Reklama

Skoro pani Staroń odejdzie z Senatu, to mogłoby się okazać, że jej miejsce po wyborach uzupełniających zajmie przedstawiciel opozycji. Na naszej politologicznej giełdzie pojawiają się tu nawet takie nazwiska jak Tusk czy Hołownia. Wówczas Senat stałby się jeszcze bardziej opozycyjny i Kaczyński musiałby mieć pewność, że może przegłosować poprawki senackie, a o to dziś bardzo trudno, zakładając, że Gowin nie będzie zawsze pewnym koalicjantem – mówi nam prof. Renata Mieńkowska-Norkiene, politolog z UW. Pytamy o skutki wyborów rzeszowskich zarówno dla opozycji, jak i opcji rządzącej. Pytamy też o rekonstrukcję rządu i odejście z funkcji wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego. – To nie ma żadnego znaczenia, tak jak nie miało znaczenia jego wejście do rządu. Tylko jeżeli w rządzie pojawiłby się ktoś kojarzony z liberalną częścią sceny politycznej, bardziej progresywną, to może rzeczywiście nabić Kaczyńskiemu kilka punktów wizerunkowo. Natomiast czy to będzie istotne kryterium podczas podejmowania decyzji przy urnie wyborczej, wątpię. Nie sądzę też, aby to podniosło słupki poparcia PiS – podkreśla  

JUSTYNA KOĆ: Przewagą 9 głosów nowy RPO została senator Lida Staroń. Co zrobi Senat?

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE: Senat może zagłosować za panią Staroń, ponieważ w przeciwnym razie na konstytucyjnym stanowisku od lipca pojawi się wakat. Niektórzy senatorowie mogą patrzeć na tę opcję ze zgrozą, nawet jeśli pani Staroń nie jest szczytem ich marzeń na tym stanowisku. Ale wtedy będą się musiały odbyć wybory uzupełniające do Senatu. To szansa dla opozycji, ale pytanie, czy jej się uda ją wykorzystać.

Kilkoro posłów porozumienia z Gowinem na czele głosowało za prof. Wiąckiem. Czy to oznacza kryzys w rządzie?
Po pierwsze, skoro pani Staroń odejdzie z Senatu, to mogłoby się okazać, że jej miejsce po wyborach uzupełniających zajmie przedstawiciel opozycji. Do tego być może odejdzie senator Borys-Damięcka, której już należy się emerytura, a która ma dość zachowawcze i konserwatywne poglądy. Na naszej politologicznej giełdzie pojawiają się tu nawet takie nazwiska jak Tusk czy Hołownia. Wówczas Senat stałby się jeszcze bardziej opozycyjny i

Kaczyński musiałby mieć pewność, że może przegłosować poprawki senackie, a o to dziś bardzo trudno, zakładając, że Gowin nie będzie zawsze pewnym koalicjantem.

Co politolog może wyczytać z wydarzeń w Rzeszowie i wygranej wspólnego kandydata opozycji?
Sytuacja jest dość złożona. Zacznijmy od tego, że Rzeszów nie musi być żadnym wielkim testem czy papierkiem lakmusowym tendencji ogólnopolskich, jak czasem komentatorzy nazywają te wybory.

Reklama

Po pierwsze, opozycja pokazała, że potrafi się zjednoczyć i mimo wszystko potrafi podjąć pewne ryzyko i jest w tym zborna. Do tej pory, zazwyczaj gdy opozycja kombinowała, szykowała jakieś triki i próbowała ograć w jakiś sposób Kaczyńskiego, to zazwyczaj to się nie udawało. Nie umiała tego zrobić z różnych powodów: złożoności światopoglądowej partii opozycyjnych, aspiracji liderów, także przyzwyczajeń. Tutaj okazało się, że się udało.

Po drugie, spójrzmy na tę sytuację z uwzględnieniem doświadczeń innych państw. Od zwycięstwa opozycji w większych miastach zaczęła się odbudowa nadziei w wyborach opozycji na Węgrzech. Ruszyła fala motywacji w wyborcach opozycji i fala konstruktywnych kroków po stronie partii opozycyjnych, które dzięki temu mają szanse na wygranie wyborów i stworzenie rządu. Zresztą mer Budapesztu został wystawiony jako potencjalny premier.

