Reklama

Napis “Konstytucja” uważa się za antypaństwowy, a w 1918 roku miliony Polaków marzyły o momencie, gdy własny Sejm uchwali własną konstytucję. Nie da się zbudować wspólnego święta, kiedy przez 365 dni w roku od 3 lat tej wspólnotowości się odmawia i jedna z partii zawłaszcza kraj. To jak w patologicznej rodzinie, gdzie na co dzień jest przemoc i nagle jeden dzień w roku wszyscy mają się trzymać za ręce i uśmiechać, mówić, że się kochają przez te sińce i rany – mówi nam prof. Tomasz Nałęcz, historyk, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. – Nadzieja prezydenta, że on ucywilizuje ten marsz, była założeniem absurdalnym. Równie dobrze prezydent może się udać do lasu i namawiać wilki, żeby zaczęły odżywiać się trawą. Moim zdaniem jesteśmy w obliczu konfuzji, że najwyższe władze państwowe w organizacji tego wyjątkowego święta się nie sprawdzą. Cała nadzieja w społeczeństwie, zresztą tak samo jak przed 100 laty. To miliony Polaków w obliczu rozpadania się dotychczasowego ładu międzynarodowego, będącego grobem Polski, wzięły władzę w swoje ręce. Polska zaczęła powstawać w setkach miast, w tysiącach wsi.

JUSTYNA KOĆ: Myślałam, że zaczniemy od historii wydarzeń sprzed 100 lat, ale muszę spytać o dziwne zachowanie prezydenta, który najpierw zaprasza na marsz narodowców, a potem sam ogłasza, że nie weźmie w nim udziału. O co tu chodzi?

Prof. TOMASZ NAŁĘCZ: Myślę, że warto zacząć od jeszcze bardziej generalnej uwagi na temat tych przygotowywanych obchodów. Rządzące PiS-owskie władze od początku nie miały formuły odpowiadającej powadze i godności tego święta. Najlepszym tego świadectwem jest to, że w 100-lecie niepodległości wypadałoby, aby uhonorować tych, którzy byli zasłużeni w tej materii. Tymczasem

głównym wydarzeniem będzie odsłonięcie na placu Józefa Piłsudskiego pomnika Lecha Kaczyńskiego. Józef Piłsudski będzie nadal stał na przylegającej do placu bocznej uliczce i – jak przez łzy sobie żartują warszawiacy – nadal będzie pilnował zlokalizowanego tam parkingu. To moim zdaniem pokazuje najlepiej stosunek PiS-u do tego święta. Uczynić z niego partyjną fetę, raz jeszcze wykorzystać coś, co powinno być własnością całego narodu, w służbie partii. Wszystkie te ruchy, także prezydenta, są tego pochodną.

Prezydent nie stanął na wysokości zadania?
Oczywiście głównym winowajcą jest ten, w którego ręku spoczywa władza w Polsce, czyli czynnik ulokowany zupełnie poza ładem konstytucyjnym – Jarosław Kaczyński. Przed narodem jest jednak ogromna odpowiedzialność prezydenta Dudy. Przypomnę, że konstytucyjnym obowiązkiem prezydenta jest być prezydentem wszystkich obywateli. Obchodzenie tak ważnych wydarzeń z historii narodowej jest właśnie momentem, kiedy ten element łączący wszystkich Polaków, ponad normalnymi w społeczeństwie różnicami, winien być szczególnie widoczny.

Prezydent takiej strategii nie realizował, bo od początku swojego urzędowania nie jest prezydentem wszystkich Polaków, tylko jednej partii. Zresztą sam tego nie ukrywa. Wiele jest takich posunięć, które wskazują, że tak właśnie postrzega także obchody niepodległości.

Specjalna ustawa sejmowa to prezydenta uczyniła organizatorem tych obchodów. Na mocy tej ustawy został też powołany komitet obchodów 100-lecia niepodległości. Wydawałoby się, że skoro okoliczności są tak wyjątkowe, to do tego komitetu zostaną zaproszeni nie tylko politycy partii rządzącej, ale też byli prezydenci RP. Oni wszyscy mieli mandat od całego społeczeństwa, aby przez pięć, a Aleksander Kwaśniewski przed dziesięć lat, je reprezentować. Naturalnym odruchem powinno być zaproszenie do komitetu byłych prezydentów, skoro mamy 100. rocznicę odzyskania niepodległości.

