Reklama

Kaczyński całą swoją walkę o władzę i utrzymanie władzy oparł na kumulacji złych emocji społecznych – na budowaniu swoistego, jak to ongiś określił niemiecki filozof Peter Sloterdijk, „banku gniewu”. „Ziobryści” stali się w tej kumulacji niezwykle przydatni, bo wnosili do tego „banku” najgorętsze uczuciowe „aktywa” – emocje ludzi najbardziej rozżalonych, ogarniętych najgłębszym resentymentem, a zwłaszcza pazernych, amoralnych, żądnych znaczenia i mamony „rwaczy” – mówi nam prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Rozmawiamy o ustawie o ochronie zwierząt i konflikcie w rządzie, ale też pytamy o dobro, zło i moralność, a także cierpienie. Pytamy też, dlaczego tak trudno nam dostrzec w zwierzętach „braci mniejszych”, a w środowiskach LGBT drugiego człowieka.

JUSTYNA KOĆ: Jak bardzo przewrotna jest rzeczywistość, że gdy po raz pierwszy PiS zrobiło coś bezsprzecznie dobrego (ustawa o ochronie zwierząt), to spowodowało to kryzys rządowy i w Zjednoczonej Prawicy? Oczywiście wiadomo, że chodzi tak naprawdę o miejsca na listach i stanowiska, ale symbolika tego rozłamu w obozie rządzących jest jednak nie bez znaczenia. 

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Tak, tu chodzi o coś głębszego, choć znamienne, że sprzeciw „przystawek”, skądinąd niewybrednych, pojawił się, kiedy PiS zrobił wreszcie coś dobrego, moralnego, ze wszech miar pożądanego i cywilizowanego. Doskonale to demaskuje istotę PiS-owskich działań – to zwłaszcza, że określenie „dobra zmiana” jest określeniem faryzejskim, bardzo fałszywym, że „dobra zmiana” jest tak naprawdę złą zmianą. Pomijam tu trochę „gowinowców”, bo to dość niewyraźna formacja – raczej zresztą środowisko niż partia – trochę mizdrząca się do ludzi o bardziej liberalnych poglądach. Chodzi bowiem o najbardziej radykalne i złowieszcze elementy PiS-u i „okolic PiS-u” – czyli głównie „ziobrystów” (i innych klientów Tadeusza Rydzyka oraz Konfederację w tle) – oj, to nie jest dobrotliwa grupa obywateli! I

z miłością zarówno do zwierząt, jak i do ludzi jest w tej awanturniczej gromadce niejaki kłopot.

Jasne więc, że u podstaw znajduje się tu ostra, bezpardonowa gra polityczna i ekonomiczna, gra o znaczenie i pieniądze. Ale to może dziwić, bo wydawałoby się, że podobną grę mogliby prowadzić oni w bardziej fundamentalnych kwestiach państwowo-prawnych, a nie na obszarze pod politycznym względem niemal peryferyjnym, takim na dodatek, w którym idzie przede wszystkim o kwestie moralne, o ścieranie się dobra i zła w oczywisty sposób i na podstawowym poziomie naszych egzystencjalnych wyborów. W rzeczywistości chodzi zatem o coś zupełnie innego – głębinowego i dojrzewającego przez lata. W takiej sytuacji natężenie złych nastrojów staje się tak mocne, że wystarcza byle pretekst, aby walka rozgorzała otwarcie i na dobre.

Reklama

To trochę tak jak z angielsko-hiszpańską „wojną o ucho” z lat 1739-1748, której niby powodem stała się utrata, w pojedynku z hiszpańskim oficerem, małżowiny usznej przez niejakiego Roberta Jenkinsa, żeglarza i przemytnika. Tenże Jenkins ową małżowinę utracił już zresztą w 1731 roku, pokazując ją długo jako dowód okrucieństwa Hiszpanów i wzywając angielskie władze do rozprawy z nimi. Wykorzystano ten motyw jednak, jak widać, dopiero po ośmiu latach, wypowiadając wojnę Madrytowi i szukając do niej byle powodu.

Tak i teraz w Polsce, gdzie mamy swoistą „wojnę o ucho” – tyle że już nie o ucho Jenkinsa, a o „ucho od śledzia”, z pisanymi tym tragikomicznym zapasom (bo w tle jest przecież pandemia i recesja) motywami podstępności, zemsty i groteskowości, tak niemal, jak dzieje się to w filmie Juliusza Machulskiego „Vabank”.

