokratycznymi instytucjami ówczesny zachód Europy. Przecież w dzisiejszym świecie demokracja sprawdza się nie tylko w USA czy Unii Europejskiej, ale nawet biedne państewka demokratyczne nie głodują, nie ma tam rzezi, nie konstruują bomby atomowej zamiast zaspokojenia elementarnych potrzeb obywateli.

Reklama

A jednak utyskiwania na demokrację słychać jak świat szeroki…

WIOSNA EUROPY, JESIEŃ DEMOKRACJI

Mówiąc o demokracji, najczęściej przywołujemy jej antyczne początki, a starogreckie państwo-miasto – jak choćby Ateny – mamy za wzór. Ale zapominamy, że ta właśnie wzorowa demokracja ateńska w prawomocnym i demokratycznym głosowaniu skazała na śmierć – jako bezbożnika i deprawatora młodzieży – jednego z największych filozofów wszystkich czasów imieniem Sokrates. Trudno więc się dziwić, że chlubnym początkom demokracji towarzyszy głęboka niechęć sokratesowego ucznia – równie wielkiego jak on – Platona.

O tym także warto pamiętać, zastanawiając się nad kłopotami demokracji XXI-wiecznej. Podobnie jak o zapomnianym już liście drugiego po Waszyngtonie prezydenta USA – Johna Adamsa – który tak pisał do siostrzeńca: Pamiętaj, że demokracja nigdy nie trwa długo. W krótkim czasie zużywa się, wyczerpuje i zabija sama siebie. Nie było nigdy demokracji, która nie popełniłaby samobójstwa. Dotyczy to przecież czasów, kiedy demokracja triumfowała za oceanem, ale w Europie była zaledwie pomysłem heretyków albo politycznych fantastów. Francuski arystokrata Alexis de Tocqueville był jeszcze nastolatkiem i zapewne nie przypuszczał, że kiedyś zostanie wysłany przez rząd za ocean dla opracowania raportu o stanie więziennictwa w USA, a rozsławi go to, co było jego pracą uboczną i poniekąd pokątną.

O tym, jak nietrwałe są triumfy demokracji, świadczy historyczny rok 1989. Upadek „imperium zła” i odbudowa demokracji w podporządkowanych mu dotąd krajach, dały asumpt do snucia wzniosłych rojeń o „końcu historii” i powszechnym tryumfie liberalizmu. Demokracja miała ostatecznie zapanować w całym świecie, nie tylko w państwach, jakie wyłoniły się po upadku sowieckiego imperium, ale wszędzie. Miało to zwiastować nadejście prawdziwie „złotego wieku” w dziejach ludzkości, bo demokracja nie wywołuje wojen, jest z natury pokojowa i tolerancyjna, a co najważniejsze zapewnia rozwój gospodarczy, a więc niesie wyzwolenie od biedy i niedostatku wciąż towarzyszących dziejom człowieka.

Dziś wystarczy przypomnieć, jak ma się demokracja, którą usiłowano zaprowadzić w Rosji w czasach Borysa Jelcyna, jak zakończyły się próby narzucenia demokracji państwom do niej nie przygotowanym, jak Irak, Afganistan, Syria czy Libia.

Ale co najgorsze, w najstarszych i najlepiej ugruntowanych demokracjach współczesnego świata, w USA, Francji, Wielkiej Brytanii, by nie wspomnieć o innych krajach uznanych za integralną część demokratycznego Zachodu, coraz silniejsze i bliskie zdobycia władzy są ruchy populistyczne, jawnie antyliberalne i antydemokratyczne. Czyżby na naszych oczach spełniała się złowroga przepowiednia Adamsa? I to nie tylko dlatego, że już 26 lat po rozpoczęciu odbudowy demokracji w Polsce demokratycznie wybrana do władzy partia wzięła się za demontaż jej podstawowych funkcji.

MĘŻOWIE GODNI ZAUFANIA I WIELOMÓWNI SZALBIERZE

Zapominamy, że wzorowa demokracja ateńska była ustrojem małych państewek miejskich, gdzie wszyscy wolni obywatele jako tako się znali, wiedzieli, który z nich jest mężem godnym zaufania, a który wielomównym szalbierzem. Dlatego kiedy spotkali się na miejskiej agorze, aby decydować o wspólnych sprawach i wybierać władze, podejmowali jako tako rozumne decyzje, chociaż też nie bez błędów.