Kolejną kwestią jest fakt, że PiS bardzo mocno wspierał panią Leniart, a do Rzeszowa przyjeżdżali różni prominentni politycy PiS-u, łącznie z samym Kaczyńskim. Okazało się, że to dało pani Leniart zaledwie dwadzieścia parę procent, mimo tych wszystkich działań i błogosławieństwa Kaczyńskiego. To z kolei pokazuje, że

prezes nie jest już tak wszechmocny, jego poparcie nie ma już takiego wielkiego znaczenia.

Co więcej, w kontekście tych wyborów pojawiło się wiele memów o pani Leniart, o Kaczyńskim, który ją wspierał. Internauci szybko złapali dziwne, nienaturalne sytuacje i pozy, i zaczęło się coś, co moim zdaniem wpłynęło na wynik wyborów prezydenckich, jeżeli chodzi o Bronisława Komorowskiego. Zaczął się śmiech w Internecie z Kaczyńskiego i Leniart, ze Zjednoczonej Prawicy. To może spowodować, że zaczną się od nich odwracać młodsi, konserwatywni wyborcy, bo PiS zacznie się stawać obciachowy.

Czyli PiS przestał być wszechwładny, ale jeszcze za wcześnie, aby składać go do politycznego grobu?
Zjednoczona Prawica przetrwa z kilku powodów: po pierwsze, bo Kaczyński dołoży teraz wszelkich starań, aby utrzymać ją w całości. Jeżeli odejdzie teraz Gowin, to Kaczyński nie ma pewności, że dzięki głosom bielanowców i kukizowców, a nawet jeżeli uda mu się kogoś z PSL przeciągnąć na swoją stronę, utrzyma większość. Co więcej, nie ma wtedy za bardzo szansy na oddalenie weta Senatu. Dlatego Gowin jest mu potrzebny i dostanie, co chce, np. będą to rekompensaty dla średnich i małych przedsiębiorstw, które stracą na Polskim Ładzie. Gowin sprzeda to jako swój wielki sukces i wszyscy będą zadowoleni. Ziobro oczywiście też czyha tylko, aby zaszkodzić Morawieckiemu czy samemu Kaczyńskiemu, zatem prezes zrobi wszystko, aby prawica pozostała zjednoczona.

Trudno powiedzieć, czy prezes zawsze będzie mógł liczyć na Konfederację, jak w przypadku wyboru pani Staroń – zapewne nieczęsto formacja ta będzie głosowała tak, jak PiS, zatem nie można na niej opierać strategii głosowań.

Zacznie się jednak teraz strojenie żartów z PiS i śmieszkowanie w Internecie, i to może doprowadzić do tego, że PiS stanie się obciachowy, a to jest tendencja, która zmienia cały krajobraz narracyjny. Oby opozycja to wykorzystała.

Czy to znaczy, że PiS przestał być sexy, pachnieć władzą, jak powiedział kiedyś Leszek Miller?
Na pewno Kaczyński przestał być demiurgiem, wielkim strategiem. Od PiS odchodzi też powoli młodszy elektorat. Do tego spora grupa elektoratu z mniejszych miast, elektoratu wiejskiego, np. nauczyciele albo samorządowcy z mniejszych miejscowości, którzy głosowali na PiS w poprzednich wyborach. Teraz mogą zagłosować na Hołownię albo wrócić do PSL, który zanotował spory odwrót swojego elektoratu do PiS-u. Jest tez Agrounia, która może PiS-owi parę głosów zabrać, mimo że nie przekroczą pewnie progu. Jest zatem kilka problemów, z którymi PiS musi się zmierzyć, ale największy to ten wizerunkowy. Andrzej Duda już od jakiegoś czasu jest przedmiotem kpin i śmiechów, zatem tu ten proces już nastąpił. Przykład Rzeszowa i pani Leniart pokazuje, że Jarosław Kaczyński też potrafi postawić na niewłaściwego konia.

