Reklama

To jest wyciągnięta jakby z bolszewickiej tradycji ZSRR i całej kulturowej otoczki stalinizmu myśl o budowie nowego człowieka: nowego dziennikarza, poety, pisarza, inżyniera, nowego doktora, który niesiony duchem narodowym będzie lepiej operował. Ta obłędna, wyciągnięta sprzed wieku idea nowego człowieka jest bardzo groźna. Oznacza uderzenie w merytokratyczne zasady i w rynek, a opowiedzenie się za selektywnością polityczną, która w dłuższej perspektywie doprowadzi do opłakanych skutków. Dlaczego mamy zapłacić taką cenę? – pyta prof. Radosław Markowski, politolog, ekspert w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych. Rozmawiamy o wyborach, ich konsekwencji i frekwencji wyborczej.

JUSTYNA KOĆ: Czy możemy powiedzieć, że sytuacja jest rozstrzygnięta, czy coś jeszcze może się zdarzyć w kwestii wyników wyborczych?

RADOSŁAW MARKOWSKI: To zależy, czy mówimy o liczbach bezwzględnych i procentach, które dostaną poszczególne ugrupowania, czy o przyszłej konfiguracji rządowej. W pierwszym przypadku raczej tak, w drugim nie. Mamy chyba jasność, że zwycięży PiS w liczbach względnych, druga co do wielkości będzie Koalicja Obywatelska, trzecia Lewica i dwie wątpliwości – czy Konfederacja i PSL przekroczą próg. Zresztą od tego ostatniego zależy, czy PiS będzie mógł po wyborach samodzielnie rządzić.

Mamy taki rząd, na jaki zasługujemy? Skoro afery korupcyjne i obyczajowe nie robią wrażenia na elektoracie, to chyba tak…
To, że te 5-6 mln ludzi, które zagłosują na PiS, są niewzruszone łamaniem konstytucji, które nie reagują na wyjątkowe beztalencia polityczne, które są odrzucane w UE czy w NATO, nie reagują na wieże, pana Banasia, gigantyczne pensje asystentek w NBP – pokazuje, że

Reklama

ten elektorat nie ma kwalifikacji obywatelskich. To ewidentnie nie działa.

Pytanie, czy zadowolony mieszczuch, któremu dobrze się powodzi, widzi zagrożenie w kontynuacji tego rządu. On musi rozumieć, że nigdy w 30-leciu Polska nie była tak osamotniona na arenie międzynarodowej. Nie mamy nic do powiedzenia w UE, a nasi kandydaci, jeżeli już zostają komisarzami, jak pan Wojciechowski, to nie ze względu na jego kwalifikacje, tylko układankę stanowisk.

Po drugie, Europa Wschodnia odwróciła się od nas i nic już na nas nie liczy, nic przez nas nie załatwia w Brukseli. Po trzecie, jeśli jeszcze ktoś ma wątpliwości, jakie jest stanowisko Stanów Zjednoczonych pod rządami Trumpa do Polski, to proponuję porozmawiać z Kurdami; od trzech dni mają na ten temat wyrobione zdanie. To najlepszy dowód na to, jak można liczyć na amerykańskiego sojusznika. Ja zawsze to sygnalizowałem. Tzw. artykuł 5 to kawałek papieru; nikt tu się nie pofatyguje, jak pojawi się prawdziwe zagrożenie. A zresztą to, co w nim zapisane, można realizować ochoczo lub ociągając się, wszystkimi siłami lub symulować sojusznicze zobowiązania etc. Ja nie mam wątpliwości, którą z tych opcji wybierze prezydent USA, dla którego “America First”… To wszystko pokazuje, jak

pisowska polityka zagraniczna jest błędna strategicznie, zagrażająca naszej niezawisłości i bezpieczeństwu.

W kraju nie lepiej. Wystarczy przejrzeć dane o śmiertelności, aby zauważyć, że mrzemy jak muchy i niech nikt nam nie wmawia, że jest to z innego powodu, niż błędna polityka w kwestii służby zdrowia i zabójcza polityka w sprawie emisji CO2. Na stanowisku ministra zdrowia mieliśmy katolickiego ideologa, któremu współczesna medycyna jest nie w smak, toteż podjął kilka decyzji zgodnych z instrukcjami episkopatu. Teraz mamy wyniki, np. w postaci wielkiego wzrostu samobójstw młodzieży i nie tylko. Masowo zamykane oddziały szpitalne, brak lekarzy, puste apteki lub niebotyczne ceny leków. Jesteśmy cywilizacyjnym, energetycznym grajdołem, któremu proponowano różne rozwiązania, zdając sobie sprawę, że jesteśmy uzależnieni od węgla, ale też rząd idzie w zaparte i niezależnie od wszystkiego chce nas truć przez kolejne dziesięciolecia, wspierając przy tym rosyjski przemysł węglowy.

To wszystko musi być dostrzegalne przez rozsądnych Polaków, tylko pytanie, ilu ich jest.

