Reklama

Kampania Dudy jest komedią pomyłek i błędów. Od konwencji, poprzez wybór ze wszystkich adwokatów w Polsce akurat pani Jolanty Turczynowicz-Kieryłło, która jak się okazało, ma tyle za uszami, że wystarczyłoby dla kilku innych, poprzez wybór na trójkę najważniejszych osób w sztabie trojga europosłów, którzy są tłustymi kotami i którym się nie chce, a na co dzień są w Brukseli – mówię o Szydło, Brudzińskim i Bielanie, plus korzystanie z osób, którym się wydaje, że coś rozumieją z polityki – np. pan Fogiel. Mam wrażenie, że duch kampanii Bronisława Komorowskiego zagnieździł się w Pałacu Prezydenckim, bo wydaje mi się, że atmosfera wokół Andrzeja Dudy przypomina tę, która musiała panować w sztabie Bronisława Komorowskiego na przełomie lutego i marca – mówi nam prof. Marek Migalski, politolog. – Im bardziej Duda będzie się przyklejał do PiS-u, tym bardziej te spadki partii będą go obciążać. Jest dla mnie niezrozumiałe, że tego nie rozumieją jego sztabowcy. Jedyną szansą dla Dudy byłaby ucieczka od PiS-u, pokazanie się jako rzekomo prezydent wszystkich Polaków, a on tego nie robi. Stąd ten dylemat z ewentualnym wetem ustawy przyznającej 2 miliardy złotych na TVP. Z punktu widzenia interesu prezydenta powinien to zrobić, ale tego mogliby mu nie wybaczyć ci, którzy robią mu permanentną kampanię od 5 lat, czyli ci wszyscy funkcjonariusze partyjni, którzy nazywają się dziennikarzami mediów publicznych – dodaje nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Specjalne, nieplanowane posiedzenie PiS-u w Jachrance zagrzewające do walki z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy. Jest aż tak źle?

MAREK MIGALSKI: Problemem nie jest posiedzenie klubu PiS, tylko to, że prezydent Duda dał się na nie zaprosić. To jest kolejny błąd w kampanii Dudy, bliźniaczo podobny do tego, jaki został popełniony w czasie inauguracyjnej konwencji – spawanie Dudy z PiS-em.

Dwa tygodnie temu PiS wydał milion złotych na to, aby przedstawić Andrzeja Dudę jako nominata Jarosława Kaczyńskiego, czyli podkreślić jego największy kampanijny problem w II turze. Warto wytłumaczyć, że to, co daje mu fantastyczny wynik w I turze, może mu zaszkodzić w II.

PiS konwencją podkreślił właśnie największą wadę swojego kandydata. Dziś robi to samo. To, że sztabowcy Dudy tego nie rozumieją, jest dla mnie niezrozumiałe.

Reklama

Marcin Mastalerek, czyli jeden z ojców sukcesu Dudy sprzed 5 lat, krytykował kampanię prezydenta. Co się stało?
Każdy, kto ogląda kampanię Dudy, musi podzielać zdanie Mastalerka. Ta kampania jest komedią pomyłek i błędów. Od konwencji, o której mówiliśmy, poprzez wybór ze wszystkich adwokatów w Polsce akurat pani Jolanty Turczynowicz-Kieryłło, która jak się okazało, ma tyle za uszami, że wystarczyłoby dla kilku innych, poprzez wybór na trójkę najważniejszych osób w sztabie – oprócz pani Kieryłło – trojga europosłów, którzy są tłustymi kotami i którym się nie chce, a na co dzień są w Brukseli – mówię o Szydło, Brudzińskim i Bielanie, plus korzystanie z osób, którym się wydaje, że coś rozumieją z polityki – np. pan Fogiel. Mam wrażenie, że duch kampanii Bronisława Komorowskiego zagnieździł się w Pałacu Prezydenckim, bo wydaje mi się, że atmosfera wokół Andrzeja Dudy przypomina tę, która musiała panować w sztabie Bronisława Komorowskiego na przełomie lutego i marca.

Takie szczere zdziwienie, że z polityka kochanego i lubianego nagle staje się przedmiotem memów, żartów. Do tego trzeba jeszcze dodać wypowiedzi pana prezydenta, który mówi o tym, że podwyżki są, ale przejściowe, i tłumaczy to rzekomymi podwyżkami cen ropy naftowej, której ceny od roku systematycznie spadają, plus wizyta w sklepie, w którym produkty są pozbawiony metek z cenami.

To wszystko robi wrażenie, jakby za kampanią Andrzeja Dudy był odpowiedzialny kret z opozycji, który podpowiada mu najgorsze posunięcia.

Sam Andrzej Duda nie potrafi też powiedzieć, dlaczego powinien dostać reelekcję. Brakuje pomysłu czy już nie ma czego rozdawać?
To był główny brak konwencji. Dziś niezwykle brutalnie zaatakował Dudę Donald Tusk, odmawiając mu bycia mężczyzną. To też sygnał, jak Tusk będzie pomagał Kidawie-Błońskiej – będzie mówić to, czego sama kandydatka nie może. Te słowa na pewno zabolały Dudę, bo trafiają w jego czuły punkt. Jak widać, opozycja ma pomysły na kampanię i odzyskała wigor i zdolność do narzucania agendy politycznej. Duda jakby to stracił, jakby nie chciał wygrać wyborów albo jakby uważał, że wygrana mu się po prostu należy, jak kiedyś premie członkom rządu.

