Reklama

Propozycja Budki odpowiada na dwa podstawowe pytania: jak ratować ludzi i jak przeprowadzić demokratyczne, wolne wybory, w których wszyscy będą mieli podobne szanse. Ten pomysł zakłada też możliwość startu Andrzeja Dudy, w przeciwieństwie do pomysłu Jarosław Gowina. Pomysł Budki zakłada też, że wybory przeprowadza PKW. Zatem jest tam wszystko, co pozostaje kwestią przyzwoitości dla ludzi, którzy chcą się nazywać ludźmi wolnymi – mówi nam prof. Marek Migalski. – Jeżeli wybory odbyłyby się według tego projektu głosowania korespondencyjnego, który zakłada odsunięcie PKW z tego procesu, druk kart przez wicepremiera rządu, kontrolę procesu głosowania przez podporządkowane wicepremierowi i działaczowi PiS-u, służby takie jak wojsko, policja czy WOT, to trzeba jasno powiedzieć, że to nie są wybory. Jakikolwiek byłby wynik, to nie można będzie powiedzieć, że prezydent został wybrany w sposób demokratyczny i prawy – dodaje

 

JUSTYNA KOĆ: Jak ocenia pan pomysł przewodniczącego PO Borysa Budki, aby wybory odbyły się za rok. Jest realny?

MAREK MIGALSKI: W założeniu on wychodzi naprzeciwko temu, o co powinna obecnie dbać klasa polityczna. Po pierwsze pokazuje, że priorytetem przez najbliższe kilka miesięcy powinna być walka ze skutkami epidemii, a po drugie zakłada, że w nowej rzeczywistości poepidemicznej będzie można przeprowadzić normalne wybory. Odpowiada zatem na dwa podstawowe pytania: jak ratować ludzi i jak przeprowadzić demokratyczne wolne wybory, w których wszyscy będą mieli podobne szanse. Ten pomysł zakłada też możliwość startu Andrzeja Dudy, w przeciwieństwie do pomysłu Jarosław Gowina. Pomysł Budki zakłada też, że wybory przeprowadza PKW. Zatem jest tam wszystko, co pozostaje kwestią przyzwoitości dla ludzi, którzy chcą się nazywać ludźmi wolnymi. Widzę też słabość tej propozycji, bo nie mam pojęcia, jak można by doprowadzić do tego, aby wybory odbyły się akurat w maju za rok, nie zmieniając konstytucji. Ile razy trzeba by przedłużać stan klęski żywiołowej, żeby do tego doprowadzić?

Drugą kwestią jest to, że lewica ustami Roberta Biedronia praktycznie odrzuciła tę propozycję, mówiąc, że nie będzie żadnych układów z rządzącymi, a zwłaszcza układów, które miałyby zmieniać konstytucję.

Robert Biedroń bardzo szybko zwołał konferencję w tej sprawie. W co gra Lewica?
To oświadczenie Robert Biedroń wygłosił jeszcze w trakcie spotkania, tak jakby specjalnie chciał pokazać, że rozmowy między Budką a Gowinem nie mają sensu. Odczytuję to na dwa sposoby. Po pierwsze Lewica chciała pokazać, że wchodzi do gry, nic o nas bez nas, i jeżeli lider największej partii opozycyjnej chce się układać bądź co bądź z rządem, to najpierw musi się ułożyć z innymi liderami opozycji. Drugie tłumaczenie jest takie, że

Reklama

Lewica nie po raz pierwszy w tym kryzysie pomaga PiS-owi,

bo już wcześniej zgodziła się na demokrację tabletową w Sejmie. Teraz gra na doprowadzenie do wyborów 10 maja, bo liczy na klęskę Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Być może chce grać na rozpad PO, aby wyeliminować największego konkurenta do walki z PiS-em. Być może Lewicy marzy się, aby PO znikła i nastał bipolaryzm, gdzie prawicę reprezentowałby PiS, a lewicę sojusz Biedronia, Zandberga i Czarzastego.

W tym planie są jednak dwie słabości. Po pierwsze zakłada, że po 10 maja będziemy mieć jeszcze demokrację, a po drugie zakłada dobry wynik Biedronia. W moim przekonaniu oba założenia są ryzykowne. Notowania Kidawy-Błońskiej są słabsze, ale Biedronia jeszcze gorsze i

może się okazać, że Biedroń skończy na czwartym czy nawet piątym miejscu.

Czy uważa pan, że jeżeli wybory przeprowadzone zostaną 10 maja, to przestaniemy być demokracją?
Jeżeli wybory odbyłyby się według tego projektu głosowania korespondencyjnego, który zakłada odsunięcie PKW z tego procesu, druk kart przez wicepremiera rządu, kontrolę procesu głosowania przez podporządkowane wicepremierowi i działaczowi PiS-u służby takie jak swojsko, policja czy WOT, to trzeba jasno powiedzieć, że to nie są wybory. Jakikolwiek byłby wynik, to nie można będzie powiedzieć, że prezydent został wybrany w sposób demokratyczny i prawy.