Pojawiają się też argumenty czysto ekonomiczne – że to „zabicie polskiego rolnictwa”.
Ubój rytualny to rzeczywiście może być problem ekonomiczny – i tym argumentem posługują się właśnie „gowinowcy”. Oczywiście chodzi o ubój rytualny na eksport, bo w kraju mamy niewielkie tylko grupy wyznawców islamu i judaizmu. Ubój rytualny na eksport to zatem pokaźne zyski, a ich utrata to potężne uderzenie we wpływowe grupy producentów. Większość z nas przy tym to jednak wciąż mięsożercy i te wypowiedzi o ekonomicznym wyłącznie aspekcie sprawy próbują w istocie ukryć tę formę kanibalizmu: bo zjadanie naszych braci mniejszych jest właśnie kanibalizmem, jest grzechem. Sam zresztą nie jestem tutaj bez winy, chociaż mięsa zjadam niewiele, a niekiedy, przez całe tygodnie, wręcz się bez niego obywam.

Rzeczywiście – wracając do tematu – podział nastąpił na zasadzie, że najbardziej fundamentalistyczne osoby i grupy, takie jak właśnie „ziobryści”, zawsze i w każdej sytuacji przyjmowali najostrzejsze postawy – na granicy prawa, jeżeli nie ponad prawem. Nie przeszkadzało to oczywiście posłowi Kaczyńskiemu, który całą swoją walkę o władzę i utrzymanie władzy oparł na kumulacji złych emocji społecznych – na budowaniu swoistego, jak to ongiś określił niemiecki filozof Peter Sloterdijk, „banku gniewu”. „Ziobryści” stali się w tej kumulacji niezwykle przydatni, bo wnosili do tego „banku” najgorętsze uczuciowe „aktywa” – emocje ludzi najbardziej rozżalonych, ogarniętych najgłębszym resentymentem, a zwłaszcza pazernych, amoralnych, żądnych znaczenia i mamony „rwaczy”, jak nazwał takich osobników, podejmujących w porewolucyjnym okresie bezwzględną „grę o wszystko”, sowiecki pisarz Ilia Erenburg.

Musimy jednak mieć w świadomości to, że „ziobrystowskie” jabłuszko pada bardzo niedaleko od PiS-owskiej jabłonki.

PiS jest bowiem formacją spękaną, a trzyma ją jedynie w powierzchownej zwartości resentymentalna wspólnota krzywd pozornych i rzeczywistych, pożądań i interesów. I nie chodzi tu wcale o jakieś tam „prawo” i jakąś tam „sprawiedliwość”, nie chodzi – jak chcą dobrotliwi „symetryści” o lewicowych zapatrywaniach – o reprezentację interesów „klasy ludowej”. W istocie nie ma w Polsce żadnej „klasy ludowej” – chyba że weźmiemy pod uwagę przebierańców w guniach, zapaskach i parzenicach, podrygujących i podśpiewujących z okazji rozmaitych „akademii ku czci” i „gospodarskich wizyt”. Są oczywiście rozległe obszary biedy, a niekiedy i dramatycznej nędzy, ale socjalne świadczenia – wypłacone z rzekomo nieprawych zysków zagrabionych rzekomo przez „łże-elity” oraz „komunistów i złodziei” – łagodzą tylko po trosze i doraźnie te dramaty, nie likwidując ich przyczyn i mechanizmów. Prawdziwymi profitentami PiS-owskiego „banku gniewu” są natomiast, jak to widzimy niemalże co dnia, działacze tej formacji, ich nepoci i przyjaciele.

Dlaczego akurat ta ustawa została pretekstem do rozłamu?
Trochę już o tym mówiłem – że sytuacja poniekąd dojrzała do pęknięcia, że to narastało już od jakiegoś czasu. Ale ciągle jednak sam się nad tym zastanawiam. Poza tym – jeśli chodzi o bezpośredni impuls rozłamu – za tą dysydencją stoją mocne środowiska, takie jak środowisko Tadeusza Rydzyka, jak zrośnięte z nim lobby futrzarskie czy lobby eksporterów mięsa, jak zamożne i wpływowe środowiska wiejskich kapitalistów. Tutaj można też liczyć było na innych, takich jak część PSL-u toczącego z PiS-em bezpardonową walkę o wpływy na wsi, jak Konfederacja szermująca zarówno argumentami gospodarczymi, jak i archaicznymi starotestamentowymi mitami dominacji człowieka nad przyrodą. Więc ta grupa oponentów jest całkiem silna i wspierana przez środowiska zewnętrzne.

Sądzę, że zwłaszcza wsparcie Rydzyka, powiązanego ze wspomnianymi lobbystami, jest tu bardzo istotne.