Znała się także między sobą polska czy litewska szlachta zbierająca się na powiatowych lub wojewódzkich sejmikach, bo tam głosowano na posłów i sędziów. Ale już XIX-wieczny tryumf demokracji w Ameryce, a potem w Europie wytworzył zupełnie nową sytuację: demokracja stała się masowa, wyborca nie mógł wiele wiedzieć o obliczu, etyce i poglądach osób wybieranych. Dlatego w demokracji masowej – gdzie wszyscy mają prawo głosu – między wyborcą a kandydatami wyrosły partie polityczne, skupiające aktyw o wyrazistych poglądach i współzawodniczące o poparcie szerokiej publiki. Wyborca nie był bezbronny wobec propagandowych sloganów: partie różniły się od siebie, zarówno ubogi robotnik, jak i tłusty mieszczuch mogli znaleźć coś, co odpowiadało ich poglądom i dążeniom. Ich doradcą była drukowana prasa, gdzie można było zapoznać się z programami partii, przeczytać krytyczne artykuły. Podobną rolę spełniały przedwyborcze wiece. Taka demokracja, będąc masowa, nie przestawała być obywatelska.

Morderczy cios zadał jej wiek XX, i to nie tylko dlatego, że pokazał, jak łatwo podstępem lub siłą – nieraz wykorzystując do tego demokratyczne mechanizmy – ustanowić zbrodniczą dyktaturę.

Rozpowszechnienie telewizji, a potem internetu, zniszczyło to, co w demokracji masowej było najważniejsze: obywatelski namysł. W nowych mediach elektronicznych nie ma miejsca na prezentację programów i dyskusję nad nimi: nikt nie będzie dziś czytał tekstów dłuższych niż stronniczka i przysłuchiwał się wyważonym dysputom ekspertów.

Decyduje chwilowy błysk, celna riposta, a najlepiej kalumnia. Nie wygrywa mądrzejszy, ale przystojniejszy, wygadany, prezentujący się w towarzystwie ładniejszej żony. Ponowoczesność XXI wieku jest płynna, rozmigotana, niestabilna: nie ma tam jasnych i trwałych świateł, wedle których można się orientować, za to mnóstwo chwilowych rozbłysków, więc zwykle wybieramy byle co.

Jeszcze jedno trwałe zjawisko kształtuje krajobraz dzisiejszej polityki: upodobnienie programów zwalczających się partii. Prognozowany przez Fukuyamę „koniec historii” w jakiś jednak sposób nastąpił: okazało się, że gospodarka jest wszędzie taka sama i rozwijać się może tylko według kapitalistycznego modelu. Obojętnie więc na kogo oddamy głos – na konserwatystów, liberałów czy socjaldemokratów – otrzymamy mniej więcej to samo. Partie mogą różnić się w sprawach obyczajowych czy kulturowych, ale nie gospodarczych i nawet socjalnych. Ponieważ nadal współzawodniczą o nasze głosy, starają się zaostrzać te różnice, aż do obrzucania się obelgami. Sprzyja to demagogom i populistom wszelkiej maści, których nie krępuje realność obietnic ani skomplikowana materia rządzenia współczesnym państwem. Oni mają prostą receptę na wszystko, byle tylko oddać im władzę.

Zaledwie trzydzieści lat po europejskiej „wiośnie demokracji” odczuwamy jej jesień albo nawet mroźną zimę.

SOLIDARNOŚĆ IDIOTÓW

Starożytni Grecy nazywali „idiotami” nie zwykłych głupków jak my dzisiaj, lecz ludzi obojętnych wobec spraw publicznych, niemających ochoty do sprostania prawom i obowiązkom obywatela. W demokratycznych państwach-miastach starożytności taka orientacja nie była powodem do chluby. Inaczej dzisiaj; postpolityka sprzyja idiotom. Do nich przede wszystkim odwołuje się wszelki populizm, demagogia i polityczna szarlataneria; na ich leniwy rozum i krótką pamięć liczy. Bardzo się rozmnożyli nie tylko od czasów Peryklesa, ale Tocqueville’a. Przede wszystkim przez coraz większą komplikację spraw publicznych: kiedyś rządzenie było jako tako proste, trzeba tylko dobrej woli i odpowiedzialności, jeszcze Marks lekkomyślnie napisał, że kucharka w komunizmie będzie mogła rządzić. Dziś trzeba wiedzy, sprawy się pokomplikowały, ekonomia jest nauką trudną, a jej rezultaty niepewne, globalizacja sprzęgła świat w jeden wielki organizm.