On jest otłuszczony, przyzwyczajony, że przez ostatnie 5 lat jego otoczenie mu schlebiało, jest otłuszczony wysokimi sondażami, które go usypiały, i myślę, że on naprawdę solidnie się zdziwił, gdy zobaczył, że w II turze ma szanse przegrać nie tylko z Kidawą-Błońską, ale też z Kosiniakiem-Kamyszem i Hołownią.

A pana te sondaże zaskoczyły?
Przyznam, że trochę tak. Nie zdziwiło mnie to, że z jednej strony jest Hołownia, Kosiniak-Kamysz i Kidawa-Błońska, a po drugiej stronie jako kandydat bez szans jest Biedroń, bo po prostu większość polskiego elektoratu jest centrowa z lekkim wychyleniem na prawo. Natomiast to, że tak szybko te wyniki się zrównają, jest dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo myślałem, że to nastąpi dopiero tydzień, dwa przed wyborami.

Spada też poparcie dla samej partii PiS. To też jest zaskoczenie?
Tu wracamy na początek naszej rozmowy. Im bardziej Duda będzie się przyklejał do PiS-u, tym bardziej te spadki partii będą go obciążać. Jest dla mnie niezrozumiałe, że tego nie rozumieją jego sztabowcy. Jedyną szansą dla Dudy byłaby ucieczka od PiS-u, pokazanie się jako rzekomo prezydent wszystkich Polaków, a on tego nie robi. Stąd ten dylemat z ewentualnym wetem ustawy przyznającej 2 mld zł na TVP. Z punktu widzenia interesu prezydenta powinien to zrobić, ale tego mogliby mu nie wybaczyć ci, którzy robią mu permanentną kampanię od 5 lat, czyli ci wszyscy funkcjonariusze partyjni, którzy nazywają się dziennikarzami mediów publicznych. To też pokazuje, że mimo że to jest w jego interesie, to nie potrafi odspawać się od swojego środowiska.

To chyba rzeczywiście jest problem psychologiczny, że on nie jest w stanie powiedzieć prezesowi: Jarek, przynajmniej przez 2 miesiące udawajmy, że jestem niezależnym politykiem. Potem wrócę na tę smycz, ale na razie daj mi pohasać. To mu nawet nie przyjdzie do głowy, zresztą po stronie PiS-u również.

Donald Tusk oficjalnie poparł Małgorzatę Kidawę-Błońską w wyborach prezydenckich. Jaką rolę ma odegrać i czy pomoże czy zaszkodzi? Rozumiem, że będzie mówił to, czego mówiąca o dialogu kandydatka PO nie może.
Sądzę, że w takiej roli chce się obsadzić. Donald Tusk słusznie rozpoznał kilka miesięcy temu, że ma duży elektorat negatywny i ma mniejsze szanse na wygraną niż Kidawa-Błońska. Tusk jest ukochanym liderem dla twardego elektoratu PO, ale jest nieakceptowalny dla dużej części wyborców, którzy nie są związani z PO. On będzie takim Antonim Macierewiczem PO – będzie utwardzał twardy elektorat i go mobilizował. O rozszerzenie tego elektoratu o umiarkowanych musi zadbać sama Kidawa-Błońska.

Koronawirus może mieć wpływ na kampanię?
Zajmuję się neurobiologicznymi podstawami zachowań społecznych i widzę, jak pewne rzeczy, które teoretycznie przekazuję studentom, fantastycznie zaistniały w debacie publicznej. Podam kilka przykładów: zeszłej zimy dwoje Polaków dziennie umierało na “zwykłą” grypę, na całym świecie w ciągu ostatnich 3 miesięcy zginęło 10 razy mniej ludzi, niż ginie w wyniku użycia broni w USA rocznie, i mniej, niż gnie w ciągu roku na polskich drogach. Koronawirus ma 2-proc. śmiertelność – 98 proc. zarażonych leży kilka dni w łóżku i potem jest zdrowa. Zatem nie ma się czego obawiać, a panika jest efektem epidemii medialnej, a nie chorobowej.

Natomiast na pytanie, czy koronawirus odegra rolę, powiem tak – to może być tajna broń partii władzy, bo ludzie w obliczu zagrożenia mają tendencje do gromadzenia się przy rządzących.

Dziś już mieliśmy konferencję, gdzie premier Morawiecki stanął niczym tama, kordon sanitarny, który ma ochronić Polki i Polaków przed płynącym ze wschodu i zachodu koronawirusem i zarazkami, które mają w tej kampanii zastąpić uchodźców. Tyle tylko, że zauważyłem też poruszenie medialne wśród polityków opozycji, którzy zaczęli już oskarżać rząd o zaniedbania. To oznacza, że obie strony zdały sobie sprawę, że to fantastyczny temat wyborczy. Pierwsza ofiara koronawirusa w Polsce będzie na 100 proc. wykorzystana przez obie strony.

Do momentu, kiedy będziemy ochronieni przed wirusem, wygrywać w tym sporze politycznie będzie władza, ponieważ będzie mogła się przedstawić jako ta, która uratowała Polskę przed tym, co dotknęło cały świat, a Polska pozostała zieloną wyspą. Jeśli choroba dotrze do Polski i jeszcze, nie daj Boże, ktoś by zmarł, to już władza będzie miała problem, bo będzie łatwym celem ataku, gdyż nie umiała ochronić ludzi przez wirusem.


Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Flickr/Edvard Kožušník/©kozusnik.eu

Reklama