Dlaczego część z nas nie rozumie, że zarabianie na cierpieniu jest złe, że ubój rytualny jest zły, że noszenie i produkcja futer, nawet jeśli bardzo dochodowa, jest niemoralna i wiąże się z cierpieniem zwierząt, że zwierzęta w cyrku są męczone? Całą zachodnia Europa już to rozumie.
Ponieważ nasze społeczeństwo jest wspólnotą – zważywszy perspektywę historyczną, perspektywę „długiego trwania” – o świeżej kulturze wielkomiejskiej czy miejskiej. A to się przede wszystkim liczy w aspekcie tego wyboru – i moralnego, i politycznego, i cywilizacyjnego – którego teraz musimy dokonać. Mamy zatem długie i rozległe tradycje agrarne i jesteśmy wciąż zrośnięci mentalnie ze wsią. Zresztą nie tylko mentalnie.

Proszę się przyjrzeć prostym, elementarnym praktykom, temu choćby, że „przeciętny Polak” chce mieć wprawdzie mieszkanie i pracę w mieście, ale ciągle stara się trzymać gdzieś jakiś kawałek ziemi, chce mieć jakąś „działkę” albo mityczny „dom na wsi”, że tęskni za tą rzekomo idealistyczną wiejskością. Większość bowiem naszego społeczeństwa wywodzi się ze wsi, że doświadcza „miejskości” jako druga, trzecia generacja. A to w perspektywie dziejowej niewiele, nic zgoła. Ta od niedawna miejska wspólnota jest ciągle powiązana więzami rodzinnymi i ekonomicznymi, ale też swymi sentymentami i swymi „światoobrazami” z polską wsią. Taka w znacznej mierze jest kultura literacka, kultura obrazów, w jakiej żyjemy również.

Wystarczy się przyjrzeć koronnym, kanonicznym dziełom polskiej literatury, trudno znaleźć ważne utwory osadzone w mieście.

I „Pan Tadeusz”, i „Nad Niemnem”, i „Chłopi” Reymonta, i „Noce i dnie”. Nawet „Lalka”, powieść uznana za „miejską”, dzieje się – o czym zwykle zapominamy – po części na wsi. Ba, nawet znaczna część utworów Olgi Tokarczuk. A w „Ziemi obiecanej” Reymont daje wizję powstawania wielkiego miasta i wielkiego przemysłu jako świata zdegenerowanego i zdemoralizowanego, wręcz piekielnego. Wcześniej zresztą także Norwid demonizował miasta, mimo że tam na ogół żył – jego Londyn chociażby to świat przerażającego mroku i objawiających się w nim człowieczych upiorów. A w pierwszej scenie „Wesela” padają słynne słowa objawiające „polskiego ducha” i jego pragnienia: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”.

Ciągle więc żyjemy w tej kulturze agraryzmu w mentalności. Religijność u nas – jak od Stefana Czarnowskiego poczynając mówią socjologowie – jest więc nadal „religijnością wiejskiego ludu polskiego” (tyle że teraz w formach już bardziej szczątkowych). Mechaniczne przeniesienie za PRL-u ludzi ze wsi do miasta i do pracy w wielkim przemyśle utrzymała zresztą tę religijność, bo podstawową wspólnotą była ciągle, w nowym już środowiskach życia, wspólnota parafialna. A o tak zwanych chłoporobotnikach, tej paradoksalnej underclass komunizmu, nie warto już chyba wspominać.

Dopiero więc od trzydziestu lat społeczeństwo nasze zaczyna się przekształcać we wspólnotę miejską. Nie bez trudności i dramatów „wojny cywilizacyjnej” czy „kulturowej”, którą teraz obserwujemy w jej nasileniu szczególnym.

Jak walka z mniejszościami, tzw. strefy wolne od LGBT czy słynne słowa ministra Szyszki, gdy wycinał Puszczę Białowieską, że „czyńcie ziemię poddaną”?
Tak, oczywiście. To ta sama „odwieczna” opowieść, ta sama bajka. Niestety, musimy to przeżyć. Inni przeżywali to w spazmach i boleściach, wielosetletnich procesach, teraz my to musimy przejść „na skróty”. Innego wyjścia nie ma, jeżeli nie chcemy pokutować gdzieś na najdalszych obrzeżach współczesnego świata (większość jego mieszkańców, notabene, mieszka już w miastach i jest to zjawisko nieodwracalne). Dlatego drastyczność tego procesu jest tak duża i nacechowany jest on tak gwałtownymi sporami.