Gospodarka to jeszcze nie wszystko; w polityce wciąż nadeptujemy na problemy prawa krajowego, a coraz częściej międzynarodowego. Tymczasem przysłowiowej kucharce dalej się zdaje, że nie przekracza to zakresu jej pojmowania, a jak czegoś biedna nie ogarnia, to jest pewna, że „oni” – na złość prostemu człowiekowi – wszystko pochachmęcili albo rozkradli. Podobnie zbliżenie programów tradycyjnych partii politycznych, brak głębszych różnic między socjaldemokracją a konserwatystami, ma ona za zblatowanie umocowanych u władzy elit, które trzeba wreszcie przepędzić, a najlepiej posadzić w kryminale.

W ostatnich latach napisano grube tomy o przyczynach narastającego w całym świecie populizmu, a on jest tylko nostalgiczną tęsknotą za „starymi, dobrymi czasami”, kiedy wszystko było jasne, proste i zrozumiałe, kiedy byle wiejski mędrek bez trudu pojmował „jak jest”.

Populizm liczy na głosy takich właśnie pogubionych prostaków: „Macie rację, jesteście najlepsi, nie musicie wstydzić się swojego nieuctwa! Jesteście solą ziemi, a nasz kraj znowu będzie wielki, jeśli tylko przepędzimy złodziei, darmozjadów i kosmopolitów!”.

Jeśliby jakiś światły, choć naiwny przywódca usiłował spokojnie tłumaczyć ludziom, o co w tym wszystkim chodzi, skłaniał swój elektorat do myślenia i poszerzania horyzontów, na pewno przegra wybory z wiejskim mędrkiem, byleby mocnym w gębie. To jest właśnie postpolityka.

SPADANIE PIONOWE I POZIOME

Równość bowiem bywa wrogiem demokracji, chociaż od czasu wiekopomnego Oświecenia wciąż bezmyślnie międlimy frazę „wolność, równość, braterstwo”, nie chcąc wiedzieć, że stosunki między tym rzekomo zgodnym rodzeństwem są co najmniej mocno skomplikowane. W pradawnych czasach – nim zaświtał „wiek rozumu” – Ziemia była płaska, kosmos pomijalny, liczyło się tylko Niebo, a w nim sfera nadprzyrodzona. Za to ponad płaszczyzną ziemską wznosiła się nienaruszalna hierarchia warstw i kast społecznych z królami na czele, rycerzami i uczonymi na właściwie eksponowanych miejscach, wyrobnikami i chłopstwem na samym dole.

Rozum spuszczony z łańcucha dogmatów „ruszył Ziemię i wstrzymał Słońce”, uczynił kosmos olbrzymim, przestrzennym i niepoznawalnym, oddalił Niebiosa (nieraz aż do pomijalności), ale spłaszczył sferę ziemską. Wszyscy bowiem są tutaj równi, nikt nie powinien wynosić się nad innych, głos każdego jednakowo ma ważyć w sprawach państwa. Zapominamy, że ta chwalebna demokracja ateńska była jednak elitarna: prawo głosu mieli tylko ojcowie rodzin, właściciele niewolników.

Nikomu nie przyszłoby tam do głowy nadanie praw obywatelskich kobietom, cudzoziemcom albo okolicznym wieśniakom. Jeżeli lud naśladuje elity, to kultura się rozwija. Jeśli zaś elity zaczynają naśladować prosty lud, kultura się zwija – napisał w ubiegłym stuleciu Arnold Toynbee. Bardzo długo lud starał się dorównać elitom, a elity uważały, że ich obowiązkiem jest podnoszenie poziomu ludu. Dziś już tak nie jest; liczy się błysk, charyzma (często dęta), forsa do ręki, pierwsze wrażenie, przypieprzenie wrogowi. Nie ma strategii, jest marketing.

Tadeusz Różewicz proroczo napisał: Dawniej spadano i wznoszono się pionowo. Obecnie spada się poziomo.

Zaczynamy w ten sposób pojmować przewidującą niechęć, jaką do demokracji żywił Platon; może więc pójść za jego radą i powierzyć rządy filozofom, tej elicie elit? Owszem wypróbował to stalinowski komunizm – ze skutkiem dotkliwie nam znanym – powierzając rządy elicie partii mieniącej się „robotniczą”. Są zresztą inni chętni do eksperymentu, choć inaczej nas kuszą i inaczej nazywają swoje organizacje. Nie będę im robił reklamy. Chcę tylko pokazać rozmiar i głębię dzisiejszych kłopotów z demokracją.

JEŚLI NIE LIBERALNA, TO JAKA?