Czym zatem kierujemy się, podejmując decyzje wyborcze?
Proszę pani, na pewno nie jest prawdą to, co mówi z lubością wielu komentatorów, że wynik wyborczy zależy od ogólnego poziomu frekwencji wyborczej. Ponieważ

w żadnych wyborach wzrost frekwencji nie jest uniwersalny. Znaczenie ma selektywna mobilizacja konkretnych grup. Nie można powiedzieć, że wyższa frekwencja sprzyja pewnej partii, a innej nie. To zależy od tego, kogo się zmobilizuje.

Dzisiaj, jeśli ktoś słucha, co mówi pięć zarejestrowanych partii, to naprawdę ma wybór. Lewica proponuje inne rozwiązania, niż PSL, a Konfederacja inne, niż PiS. Jest w czym wybierać i oferta jest szeroka.

Ciągle połowa nie chodzi głosować. W jednej z naszych rozmów powiedział pan, że większe pretensje ma pan do tych, którzy nie chodzą głosować, niż do tych, co głosują na PiS.
Jedna z wielkich politologicznych tez Seymoura Martina Lipseta z lat 60. mówi właśnie o frekwencji wyborczej, ponieważ Ameryka ma również permanentny z tym problem. Tam też chodzi do wyborów ok. 50 proc. społeczeństwa.

Problemem nie jest sama frekwencja – mówi Lipset, problem jest wtedy, jeżeli z wyborów na wybory ona skacze; raz jest 40, a raz 80 proc. i nie wiadomo, kto kiedy zagłosuje i komu wręczy buławę do rządzenia. Drugi problem polega na tym, na ile te 50 proc., które chodzi do wyborów, dobrze odzwierciedla pozostałą połowę, która nie chodzi.

Naszą bolączką nie jest to, że 50 proc. nie chodzi do wyborów, tylko to, że np. młodzi nie chodzą – w grupie wiekowej 18-25 lat chodzi tylko 20 proc., a 80 proc. nie chodzi.

Co będzie oznaczać druga kadencja PiS-u? Czy w naturalny sposób dokończą się zmiany, które proponuje ta partia? Chociażby dlatego, że kończy się kadencja I Prezes SN.
Tu są dwie hipotezy. Pierwsza mówi, że jeżeli PiS ponownie wygra i stworzy rząd, to będą kradli bez ograniczeń, będą swoich mianować wszędzie, dokręcać śrubę, łamać konstytucję w myśl “piekła nie ma, hulaj dusza”; teraz stary zagubiony człowiek z Żoliborza straszy też, że będzie ścigać inaczej myślących. Kompletnie facet się pogubił, nie rozumie, że nic w kontekście, w jakim jesteśmy, nie zrobi “inaczej myślącym”. Druga hipoteza mówi, że musi w PiS-ie być ktoś, kto potrafi ze zrozumieniem odczytywać to, co się dzieje w UE, i ktoś, kto potrafi wytłumaczyć prezesowi, człowiekowi, który utracił intelektualny kontakt z rzeczywistością XXI wieku, że bez sojuszników i osadzenia w UE ten kraj nie ma przyszłości.

W tej chwili już pani von der Leyen łączy kwestię praworządności z funduszami. To w połączeniu z naszą nieodpowiedzialną polityką energetyczną i innymi podobnymi kwestiami może spowodować, że ktoś tam zorientuje się, co się dzieje. Przypominam, że

Kaczyński bardzo liczył, że w wyborach europejskich Salvini, Orbán i on będą mieli razem 1/3 w PE i będą mogli majstrować przy samej strukturze UE. Na szczęście dla nas, naszych dzieci i wnuków to się nie stało.

Okazało się inaczej i nawet nie mogą hamować różnych procesów, a po wyjściu Brytyjczyków będą mieli ok. 150 posłów w PE.

Nie wykluczam zatem, że jakieś pokłady rozsądku się w PiS-ie znajdą; owszem, łamaliśmy konstytucję, ale pora zawracać z tej drogi, bo prowadzi donikąd. Naród ciągle nas wybiera, więc po co łamać reguły gry. Taki scenariusz też jest możliwy, chociaż obawiam się, że mało prawdopodobny.

Jarosław Kaczyński opowiada o potrzebie tworzenia nowych elit. Powinniśmy się bać?
To jest wyciągnięta jakby z bolszewickiej tradycji ZSRR i całej kulturowej otoczki stalinizmu myśl o budowie nowego człowieka: nowego dziennikarza, poety, pisarza, inżyniera, nowego doktora, który niesiony duchem narodowym będzie lepiej operował i radził sobie z operacjami na mózgu. Ta obłędna, wyciągnięta sprzed wieku idea nowego człowieka jest bardzo groźna. Oznacza uderzenie w merytokratyczne zasady i w rynek, a opowiedzenie się za selektywnością polityczną, która w dłuższej perspektywie doprowadzi do opłakanych skutków. Dlaczego mamy zapłacić taka cenę?


Zdjęcie główne: Radosław Markowski, Fot. SWPS

Reklama