Być może było to zamierzone. Zazwyczaj taki kryzys prowokuje się, aby przykryć inne mniej korzystne wizerunkowo sprawy. Tym bardziej, że rząd nie zachowywał się tak, jakby chciał doprowadzić do kompromisu z nauczycielami. Nagle okazało się, że problem nauczycieli przykrywa problem Srebrnej, dwóch wież i samego Birgfellnera. – mówi nam konstytucjonalista prof. Marek Chmaj i dodaje, że legislacja tzw. ustawy maturalnej to sprowadzenie procedury ustawodawczej do standardów kabaretowych. Pytamy też o nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym. – Ta nowelizacja nie jest do niczego potrzebna poza scementowaniem układu sił w SN i poza zagwarantowaniem, że po pani prof. Małgorzacie Gersdorf kolejny kandydat będzie kandydatem popieranym przez prezydenta – mówi nasz rozmówca.

JUSTYNA KOĆ: Zaledwie 2 godziny 20 minut zajęło rządzącej większości przepchnięcie przez Sejm noweli prawa oświatowego. Bez konsultacji społecznych, bez analizy sejmowego biura legislacji. Minister Dworczyk tłumaczył ten tryb “ekstraordynaryjną” sytuacją. To ekstraordynaryjne psucie prawa?

MAREK CHMAJ: Tak można to nazwać. To sprowadzenie procedury ustawodawczej do standardów kabaretowych. Ja rozumiem, że projektodawca jest niezwykle racjonalny i mądry, ale po to są przewidziane konsultacje i procedura trzech czytań, a także prace w komisjach, żeby można było nad projektem ustawy się zastanowić i żeby Senat miał później czas na to, aby ustawę zweryfikować.

Taki pilny tryb byłby zalecany w sytuacji naprawdę nadzwyczajnej, np. gdyby trzeba likwidować skutki klęski żywiołowej albo reagować na nadzwyczajne wydarzenie, którego nie dało się przewidzieć. Tymczasem problemy nauczycieli są znane od kilku lat, wejście w spór miało miejsce kilka miesięcy temu, a zapowiedź strajku kilka tygodni temu.

Czy ta cała farsa legislacyjna w ogóle była potrzebna? Może wystarczyłoby wprowadzić zmiany dekretem prezydenckim albo “ekstraordynaryjnym” rozporządzeniem?
W polskim prawie nie ma dekretów prezydenta, a rozporządzenie musi być oparte o przepisy ustawy i służy jej wykonaniu. Tę kwestię postanowiono uregulować, na siłę nowelizując ustawę o systemie oświaty. Na siłę, ponieważ projektodawca zaplanował, że to dyrektor szkoły będzie kwalifikował ucznia do matury, a jeżeli on nie będzie mógł lub chciał, to wtedy wójt, burmistrz, prezydent wyznaczy określonego nauczyciela. Po pierwsze, mam wątpliwości, czy każdy dyrektor szkoły ma do tego kwalifikacje, bo nie wszyscy dyrektorzy są pedagogami. Jak dyrektor ma kwalifikować ucznia, skoro najczęściej go nie zna, nie wie, jakie są jego osiągnięcia, jakie miał postępy w nauce, może tylko opierać się na dzienniku, gdzie ilość informacji o uczniu jest bardzo ograniczona. Dalej – skąd wójt, burmistrz, prezydent ma wiedzieć, który nauczyciel może zobowiązać się do kwalifikacji ucznia do matury? Przecież

wójt, burmistrz, prezydent jest organem wykonawczym gminy. Nakładanie na niego takiego obowiązku jest bezprawną ingerencją administracji rządowej w niezależność samorządu, co więcej – powoduje, że sytuacja staje się abstrakcyjna.

Co z naborem na uczelnie wyższe?
Nabór na uczelnie wyższe zaczyna się w lipcu, więc nie jest to problem. Problemem jest dobro maturzystów, ale przede wszystkim dobro nauczycieli. Nie można zamiatać tej sprawy pod dywan, biorąc pod uwagę fakt, że zawód nauczyciela musi być zawodem opartym na godności jego wykonywania. Tymczasem wynagrodzenie nauczyciela jest nieadekwatne do zakresu obowiązków i ich ciężaru. Z tego chyba wszyscy zdajemy sobie dziś sprawę, zatem problem nauczycieli powinien być rozwiązany szybko, tak aby osoby wykonujące ten odpowiedzialny zawód mogły to czynić na godnych warunkach.