Są bowiem kłopoty jeszcze bardziej przepastne. Powiadamy, że jedyną postacią demokracji zasługującą na to miano jest demokracja liberalna, a więc zapewniająca pełnię wolności wszystkim, nie tylko tym, którzy przegrali wybory, także mniejszościom: seksualnym, etnicznym, religijnym i jakie tylko mogą zaistnieć. Tych, którzy przegrali, należy szanować nie tylko ze względu na przyzwoitość, ale przezorność: kiedyś znów mogą wygrać i spuścić manto obecnej władzy; chociaż są partie, które tej prostej – zwykle zawartej w konstytucji – zasady nie pojmują. Ale jak szanować tych, których wartości nie podzielamy, a zwłaszcza takich, co nas denerwują; niech więc siedzą cicho i nie rzucają się zbytnio w oczy! Ale oni z kolei – powołując się na równość – też domagają się praw takich, jak rządząca większość.

Trzeba więc uznać, że albo zwycięzcy wyborów zawsze mają rację, w myśl średniowiecznej zasady: „czyja władza, tego religia”. Albo też ustanowić umocowane w konstytucji instytucje stojące na straży praw i poszanowania mniejszości. I tak się zwykle dzieje: mamy więc trybunał konstytucyjny, różne sądy odwoławcze, rozmnożonych coraz bardziej rzeczników praw dziecka, kobiet, mniejszości seksualnych i tak dalej.

Demokracja liberalna jest przeto w coraz większym stopniu wymuszana przez niewybieralne, zwykle sędziowskie instancje ważniejsze niż głos wyborczej większości. Już Tocqueville widział w prawnikach „pożądany element arystokratyczny”, łagodzący werdykty zwycięzców. Stopniowo więc liberalna demokracja zmienia się w niedemokratyczny liberalizm.

Może większość w końcu pogodziłaby się z tą uciążliwą tolerancją, ale demagogia także tutaj pitrasi polityczną pieczeń. „Mniejszości narodowe to agentury obcych mocarstw!” – woła. „LGBT chce zniszczyć obyczaje i seksualizować dzieci!”. Podobnie kobiety są głupsze, bachory mają czuć respekt przed pasem, heretycy niech ukorzą się przed religią większości, a niepełnosprawni nie pchają w miejsca publiczne. I znajduje wdzięczny odzew, tym bardziej że – skoro wszyscy są równi i wszystkie racje są tak samo ważne – to mniejszości coraz więcej chcą dla siebie i coraz natarczywiej pragną prezentować swoją obecność. Nie ma bowiem „szlachetnego ludu” wedle Diderota, Rousseau i Marksa; jest tylko chwiejna, targana emocją i sprzecznymi interesami, nieraz nieobliczalna większość.

A CÓŻ TO JEST PRAWDA?

W ten sposób demokracja liberalna zjada sama siebie i coraz więcej wyborców jest z niej niezadowolonych. W ten sposób popularność zyskują pokraczne twory nazywające się „demokracją”, ale ze stosownym przymiotnikiem. „Demokrację ludową” poznaliśmy aż nadto dobrze. Putin zaprowadził w Rosji „demokrację suwerenną”, nie wspomina tylko, że tym określeniem tumanił swój naród już indonezyjski dyktator Sukarno obalony przez innego dyktatora z górą pięćdziesiąt lat temu. Może być jeszcze „demokracja sterowana”, „demokracja narodowa” albo „demokracja chrześcijańska”, którą serwuje Węgrom rządzący tam Viktor Orbán. Zawsze chodzi o to, by wynik wyborów tak „skorygować”, aby był zgodny z oczekiwaniem rządzących, a mniejszości – nie pyskując za wiele – były zadowolone z tego, co im łaskawie podrzuci zwycięska większość.

Jak z tego wybrnąć? Może to tylko problem prawdy? „A cóż to jest prawda?” – jak powiedział Piłat.

Pojęcie prawdy jest niestety jednym z najtrudniejszych i najbardziej niejednoznacznych problemów filozofii. „Wciskasz kit, autorze!” – powie w tym miejscu niejeden z czytelników: – „Przecież wiadomo, że jest jedna i jednoznaczna prawda, tylko najczęściej władza albo inne złowrogie siły ukrywają ją przed nami”.

No właśnie… Niezapomniany ks. prof. Józef Tischner powiadał, że są trzy rodzaje prawdy: święta prawda, gówno prawda i też prawda. Otóż z porządkiem demokratycznym da się pogodzić tylko trzeci rodzaj Tischnerowskiej prawdy, zwany przez filozofów „prawdą słabą”, a więc postmodernistyczną. Taka prawda nie jest ani święta, ani niepodważalna. Prawda jest jak widnokrąg, do którego zbliżamy się stopniowo, nigdy go jednak nie osiągając. Taka jest też prawda naukowa, którą zawsze można obalić i zastąpić prawdą trochę doskonalszą, ale nigdy nie „świętą”, zwaną w filozofii „prawdą mocną”. Ta jest poza dowodem, sięga do niej tylko wiara. Każda mocna prawda kłóci się z demokracją, bo jeśli ktoś święcie wierzy, będzie narzucał tę pewność innym. Wie lepiej i – tak jak platońscy mędrcy – tylko on jest godzien sprawowania rządów.