A co to oznacza dla opozycji?
Opozycja zyskuje wiatr w żagle i teraz musi przede wszystkim nie stracić wizerunkowo na tym, co się stało w Rzeszowie. To warunek bezwzględny. Opozycja rozdmuchała tę sprawę, zatem teraz musi wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie z Fijołkiem. Jeżeli będzie popełniał błędy i Rzeszowianie stwierdzą, że to nie był dobry wybór, będzie to oznaczało klapę dla opozycji. Rozumiem, że to nie jest takie proste, ale na pewno wszystkie ręce na pokład. Prezydenci wszystkich miast, którzy rządzą, a nie są ze Zjednoczonej Prawicy, muszą też najlepiej jak potrafią wywiązywać się ze swojej roli, to musi być lobbowanie na poziomie unijnym, aby środki szły do nich bezpośrednio itd. Do tego oczywiście musi iść odpowiednia narracja i przekaz, a

Rzeszów musi się rzeczywiście okazać miastem otwartym, aby mieszkańcy uwierzyli, że naprawdę żyje się lepiej.

Czy widzi pani zjednoczoną opozycję w wyborach parlamentarnych?
Opozycja jest tak zróżnicowana, złożona, że o to będzie trudno, ale nie ma się co dziwić, bo siły prodemokratyczne i liberalne zawsze są bardziej złożone, niż te konserwatywne. Na pewno nie będzie łatwo zjednoczyć się opozycji. Myślę też, że ta premia działa tylko do pewnego stopnia.

Spokojnie sobie wyobrażam, że wyborcy PSL mają problem z tym, że podnoszone są kwestie adopcji dzieci przez osoby LGBT+ i dlatego sądzę, że środowiska bardziej konserwatywne powinny się przyłączyć albo do Hołowni, albo PSL, tylko oczywiście nie mogą ryzykować braku przekroczenia progu. To musi być pewniak. Może grupa w rodzaju PSL plus konserwatyści z PO jak Raś i Zalewski plus ewentualnie jacyś gowinowcy, choć w to ostanie wątpię. Sama PO powinna skręcić trochę na lewo, bo po pawiej stronie nie ma czego szukać. Tam jest już PiS, potem Hołownia, PSL więc w dzisiejszym kształcie powinni przesunąć się na lewo i oczywiście zmienić lidera na Trzaskowskiego.

Lewica, byleby przekroczyła próg i aby nie była takim ugrupowaniem, które pozwala sobie na flirty z PiS-em jak ostatnio, choć trudno powiedzieć, w którym kierunku pójdzie.

Ciekawe, czy takie przetasowanie przyniosłoby nowe otwarcie. Stawiam, że tak, bo duża grupa nowych wyborców, w szczególności młodszych, którzy są otwarci, liberalni i już nie kochają Kościoła katolickiego, mogłaby zostać zagospodarowana. Przypomnę jeszcze, że w Polsce jest największa na świecie przepaść między religijnością starszych i młodszych. Kwestie religijne, bardzo tradycjonalistyczne, nie będą ich przekonywać i sądzę, że opozycja powinna to uwzględnić obmyślając strategię.

Mówi się o rekonstrukcji rządu, w którym ma się znaleźć więcej kobiet, ma też odejść z funkcji wicepremiera Jarosław Kaczyński. Co to oznacza?
Dokładnie nic, tak jak nic nie znaczyło jego wejście do rządu. Zresztą mam wrażenie, że on sam uświadamia sobie, że to nie ma już większego sensu. Wizerunkowo też nie sądzę, żeby to miało większe znaczenie.

Co do liczby kobiet to jest to znaczące, bo jeżeli PiS zrobi manewr, który będzie mocno zaskakujący – pojawi się ktoś, kto będzie ogromnym zaskoczeniem dla samej opozycji, to może być medialną sensacją. Jeżeli w rządzie pojawiłby się ktoś kojarzony z liberalną częścią sceny politycznej, bardziej progresywną, to może rzeczywiście nabić Kaczyńskiemu kilka punktów wizerunkowo. Natomiast czy to będzie istotne kryterium podczas podejmowania decyzji przy urnie wyborczej, wątpię. Nie sądzę też, aby to podniosło słupki poparcia PiS.


Zdjęcie główne: Renata Mieńkowska-Norkiene, Fot. ARWC

Reklama