Reklama

Tymczasem komitet został obsadzony przez PiS-owskich dygnitarzy. Jako pewne alibi próbowano dołączyć kilka osób z opozycji, część z nich zresztą odmówiła, nie chcąc być zasłoną dymną dla zawłaszczania przez PiS tego święta.

Skończyło się na zaproszeniu na marsz narodowców…
Wydawałoby się, że w 100-lecie niepodległości to prezydent powinien być organizatorem marszu, skoro takowy ma się odbyć, marszu dla wszystkich Polaków. Taką ideę realizował Bronisław Komorowski, co przypominam nie dlatego, że z nim pracowałem, tylko dlatego, że to idea najlepiej oddająca wspólnotowy charakter tego święta.

Tak się bowiem historycznie złożyło, że przy najważniejszym szlaku komunikacyjno-historycznym w Warszawie, Trakcie Królewskim, są ulokowane pomniki większości polityków, których nazywamy ojcami założycielami II RP. Jest pomnik Józefa Piłsudskiego, Romana Dmowskiego, Wincentego Witosa, Ignacego Paderewskiego, ba, ma być w listopadzie odsłonięty pomnik Ignacego Daszyńskiego, bo do tej pory brakowało tej postaci, tak symbolicznej dla polskiej lewicy niepodległościowej, niesłychanie zasłużonej dla odbudowania naszego państwa. Aż się prosiło, aby prezydent zorganizował taki marsz.

Nawet jeśli nie chce kontynuować tradycji poprzednika, to mógłby go jakoś inaczej nazwać. W takim marszu ludzie różnych przekonań mogliby przejść przez Warszawę i pokłonić się tym, którzy byli wówczas w różnych miejscach sceny politycznej, których zgodnym wysiłkiem zostało odbudowane własne państwo. Mottem tych obchodów powinno być właśnie łączenie Polaków, tak jak przed 100 laty. Wówczas, mimo bardzo ostrych podziałów, potrafili połączyć się w budowaniu państwa, bo rozumieli, że albo się zjednoczą i zbudują państwo, albo będą ze sobą rywalizować politycznie i zmarnują ten wyjątkowy moment.

Ten duch powinien być odbudowany i to nie tylko pustym wezwaniem “bądźmy razem”, tylko w całych obchodach. Tymczasem prezydent z pustymi rękami próbował się podczepić pod cudzą inicjatywę, która nie ma nic wspólnotowego.

Prezydent nie zrobi też sam nic spektakularnego: złoży kwiaty pod pomnikiem, weźmie udział w mszy, w południe przed Grobem Nieznanego Żołnierza weźmie udział w uroczystościach, jak co roku. Warszawiakom zostaje chyba tylko ten nieszczęsny marsz?
Od kilku ładnych lat jest to marsz skrajnych sił politycznych w Polsce, nawet nie ruchu narodowego, tylko jego skrajnych organizacji.

Jak chcemy honorować II RP, to wpisywanie się w marsz organizacji, które były w niej zdelegalizowane jako zagrażające porządkowi państwowemu, jest samo w sobie pikantne.

A już nadzieja prezydenta, że on ucywilizuje ten marsz i namówi narodowców, żeby nie występowali pod swoimi partyjnymi flagami i nie głosili swoich haseł nacjonalistycznych, było założeniem absurdalnym. Równie dobrze prezydent może się udać do lasu i namawiać wilki, żeby zaczęły odżywiać się trawą.

Moim zdaniem jesteśmy w obliczu konfuzji, że najwyższe władze państwowe w organizacji tego wyjątkowego święta się nie sprawdzą. Cała nadzieja w społeczeństwie, zresztą tak samo jak przed 100 laty. To miliony Polaków w obliczu rozpadania się dotychczasowego ładu międzynarodowego, będącego grobem Polski, wzięły władzę w swoje ręce. Polska zaczęła powstawać w setkach miast, w tysiącach wsi.

Uznajemy datę 11 listopada jako symboliczną rocznicę odzyskania niepodległości, ale to był proces, który zaczął się wcześniej.
Oczywiście i zresztą to jest kolejny zarzut, który ja formułuję pod adresem prezydenta Dudy, że w tych jego mgławicowych, niezbornych propozycjach nie ma w ogóle takiej formuły, która by oddała ten obywatelski wysiłek i go uhonorowała. Żaby to zrobić,

nie można świętować jednego dnia na centralnym placu Warszawy, dodając jeszcze Polakom dzień wolny po tym święcie. Zresztą każdy rozsądny człowiek wie, że jest to próba przekupienia wyborców. Tak w historii próbowali przekupywać Polaków tylko najgłupsi. Mądrzy odwoływali się do ich wyższych uczuć, patriotyzmu, gotowości do poświęceń.

