Reklama

Na razie jesteśmy w głębi kryzysu, który ogarnia wszystkie przestrzenie naszego życia – od prywatnego po publiczne, od gospodarki po przemiany mentalne i kulturowe i oczywiście politykę – mówi nam prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, eseista, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pytamy, jak przeżyć czas zarazy i jacy będziemy, gdy się skończy. – Na pewno przemienieni – zostanie w nas po tej epidemii mocny ślad, mocna pamięć o niej. Stanie się ona dla nas na długo punktem odniesienia i momentem wielkiej transformacji, swoistej alchemii – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Jak żyć w czasach zarazy? Kończy się na naszych oczach świat, który znamy?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Na to wygląda. Zarazy zawsze przewartościowują naszą rzeczywistość, przemieniają ją radykalnie. Tak było choćby po największej pandemii, jaką zna cywilizacja europejska, czyli „czarnej śmierci” lat 1348-49, kiedy przekształceniu uległa cała kultura, cała nasza mentalność. Z miejsca wyłoniły się wtedy dwa skrajne nurty. Po pierwsze,

wyłoniła się wtedy ogromna pobożność, a z nią drastyczna kultura śmierci, której nie znało wcześniejsze średniowiecze. W sztuce zaroiło się wtedy od „tańców śmierci”, od „sądów ostatecznych”, od „triumfów śmierci”, od obrazów transi – rozkładającego się trupa, z którego wychodzą robaki.

W Polsce tego nie było, bo nasz kraj tamta zaraza ponoć ominęła. Nas dopadła taka „kultura śmierci” w XVII-XVIII stuleciu, w dobie baroku, kiedy spadły na nas wszystkie te nieszczęścia wojenne, łącznie z głodem i zarazami.

Reklama

Drugi kierunek to ten, który wyznaczył i którego symbolem jest „Dekameron” Boccaccia – jako jeden z manifestów nowej renesansowej kultury. Wszystko zaczyna się tam właśnie od strasznych opisów zarazy. I od ucieczki przed nią, kiedy to dziesięć osób – dam oraz kawalerów – wyjeżdża z Florencji, aby opowiadać sobie w zamiejskim pałacu i w ogrodzie różne historie: straszne i ucieszne, tragiczne i groteskowe, przejmujące i radosne. Wszystko ku pokrzepieniu serc, ale także ku odrodzeniu. To pokazuje, że

Europa, przynajmniej do tej pory, po doznaniu nawet tak drastycznym jak zaraza podnosiła się ku nowemu życiu jeszcze silniejsza i bardziej dynamiczna.

Teraz też tak będzie?
To nie musi być wieczna recepta. Na razie jesteśmy w głębi kryzysu, który ogarnia wszystkie przestrzenie naszego życia – od prywatnego po publiczne, od gospodarki po przemiany mentalne i kulturowe i oczywiście politykę. Nawet małolaty dowiedzą się więc teraz, że ich rzeczywistość wirtualna i smartfony to nie jest jedyny świat, w którym przyszło im żyć. Została też rozwiana ułuda religii wiecznego zdrowia i szczęścia, pomyślności wiedziona przez dostatnie, ustabilizowane społeczeństwa Zachodu, do których Polacy też zresztą się zaliczają, niezależnie od naszych utyskiwań i biadolenia.

Nagle okazało się bowiem, że nie liczą się samochodziki, roszczeniowość i wakacje na Teneryfie czy w Malezji, ale że trzeba bronić własnego życia na bardzo elementarnym poziomie.

Niektórzy zareagowali na to histerycznie – we Włoszech, w Hiszpanii zwłaszcza – próbując żyć jak przedtem, bez ograniczeń, co skończyło się tragicznie. U nas także są tacy, co beztrosko i wręcz prowokacyjnie podchodzą do sprawy. Ot, w Rudzie Śląskiej – już po wprowadzeniu stosownych zakazów i restrykcji – trwała w najlepsze dyskoteka, przerywana trzykrotnie przez interwencję policji, niestety bezskutecznie. Poseł PiS-u, niejaki pan Woźniak, urządził imieniny na 200-250 osób. Tłumy ogromne pociągnęły pod Ślężę, do Tatrzańskiego Parku Narodowego i do warszawskich Łazienek, biesiadnicy rozgościli się na nadwiślańskich bulwarach, a rodzinki z dziećmi – na placach zabaw.

