Reklama

Skończyło się tylko posiadanie praw i korzystanie z tego, że urodziliśmy się w sytym społeczeństwie. Czas pomyśleć, że mamy jakąś odpowiedzialność – mówi nam prof. Łukasz Turski, fizyk i popularyzator nauki, przewodniczący Rady Programowej Centrum Nauki Kopernik. Rozmawiamy o życiu w pandemii i o tym, co będzie, gdy wirusa już pokonamy. Pytamy też, jak powinna wyglądać edukacja w erze pandemii. – Podoba mi się np. to, co zrobił minister edukacji w Kenii, który powiedział, że dzieci mają pójść do szkoły i się uczyć, ale tego roku szkolnego „nie będzie liczył”, nie będzie też żadnych egzaminów. Może to jest pomysł, aby nie nastawiać się na sztywną realizację programu, tylko nauczyć czegoś nowego, innego, wykorzystać w ten sposób ten rok. Nasza władza pewnie nawet na to nie wpadła – podkreśla nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Ruszyła nauka w szkole, niby normalnie, chociaż warunki normalne nie są. Pana zdaniem szkoły powinny pracować normalnie, nawet w jakimś reżimie sanitarnym, czy wprowadzić naukę zdalną? 

ŁUKASZ TURSKI: Uważam, że szkoła powinna ruszyć, ponieważ nie mamy określonego terminu, kiedy pandemia się ograniczy. Oczywiście to ciężka i uciążliwa choroba, ale po tych miesiącach widzimy, że to nie jest dżuma.

Największe konsekwencje tej choroby są jednak w sferze społecznej, a nie zdrowotnej.

Koronawirus jest groźny, co do tego nikt nie ma złudzeń, jak więc należy działać?
Pamiętam kilka epidemii za mojego życia. Po wojnie mieliśmy w Krakowie epidemię ospy, która się przywlokła ze zwycięską Armią Czerwoną, potem mieliśmy pandemię gruźlicy. Według dokumentów WHO największym zagrożeniem, jeszcze w 2019 roku, ciągle była gruźlica, co roku umierało na nią 1,5 mln ludzi, a 1/3 ludności ma kontakt z prątkami. Mało kto o tym wie, ale szczepionka przeciwko gruźlicy pochodzi z lat 20. ubiegłego wieku. Powojenne masowe działania higieniczne, a także masowe prześwietlenia pozwoliły stłamsić tę chorobę, ale dopiero gdy świat się za to porządnie, wielotorowo zabrał. W latach 50. jednak nikt niczego masowo nie zamknął, nie było pomysłu, żeby zamykać szkoły, chociaż społeczność miała świadomość, że ma do czynienia z ogromnym wydarzeniem zdrowotnym. Na poziomie rozwoju zdrowotnego i cywilizacyjnego starała się sprostać wyzwaniu i stworzyć leczenie.

Reklama

Nikomu po kataklizmie II wojny światowej nie przyszło do głowy, żeby zamykać szkoły i zrobić lockdown.

Zresztą współczesne nam restrykcje trudno nazywać lockdownem, bo sklepy działały, działało radio, telewizja, Internet, prąd był w kontaktach, więc lockdown dotyczył tylko części z nas.

Mieliśmy też pandemię polio, można powiedzieć permanentną, bo przynajmniej od lat 30. Prezydent USA Roosvelt jako dorosły człowiek zachorował. Żona jednego z największych fizyków XX wieku Richarda Feynmana także chorowała na polio. Ta choroba była też oczywiście w Polsce. Sam miałem doktoranta, który był jedną z ostatnich ofiar polio w Polsce. Staszek był najlepszym dowodem na to, jak ogromny zrobiliśmy postęp, jak nauka sobie daje radę z takimi koszmarami, które są dookoła nas i będą nas atakować. Pamiętam, jak chodziliśmy z kolegami na basen Legii i kilku z nich zaraziło się tam polio. Może dlatego ja trochę inaczej patrzę na tę sprawę.

Tylko czy w dzisiejszych czasach, gdy wszyscy się przemieszczamy na masową skalę, to nie jest najlepsze lekarstwo?
Zamknięcie szkół nic by nie dało. Byłem dziś z żoną w galerii handlowej, która była pełna dzieci i młodzieży szkolnej. Wszystkie food courty były pełne dzieciaków jedzących hamburgery czy skrzydełka kurczaka.