Dziś, aby uczcić 100-lecie niepodległości, prezydent powinien pielgrzymować po Polsce, tak jak przetaczała się fala wolności. 11 listopada niewiele się wydarzyło, wolność przychodziła do Polski w różnych momentach. Dla Krakowa to jest powstanie Polskiej Komisji Likwidacyjnej 28 października. Kłuło mnie w oczy, że w ramach obchodów nie było nic na ten temat w Krakowie. Można to tłumaczyć partyjnym garniturem prezydenta, no bo jak prezydent, choć krakowianin, miałby udać się tam udać i świętować razem z prezydentem Majchrowskim, gospodarzem miasta? Wszystko wskazuje też na to, że władze państwowe w ogóle nie zamierzają świętować 100-lecia utworzenia pierwszego rządu 7 listopada 1918 roku, który aspirował do bycia rządem centralnym, czyli Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej w Lublinie. Też żadnych obchodów w 100-lecie powstania rządu Daszyńskiego nie będzie.

Może dlatego, że był to rząd lewicowy i rządzącej prawicy to nie w smak?
Być może, ale warto podkreślić, że były wtedy dwie lewice.

Daszyński to lewica niepodległościowa, w przeciwieństwie do lewicy bolszewickiej, komunistycznej, która była wroga odbudowaniu Polski. Ta lewica niepodległościowa odegrała niesłychanie ważną rolę. Na ziemiach polskich, zajmowanych przez zaborców, było wtedy dużo biedy, nędzy, która radykalizowała nastroje w sposób znaczny, co groziło rewoltą. Sformowanie tego pierwszego rządu, którzy rządził co prawda tylko 2 miesiące, bo do stycznia 1919 roku, spowodowało, że udało się przekonać Polaków, że wolna Polska będzie sprawiedliwa społecznie.

Rację mieli socjaliści w okresie międzywojennym, którzy mówili, że 7 listopada 1918 roku w Lublinie zadano śmiertelny cios komunizmowi w Polsce. Jak się to wszystko pozbiera do kupy, to przykro się robi, że tak to wygląda. I do tego jeszcze odsłonięcie pomnika Lecha Kaczyńskiego na placu Piłsudskiego. Oczywiście Lechowi Kaczyńskiemu, jak i kilkunastu innym osobom zasłużonym dla odbudowania wolności po 1989 roku, pomnik się należy.

Wolałbym jednak, aby zacząć od stawiania pomników osobom bardziej znaczącym, jak Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek czy Jacek Kuroń. Akurat w przyszłym roku będzie 30-lecie odzyskania wolności, byłaby zatem świetna okazja do uhonorowania w ten sposób także Lecha Kaczyńskiego. Zresztą jestem pewny, że także tamte obchody zostaną zawłaszczone przez PiS, tak jak tegoroczne.

Prezydent Komorowski próbował wprowadzić 11 listopada radosny patriotyzm, to było robienie kotylionów, marsz ulicami miast, inny niż narodowców. Czemu to się nie przyjęło?
Rzeczywiście, ma pani rację, że w naszej tradycji jest formuła patriotyzmu heroicznego; patriotyzm to ofiara, przelana krew, bo tak też wyglądała nasza historia. Pewnie trochę wynika to z tego, że nie mamy takiej tradycji, którą mają narody, bardziej cieszące się dostatkiem i pokojem niż wojną i jej okropieństwami. Wzorem tego radosnego patriotyzmu są Stany Zjednoczone, które od 200 lat nie zaznały wojny na swoim terytorium. Ostatnią była wojna domowa, secesyjna, którą sami sobie zgotowali. Bronisław Komorowski próbował znaleźć taką formułę na różne sposoby, bo jak się szuka, to w końcu się znajdzie. PiS gruntowanie tę formułę zdezawuował, obśmiał, uważał wręcz za sprofanowanie polskiego patriotyzmu i zarzucił Komorowskiemu brak wrażliwości patriotycznej, co jest akurat absurdem. Samo jego życie jako działacza opozycji demokratycznej, antykomunistycznej, więźnia PRL, cała jego tradycja rodzinna wpisuje się właśnie w ten patriotyzm heroiczny, cierpiętniczy.