Tak, „moja chata z kraja”, „mnie to nie dotyczy”, „Polacy, nic się nie stało!”. No i jedzmy i pijmy, jak szydził św. Paweł z podobnych zachowań, bo jutro pomrzemy.

Polski Kościół długo przekonywał, że nie ma przeciwwskazań, aby brać udział we mszach, i długo bronił się przed tym, aby w końcu powiedzieć: zostańcie w domach.
To pokazuje, że mentalnie nasz Kościół jest nadal na poziomie średniowiecza oraz pobożności ludowej. Oczywiście nie wszyscy biskupi. Z jednej strony są tacy jak arcybiskup Grzegorz Ryś czy – bardziej jeszcze – gliwicki biskup Jan Kopeć, który odwołał wręcz wszystkie msze, jak pomocniczy biskup ełcki, Adrian Józef Galbas, mówiący stanowczo, że pójście teraz do kościoła jest „wbrew miłości bliźniego”. Z drugiej  strony mamy arcybiskupa częstochowskiego Józefa Depo czy – to przypadek bardzo jaskrawy – arcybiskupa szczecińsko-kamieńskiego Andrzeja Dzięgę, który

przekonywał, że w kościele nie można zarazić się koronawirusem, bo „Chrystus uzdrawia, a nie roznosi zarazki”. To absolutny szamanizm. I władcza, nieczuła pycha.

Przemiana dotyczy tymczasem każdej władzy, także tej kościelnej. Nasz Kościół nie lubi jednak, bardziej niż inne, kiedy coś, nawet zaraza, mu w tym bezgranicznym sprawowaniu władzy nad owieczkami przeszkadza. I u większości głosów episkopatu dało się usłyszeć, przynajmniej do pewnego momentu, oburzenie: niemożliwe, żeby jakaś tam epidemia ograniczała nasze prerogatywy! Sprawdza się tu doskonale słynne powiedzenie wybitnego katolickiego działacza XIX wieku, Lorda Actona, że „władza absolutna demoralizuje absolutnie”. On to właśnie odnosił do Kościoła. A wiemy, że

Kościoła w Polsce do tej pory nic nie ograniczało, żadna władza polityczna, ani lewica, ani prawica – wręcz przeciwnie. A obecnie zaraza taki stan rzeczy kończy. Nie do uwierzenia, nie do przyjęcia!

Najpierw więc Episkopat Polski, co pokazało wystąpienie arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego jego Konferencji, robił wszystko, żeby „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Teraz jednak ugiął się pod presją okoliczności.

Pojawiają się teorie, że pandemia koronawirusa to zemsta Matki-Ziemi, która ma dość ludzkości z jej rozbuchanym konsumpcjonizmem.
Jasne, że jest tu zbieżność z katastrofą ekologiczną. Ale ja bym aż tak bardzo w tę „zemstę” nie wierzył. I mówienie o niej to nieuprawniona absolutyzacja naszego czasowego doświadczenia, to czynienie z niego wiekuistego dogmatu. To by bowiem znaczyło, że za każdym razem, kiedy pojawia się epidemia czy pandemia, Ziemia daje nam znać, że nie może nas znieść. Poza tym uważamy zawsze, że to, co nas właśnie dopada, to najgorsze możliwe zło – taka jest bowiem ludzka natura, że w katastrofie chcemy widzieć jakiś „znak”. To pradawne myślenie magiczne, ciągle w nas obecne, bo

wcale nie jesteśmy tak nowocześni, jak sobie często wmawiamy.

Jasne, że obecnie niszczymy planetę w stopniu dotąd nieznanym. Ale przecież pandemie pojawiały się w różnych okolicznościach i różnych momentach dziejowych – i wtedy, kiedy niszczyliśmy Ziemię, i wtedy, kiedy nie mieliśmy jeszcze tak wielkich możliwości w tym zakresie, w starożytności, średniowieczu czy nawet w XVII stuleciu. Pandemie pojawiają się okresowo z różnych przyczyn i nie szukałbym w nich żadnych „znaków”. To więc raczej tak jak z polskim Kościołem – to raczej znak, że nie panujemy nad rzeczywistością aż tak bardzo, jak byśmy chcieli. Że bycie człowieka jako absolutnego władcy egzystencji zostaje zakwestionowane, że wezwanie „czyńcie ziemię poddaną”, jak czytamy w biblijnej Księdze Rodzaju, nagle zostaje podważone – brutalnie i ironicznie.