Dzieci nie da się utrzymać zamkniętych w domach.

Ta pandemia pokazała nam dobitnie coś jeszcze. Okazało się, że cała cywilizacja w XXI wieku jest zbudowana na tekturowych nogach, a jedyna idea, która przyświecała tej pandemii, jest rodem ze średniowiecza – utrzymywanie dystansu. Cała cywilizacja rozwijała się w kierunku, aby ludzie mogli realizować swoje indywidualne talenty w społeczeństwie. Przez dekady szkoły uczyły odpowiadając na takie wyzwania społeczne, jakie w danym czasie ludzie sobie stawiali, ale mieliśmy to robić razem. Nauka przez gadający ekranik do niczego nie prowadzi, to regres rozwoju społecznego. Dlatego musieliśmy zacząć szkołę i tak się też stało na całym świecie.

Pomijam już kwestię, że rodzice muszą pracować, a nie mamy już wielopokoleniowych rodzin, gdzie dzieci mogłyby zostawać z dziadkami.

Rozumiem, zatem skoro szkoły powinny być otwarte, to może warto je w jakiś sposób przeorganizować?
To zupełnie inna sprawa. Podoba mi się np. to, co zrobił minister edukacji w Kenii, który powiedział, że dzieci mają pójść do szkoły i się uczyć, ale tego roku szkolnego „nie będzie liczył”, nie będzie też żadnych egzaminów. Może to jest pomysł, aby nie nastawiać się na sztywną realizacje programu, tylko nauczyć czegoś nowego, innego, wykorzystać w ten sposób ten rok. Tego w ogóle nie zrobiliśmy przez te miesiące, a nasza władza pewnie nawet na to nie wpadła.

Co gorsza, pandemia uderzyła w nas, kiedy rozkręcały się konsekwencje deformy edukacji. W zagęszczonych po deformie szkołach utrzymanie dystansu będzie dodatkowo trudne. Nawet gdybyśmy kupili dzieciom jednoosobowe ławki, jak to robią we Włoszech, to gdzie my je postawimy… przecież nie na Placu Defilad. Na całym świecie ta pandemia wykazała straszliwą słabość naszej cywilizacji, ona jest tandetna, mimo że zbudowana na osiągnięciach nauki.

Chciałbym, żebyśmy zastanowili się nie tylko nad tym, jak przetrzymać najbliższe miesiące, ale także jak będzie wyglądał świat po pandemii, bo już widzimy, że coś zostało sknocone, nie tylko u nas, ale globalnie. Już należy się przygotowywać do tego, jak zbudować szkolę po pandemii, bo ona nie może być taka jak do tej pory. Szkoła musi sięgnąć bardziej do wszystkich gadżetów, które dostarczyła nam cywilizacja, ale przede wszystkim musi wiedzieć, do czego zmierza, jaki jest cel tej szkoły.

Może to banalne, ale szkoła ma uczyć…
W XV wieku król Portugalii, którego nazywali potem Henrykiem Żeglarzem, budował kolegia – szkoły nawigatorów. Uczono w nich przede wszystkim matematyki, a dokładniej trygonometrii, i to więcej, niż uczymy dziś. Uczono też rysunku. Wszystko po to, żeby żeglarze na statkach, które pływały przez równik, potrafili poruszać się dalej, bo niebo na półkuli południowej wygląda inaczej, niż na północnej. Żeglarze musieli umieć dobrze kreślić mapy, bo inaczej by się pogubili. W XIX wieku w Prusach szkoła miała za zadanie wykształcić karnych poddanych cesarza, w Anglii nauka w powszechnej szkole wyglądała jeszcze inaczej, wystarczy poczytać Dickensa. Tylko to wszystko realizowało jakieś wyzwanie społeczne.

Pytam się zatem, jakie wyzwanie społeczne realizuje dziś szkoła.

Skończyło się tylko posiadanie praw i korzystanie z tego, że urodziliśmy się w sytym społeczeństwie. Czas pomyśleć, że mamy jakąś odpowiedzialność.


Zdjęcie główne: Łukasz Turski podczas wykładu w Akademii Sztuk Teatralnych w Krakowie, Fot. Akademia Sztuk Teatralnych

Reklama