Gdyby dodatkowo w tym procesie został wybrany Andrzej Duda, to wówczas mielibyśmy pewność, że to, co rozumiemy na Zachodzie pod pojęciem demokracji, nie miałoby miejsca. Ktoś może zarzucić mi hipokryzje, że tą “kropką nad i” jest zwycięstwo Andrzeja Dudy, ale tak jest.

Gdyby w tym bezprawnym procesie został jednak wybrany kandydat opozycji, to na zasadzie checks and balances będzie powstrzymywać szaleństwa obozu władzy. Jeżeli ten obóz dostanie nagrodę w postaci swojego prezydenta, to wówczas ten układ się domknie i naprawdę nie będzie demokratyczny.

Andrzej Duda wybrany w takim procesie będzie dowodem na to, że sytuacja, w której obudzimy się po 10 maja, nie będzie już demokracją i będziemy musieli o tym jasno powiedzieć zarówno naszym partnerom zachodnim, jak i samym sobie.

Co do tego, czy wybory się odbędą 10 maja, to musimy poczekać do 7 maja, czyli do momentu, kiedy Sejm będzie głosował poprawki Senatu.

Tu wszystko zależy od tego, czy Jarosław Gowin ze swojego 18-osobowego klubu będzie w stanie i czy będzie chciał zachować 6 posłów i co z tym poparciem będzie chciał zrobić.

Czyli na stole są 4 rozwiązania, powszechne głosowanie korespondencyjne, nad którym pracuje Senat, zmiana konstytucji proponowana przez Gowina, plan Borysa Budki i wprowadzenie stanu klęski żywiołowej. Które jest najbardziej prawdopodobne?
Oczywiście najbardziej rozsądnym rozwiązaniem jest to ostatnie, ale pewnie właśnie z tego względu nie zaistnieje. Natomiast nie potrafię powiedzieć, która z pozostałych opcji jest bardziej prawdopodobna. Zobaczymy po 7 maja.

Dlaczego Jarosław Kaczyński tak bardzo broni się przed wprowadzeniem stanu nadzwyczajnego? Trudno uwierzyć, że chodzi o zagrożenie ogromnymi odszkodowaniami.
Pomimo pani wątpliwości uważam, że to możliwa przyczyna, chociaż są poważne głosy ekspertów, np. prof. Łętowskiej, która tłumaczy, że wcale państwo nie musiałoby się mierzyć z wielkimi odszkodowaniami. Po drugie wiemy, że wprowadzenie tego stanu odwleka, de facto, o 120 dni wybory, co w myśleniu Jarosława Kaczyńskiego podważa wiarę w to, że Andrzej Duda zostałby wybrany. Ta niewiara jest zresztą uzasadniona, bo

Andrzej Duda ma większe szanse 10 maja, niż 10 września. Ja oczywiście dalej uważam, że Andrzej Duda jest do pokonania również 10 maja.

W co gra Jarosław Gowin?
W to, w co zawsze grał będąc w polityce, czyli jeszcze w czasach jak był w PO, czyli o siebie. Jak się popatrzy na jego karierę polityczną, to głównym motywem jego działań politycznych był jego osobisty interes. Po to wchodził do polityki, po to był ministrem w rządzie PO, po to walczył z Donaldem Tuskiem o przywództwo w partii. Po to zakładał własne ugrupowanie, po to wszedł do Zjednoczonej Prawicy i po to stał się wicepremierem w rządzie ZP. Dokładnie z tego samego powodu próbuje dziś się rozepchać sądząc, że to zwiększy jego szanse. To może być spektakularny koniec jego kariery politycznej i 7 maja może się ocknąć bez własnej partii. Zresztą tak wyglądało ostatnie głosowanie, kiedy posłowie jego ugrupowania zagłosowali na 3 możliwe sposoby, czyli za, przeciw i wstrzymali się.

Jeśli jednak zdoła utrzymać władzę nad 10 posłami, to może być rozgrywającym na polskiej scenie politycznej i może zacząć stawiać żądania. Z kolei

najbardziej śmiercionośną wizją dla niego są przedterminowe wybory. On dziś ma formalnie 18 szabel, ale dziś Jarosław Kaczyński nie chciałby go mieć na listach w ramach Zjednoczonej Prawicy.

Prezydent Andrzej Duda w kwiecistym przemówieniu zapewniał, że nie pozwoli na zabranie 500 Plus. To restart kampanii?
Andrzej Duda nigdy nie przestał prowadzić kampanii, po prostu zrozumiał, że te objazdy gospodarskie, jak wizyta w Orlenie, przynoszą odwrotny skutek. Podkreślano to zresztą wtedy, że jeżeli chce być twarzą walki z koronawirusem, to może przegrać, tak samo jak państwo może nie dać rady. On w pewnym momencie przestał ubierać się w mundurek, podwijać rękawy i kontynuował tylko lekką kampanię w mediach społecznościowych. To dzisiejsze wystąpienie rzeczywiście wygląda na przejście do bardziej zaawansowanej kampanii. Wygląda na to, że to samo robi Małgorzata Kidawa-Błońska, zatem do wszystkich dotarło, że do wyborów zostały 3 tygodnie. Mówiąc wprost – najwyższa pora, aby politycy to zrozumieli.


Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Flickr/Edvard Kožušník/©kozusnik.eu

Reklama