Do tego dochodzi jeszcze kwestia związana z wojenną rzezią mieszczaństwa i inteligencji oraz powojenną potrzebą – w dobie przy tym komunizmu – wychowania nowej inteligencji, która jest w swym rodowodzie właśnie wiejska i małomiasteczkowa. Zresztą polskie miasta i miasteczka – widać to jeszcze czasem dzisiaj – były przecież na ogół prawie wioskami: trochę tam było murowanych budynków w centrum, jakiś ratusz, jakieś urzędy i świątynie, jakieś kamienice przy rynku i przy „pryncypialnych” ulicach. Ot, tyle. Wszystko przy tym tonęło w błocie i szarości, przechodziło natychmiast w przedmiejskie domki, najczęściej drewniane, otoczone ogrodami i polami. Czym się to miało różnić od wioski? Niewiele tam było w każdym razie miejskości znanej z Zachodu.

Ciągnęły się za tym stulecia dyskryminacji mieszczan i upadku miast, ich fundamentalnego niedorozwoju, zwłaszcza w Galicji i Królestwie Kongresowym, pod obcymi rządami.

Kapitalizm u nas był przy tym zależny i szczątkowy. Oczywiście, istniały ośrodki wielkoprzemysłowe, choćby Łódź, ale – co pokazuje właśnie Reymont – przekształcanie środowisk wiejskich, chłopskich i drobnoszlacheckich na kapitalistyczne środowiska właścicieli i robotników działo się drapieżnie i boleśnie, w pocie i krwi, w totalnej demoralizacji, w zmaganiu na śmierć i życie.

A podstawowym horyzontem polskiego życia, aż niestety do dzisiaj, stało się doświadczenie pańszczyźniane – ze śmiertelnym, nigdy dobrze nierozwiązanym i nigdy dobrze „nieprzetrawionym” (intelektualnie i moralnie) konfliktem między „wsią” a „dworem”, między „chamem” a „panem” (niekoniecznie w stroju Kordiana). Obecnie, jak się zdaje, jesteśmy w kolejnej fazie owego nierozwiązanego dziejowego zderzenia – paradoksalnie w roli dawnego „pana” bywa tutaj obsadzana, przez ideologów „dobrej zmiany”, rodząca się dopiero klasa średnia oraz inteligencja o chłopskim i małomiasteczkowym przecież na ogół rodowodzie.

Cienie pańszczyźnianych przodków wloką się więc za nami, jak to kiedyś już pani mówiłem – i nas wampiryzują.

Powiedział pan, że to tylko kwestia czasu, ale może, niestety, nie uda nam się ta przyśpieszona zmiana i za kilka lat władzę przejmie Konfederacja lub inne skrajne środowisko…
W „wojnę kulturową” są najbardziej zaangażowane środowiska skrajne. Czyli – w istocie – „na pierwszym planie” zmagań mamy do czynienia ze spektakularnym zderzeniem radykalnych aktywistów LGBT z nacjonalistycznymi czy wręcz faszyzującymi grupami, które są jeszcze bardziej skrajne, niż Konfederacja, przynajmniej w tej najbardziej widzialnej sferze. W każdym jednak społeczeństwie istnieją podobne środowiska skrajne, nie sądzę więc, aby w Polsce zdobyły one większość czy władzę.

W Polsce zresztą dominuje, także na wsi, drobnomieszczańska na ogół mentalność, która nie lubi skrajności. I owszem, czasem te drobnomieszczańskie warstwy czy też niektóre ich odłamy są w stanie popaść w polityczną, religijną albo kulturową histerię i dać się rozkołysać rozmaitym ideologiom. Ale tak naprawdę zależy im na gromadzeniu dóbr i bezpiecznej egzystencji, a na wojny chodzą raczej niechętnie albo wcale. Także na wojny kulturowe. Nastawione są więc na dobrostan i spokój, pragną konsumować jak najwięcej i jak najbezpieczniej. Choć mają też w sobie pewien narcyzm i pragnienie autotranscendencji czy przekroczenia granic swej codziennej i doraźnej egzystencji. I lubią wtedy wystroić się w liberalne bądź też patriotyczne czy katolickie szaty – byleby to ładnie wyglądało. Trochę to cyniczne, co mówię, ale tak naprawdę ważne jest dla mnie to oto, że

jesteśmy w bardzo ciekawym momencie historycznym. Może nawet i przełomowym.

Nie wiem tylko, czy należałoby widzieć w tym błogosławieństwo czy, jak chce chińskie złorzeczenie, przekleństwo.


Zdjęcie główne: Zbigniew Mikołejko, Fot. Wikimedia Commons/Małgorzata Mikołajczyk, licencja Creative Commons

Reklama