Prezydent Komorowski rozumiał, że jeżeli chcemy Polskę zakorzeniać w pokoju, stabilności, pomyślności, to musimy też dostosować do tego nasz patriotyzm, a taka Polska się prezydentowi marzyła. PiS uwielbia ten patriotyzm heroiczny, nawet o ofiarach katastrofy komunikacyjnej mówi “polegli”, chociaż to słowo zarezerwowane jest dla tych, którzy zginęli na polu walki.

Jarosław Kaczyński i góra partyjna unika spędzania 11 listopada w Warszawie. Dlaczego?
Ten dzień świętuje w Krakowie. To pokazuje strategię Kaczyńskiego, że najważniejszym polskim bohaterem narodowym jest jego brat, a ponieważ jego grób jest na Wawelu, zresztą z woli Jarosława, to prezes chce świętować na Wawelu. Ten sukces narodowców polega też na tym, że warszawskie ulice zostały przez rządzących narodowcom oddane. PiS 11 listopada przenosi stolicę do Krakowa, a Warszawa zostaje oddana narodowcom. Stąd też ta pułapka na Andrzeja Dudę.

Zresztą skandalem jest, że policja potrafi skutecznie ścigać protestujących przeciwko takim marszom narodowym, a różne sprzeczne z prawem ekscesy uczestników tego marszu są tropione w taki sposób, jakby kret wyszedł nagle na powierzchnię, oślepiło go słońce i nic nie widzi.

Świetnie policja ściga tych, którzy koszulki z napisem “Konstytucja” zawieszają na pomnikach.
To też jest przyczynek do atmosfery obchodów 100-lecia niepodległości. Napis “Konstytucja” uważa się za antypaństwowy, a w 1918 roku miliony Polaków marzyły o momencie, gdy własny Sejm uchwali własną konstytucję. Nie da się zbudować wspólnego święta, kiedy przez 365 dni w roku od 3 lat tej wspólnotowości się odmawia i jedna z partii zawłaszcza kraj. Dobre dla Polski jest tylko to, co ona robi, a ci, którzy się z tą partią nie zgadzają, są wrogami. Nie można oczekiwać, że jeden dzień w roku wszyscy zapomną i będą udawać, że jest wspaniale. To jak w patologicznej rodzinie, gdzie na co dzień jest przemoc i nagle jeden dzień w roku wszyscy mają się trzymać za ręce i uśmiechać, mówić, że się kochają przez te sińce i rany.

Jak będzie wyglądać 11 listopada 2018 roku?
Będziemy świętować podzieleni.

Nie chciałbym być fałszywym prorokiem, ale znowu przez Warszawę przejdzie marsz narodowców z ich okrzykami i hasłami, policja znowu ich nie będzie widziała, znowu będzie głównie zajmowała się represjonowaniem ludzi, którzy w patriotycznym, obywatelskim odruchu będą protestowali przeciwko temu. Taki obraz pójdzie w świat i taki obraz zostanie skonfrontowany z tym, co tego dnia będzie się działo w Paryżu.

Pana zdaniem była szansa na połączenie tych dwóch rocznic?
Przecież PiS nawet nie próbował uczynić 100-lecia niepodległości Polski wydarzeniem międzynarodowym. Normalnie funkcjonujący jako partner w Europie rząd podjąłby próbę zorganizowania polskich uroczystości z udziałem przynajmniej części gości, którzy będą w Paryżu. Przecież z Paryża do Warszawy jest zaledwie krok, dwie godziny lotu. Wtedy miałoby sens świętowanie także i 12 listopada. Wówczas okazałoby się, że Europa upamiętnia dwa arcyważne wydarzenia sprzed 100 lat. 11 listopada w Paryżu zakończenie I wojny światowej, a dzień później w Warszawie, mieście tak doświadczonym, w kraju, gdzie rozgrywały się wydarzenia bardzo znaczące dla całego regionu. To byłaby piękna sprawa, ale nikt nawet nie próbował tego zrobić, wiedząc, że przy takiej polityce, jaką PiS prowadzi, nikt nie zechce przyjechać do Warszawy.


Zdjęcie główne: Tomasz Nałęcz, Fot. Lukas Plewnia, licencja Creative Commons

Reklama

Comments are closed.