Jak my możemy sobie radzić z czasem pandemii? Dla wielu zamknięcie w domu jest ciężkim przeżyciem…
Nawet już pojawiają się dowcipy na  ten temat: „Spędzam z rodziną czas. To super ludzie. I okazało się, że rok temu córka wyszła za mąż”. Gorsze jest natomiast to, co dzieje się w szerszej przestrzeni publicznej.

Ten wirus zaatakował nas bowiem nie tylko w sensie biologicznym, ale zagroził wszystkim formom i przejawom naszego życia: gospodarce, kulturze, moralności i więzi społecznej. I trzeba będzie to wszystko przetrwać. I z rozległej, globalnej katastrofy – nieznanej w istocie przeszłym wiekom – odrodzić się do zwykłego życia.

To wszystko wiąże się zresztą z tego życia modelem. Niall Ferguson, znakomity historyk gospodarki, jeden z najmodniejszych i najlepiej opłacanych dziś intelektualistów Zachodu, w książce „Rynek i ratusz” pisze o dwóch modelach życia społecznego, kultury i gospodarki. Jeden łączy się z sieciowością, drugi z pięciem się ku górze, z hierarchicznością. Oczywiście oba występują zawsze łącznie – tylko raz jeden, raz drugi jest dominujący. W dzisiejszym świecie globalnym żyjemy głównie w obrębie tego sieciowego powiązania, gęstego jak nigdy przedtem, wręcz rozbuchanego. I oto nagle okazało się, że znienacka – dla zwalczenia nieszczęścia – trzeba przejść na ten hierarchiczny porządek, związany z zamknięciem, zarządzaniem „odgórnym”, opartym na hierarchii i przymusie, na – jak się niekiedy teraz powiada – „oświeconym absolutyzmie”, na ograniczeniu naszych swobód podstawowych, zwłaszcza swobody poruszania się i międzyludzkich kontaktów.

Sieciowość naszego życia, dużo większa niż w innych epokach, sieciowość tak globalna i tak totalna została tak oto przez pandemię podważona, może nawet, w pewnych warstwach, i zdruzgotana. To jest prawdziwy dramat.

Jacy wyjdziemy z tego?
Na pewno przemienieni – zostanie w nas po tej epidemii mocny ślad, mocna pamięć o niej. Stanie się ona dla nas na długo punktem odniesienia i momentem wielkiej transformacji, swoistej alchemii. Byle tylko nie uruchomiły się teraz na większą skalę mechanizmy prześladowcze, bo te na mniejszą, lokalną skalę dają już znać o sobie. Często bowiem w czasie zarazy – czy klęsk takich jak głód, susza i wojna – szuka się tych rzekomo „odpowiedzialnych”. Rodzą się też teorie spiskowe i niecne podejrzenia. Pojawiają się rozmaite „kozły ofiarne” naszych nieszczęść – obcy w wierze, kulturze, języku i obyczaju. Na pewno, broń Boże, nie nasi kochani pobratymcy, którzy – kiedy wirus już szalał – jeździli na wakacje na Teneryfie albo narty we Włoszech, a teraz siedzą zamknięci w hotelach i krzyczą o pomoc! Nie ci „nasi” również, którzy uznali, że „nasza chata z kraja”, że to ich nie dotyczy – tak jak wcześniej nie dotyczyły ich zobowiązania wobec kultury i drugiego człowieka! To ci „drudzy”, „nie nasi” „Szoszoni” jacyś i „ciapaci”! To niestety możliwe, bo

teraz wszyscy się boimy i musimy zmierzyć się z własnym lękiem – rodzi się w nas, zawsze skłonna do wyolbrzymienia i fałszu, „panika moralna”, która zawsze wiąże się z zaciemnieniem sytuacji, brudnymi oskarżeniami, niecnymi czynami.

Na szczęście, mam wrażenie, w większości z nas odezwały się dobre struny – odpowiedzialności i solidarności, nierzadko też heroizmu.


Zdjęcie główne: Zbigniew Mikołejko, Fot. Wikimedia Commons/Małgorzata Mikołajczyk, licencja Creative Commons

Reklama