Premier rozpoczyna w piątek na Stadionie Narodowym edukacyjny okrągły stół. Spodziewa się pan, że jego obrady przyniosą rozwiązanie nauczycielskich problemów?
Wątpię, bo premier miał kilka miesięcy, żeby zająć się sprawą nauczycieli. ZNP już od ponad roku próbował wypracować kompromis. Tymczasem propozycje ze strony rządowej były dla nauczycieli nie do przyjęcia. Tutaj nawet nie było zbliżenia stanowisk. Nie da się dłużej ignorować słusznych żądań nauczycieli, podobnie jak nie dawało się dłużej ignorować żądać opiekunów osób niepełnosprawnych. Opór niepełnosprawnych w Sejmie zmęczono, odseparowując ich kotarami od reszty gmachu Sejmu. Prawie dwa miesiące trwał ich strajk i zakończył się na obietnicach, które nie zostały zrealizowane. Taką sama praktykę rząd przyjął w stosunku do nauczycieli, zakładając z góry, że lepiej rozdać środki emerytom, bo jest ich 9 mln, niż dać słuszną podwyżkę nauczycielom, których jest kilkaset tysięcy.

To cyniczna kalkulacja oparta o sondaże i przeprowadzone kalkulacje wyborcze.

Pojawiają się głosy, że rząd specjalnie sprowokował konflikt z nauczycielami, bo był mu na rękę. Prosty przykład – gdy wpiszemy w wyszukiwarkę internetową nazwisko Birgfellner, ostatnie informacje znajdziemy pod datą 2 kwietnia.
Być może było to zamierzone. Zazwyczaj taki kryzys prowokuje się, aby przykryć inne mniej korzystne wizerunkowo sprawy. Tym bardziej, że rząd nie zachowywał się tak, jakby chciał doprowadzić do kompromisu z nauczycielami. Nagle okazało się, że problem nauczycieli przykrywa problem Srebrnej, dwóch wież i samego Birgfellnera.

W tygodniu przedświątecznym pojawił się kolejny projekt nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, którym w czwartek w nocy zajął się Sejm. Najpierw jednak nowelizacja spadła z porządku obrad, ponieważ zastrzeżenia co do zgodności z konstytucją jednego z zapisów miał miał poseł PiS Marek Ast. Podziela pan zdanie posła Asta?
Oczywiście, że nowelizacja zawiera szereg przepisów, które są niezgodne z konstytucją. Przepisy ustawy zasadniczej precyzyjnie wskazują, że prezydent wybiera I prezesa SN spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne sędziów SN. Tu nie ma żadnego luzu interpretacyjnego. ZO przedstawia kandydatów, a prezydent wybiera, jeżeli nie ma kandydatów, prezydent wybrać nie może. Tymczasem

projekt lekceważy przepisy konstytucji, po raz kolejny wystawia negatywne świadectwo projektodawcom.

Ta nowelizacja nie jest do niczego potrzebna poza scementowaniem układu sił w SN i poza zagwarantowaniem, że po pani prof. Małgorzacie Gersdorf kolejny kandydat będzie kandydatem popieranym przez prezydenta.

Nowelizacja zmienia też zasady uchylania immunitetów sędziowskich, władzę w tym zakresie otrzymać ma Izba Dyscyplinarna w SN. Sędziowie mają się bać?
Jest to czynnik, który może wpływać na osłabienie woli sędziów. Pamiętajmy, że gwarancje zawodu sędziego to jest niezawisłość, która opiera się m.in. na wynagrodzeniu za pracę, na prawie przejścia w stan spoczynku i na immunitecie sędziowskim. Ten immunitet jest formalny i oznacza, że na postawienie sędziego w stan oskarżenia musi wyrazić zgodę właściwe Zgromadzenie Ogólne danego sądu. Jeżeli osłabimy immunitet sędziowski i będziemy osłabiać niezależność sędziów, wtedy sędziowie będą już zawsze obawiać się polityków, bo będą mogli zrobić im krzywdę.

Prokuratura okręgowa odrzuciła wniosek Geralda Birgfellnera o odsunięcie prokurator Renaty Śpiewak od dochodzenia jako bezzasadny. Tymczasem 25 lutego minął trzydziestodniowy czas na podjęcie przez panią prokurator decyzji o wszczęciu bądź nie sprawy. Jawna kpina z państwa prawa?
Tu można tylko podkreślić, że prokuratura utraciła niezależność pod rządami Zbigniewa Ziobry i robi wszystko, co Zbigniewa Ziobro nakazuje.

W niezależność tego organu nie wierzy nawet moja 11-letnia chrześnica Marianna.

Prokuratura stała się organem podporządkowanym ściśle ministrowi sprawiedliwości, a minister realizuje opcję polityczną, w której jest, co do tego nie ma żadnych wątpliwości.


Zdjęcie główne: Marek Chmaj, Fot. Michał Józefaciuk/Senat RP, licencja Creative Commons

Comments are closed.