Tak rodzi się autorytaryzm. Potem pozostaje już tylko stwierdzenie Władysława Gomułki: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy!”. To jest państwo według Machiavellego. Ale jest też państwo według Arystotelesa, św. Tomasza, Pawła Włodkowica i Erazma z Rotterdamu: państwo „roztropnej troski o dobro wspólne”; Res Publica wedle Rzymian i „panów braci” z początków szlacheckiej Rzeczpospolitej.

W tym właśnie duchu – choć pewnie sam o tym nie wiedział – wołał 31 sierpnia 1980 roku Lech Wałęsa na bramie strajkującej stoczni: „Nie chcę być przewodniczącym, tylko służącym!” Ale potem okazał się tym, kim był, i tak zapisała go historia. Jedyne, co się w pełni udało III Rzeczpospolitej, to przerobienie „homo sovieticus” na konsumenta.

CZEGO PRAWO NIE ZABRANIA…

Dlatego pytanie Piłata mieści się w porządku demokratycznym. Ale nie mieści się tam odpowiedź Chrystusa: „Jam jest prawda”. Wtedy mówił Bóg, ale dziś może naśladować Go każdy żądny władzy polityk, albo herszt kolejnej hordy. Tu właśnie jest największa słabość i dramat demokracji, bowiem potrzebuje ona wiary nie jako teokracji, ale źródła wartości. Jak sprawić, aby wszyscy obywatele – niezależnie od tego, czy wierzą w Boga i niezależnie od tego, jak Go sobie wyobrażają – nie zabijali, nie kłamali, nie mówili fałszywego świadectwa? Może wystarczy wiara w świecki humanizm i płynące stąd wartości? Wiara religijna kłóci się z demokracją, bo demokracja ma być dla wszystkich, a nie tylko dla wierzących, ale aksjologia bez wiary jakże jest krucha.

Można przywołać Norwida: Ojczyzna to zbiorowy obowiązek. Ale to zbyt ogólnikowe. Dużo wcześniej Seneka napisał zwięźle: Czego prawo nie zabrania, tego wstyd zakazuje. Ta właśnie myśl mogłaby uratować demokrację liberalną.

Zwycięska w wyborach większość wie, że jej wiara nie jest jedyną możliwą, a prócz tego, co jej bliskie, istnieją inne – godne szacunku – prawdy. Mniejszość wie, że ma prawo nie tylko do tolerancji, lecz do kultywowania swych przekonań i sposobu życia, jednak wstyd powstrzymuje ją od nadmiernego rozpychania się w sprawach publicznych.

Ale jak mi nie wstyd pisać dziś o wstydzie? W czasach ponowoczesnego rozmigotania wstyd jest najbardziej poniżaną spośród staroświeckich cnót. Nikt już niczego się nie wstydzi, nikt się przed niczym nie hamuje. Pękają przekonania demokratyczne. Demokracja jest trudna, wymaga nie tylko wysiłku umysłowego, ale i moralnego. Wymaga też pewnej powściągliwości i bywa, że społeczeństwa już takiej powściągliwości mają dosyć. A kiedy odpuszczają, powraca dżungla.

NAJTRUDNIEJSZY USTRÓJ ŚWIATA

Polska jest chora jeszcze mocniej niż świat. Nie wystarczy nam społeczeństwo obywatelskie, potrzeba „państwa obywatelskiego”. Tylko ono mogłoby stopniowo przezwyciężyć wrodzoną Polakom niechęć do państwa jakiegokolwiek. Ta niechęć jest przeklętym dziedzictwem zaborów, wojen i zniewolenia; państwo zawsze było opresyjne. Nie może być to jednak państwo partyjne, tak jak obecnie.

Nam się zdaje, że demokracja jest łatwa, niczego nie wymaga, najwyżej głosowania, a w istocie jest to najtrudniejszy ustrój świata. Dlatego tak łatwo stacza się ku dyktaturze.

Jerzy Surdykowski

Tekst ukazała się pierwotnie na łamach miesięcznika “Odra” (9/2019), publikujemy go za zgodą redakcji.


Zdjęcie główne: Henri Rousseau, The Representatives of Foreign Powers Coming to Greet the Republic as a Sign of Peace, 1907, Musée Picasso

 

Reklama