Reklama

“Słychać wycie? Znakomicie!”. W tym popularnym w mediach społecznościowych hejterskim zawołaniu miłośników Prawa i Sprawiedliwości kryje się znacznie głębsza filozofia pisowskiego stylu sprawowania władzy.

Chodzi o obsceniczną rozkosz, która na poziomie dyskursywnym przybiera formy dezawuowania przeciwnika politycznego, obnażania jego bezradności, ośmieszania intencji, a przede wszystkim sprowadzenia dzisiejszych obrońców demokracji do poziomu klienta szatni z “Misia”, który w odpowiedzi na swoje apele zawsze usłyszy: “Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?”. I oczywiście nie robi nic.

Stawiam tezę: przeciwnicy PiS-u, rozgoryczeni burzeniem dotychczasowego porządku państwowego, w dużym stopniu sami są sobie winni. Z jednej strony dają się bowiem wciągać w perwersyjną grę w kotka i myszkę, z drugiej – po chwili wzburzenia – odpuszczają i zaczynają jak gdyby nigdy nic funkcjonować w narzuconym porządku. Nie są zadowoleni, buntują się, potrafią nawet dosadnie komentować, ale za tymi emocjami czy przekonaniami nie idą czyny, lecz puste gesty. Nie chodzi wcale o wzniecanie rewolucji nieposłuszeństwa, która zwykle wiedzie na manowce przemocy, lecz o restaurację postawy, że

warto bronić przegranych spraw i idei.

Nawet za cenę własnego komfortu. Szczególnie za tę cenę.

Trybunał Konstytucyjny został rozmontowany przy pomocy bezprawnych działań, zasiadają w nim ludzie, którzy nie są sędziami, jednak w końcu uznaje się jego istnienie, a na warszawskiej alei Szucha próżno szukać wytrwale protestujących. Reżimowa telewizja wyrzuca z Opola krytycznych wobec PiS artystów, jednak tych, których nie skreślono, stać jedynie na “przykro nam”, ale już nie na gest bojkotu. Czystki w śp. mediach publicznych, dokonane przy pomocy pozakonstytucyjnego organu, jakim jest Rada Mediów Narodowych, odbyły się w atmosferze oburzenia, jednak na horyzoncie nie zamajaczyła nawet środowiskowa solidarność kolegów, którzy postanowili dawać głosy i twarze niedemokratycznej władzy, a nowa instytucja została szybko uznana przez polityków.

Reklama

Wzmiankowanie “wycie” szybko cichnie, a opór społeczny wyrażany jest najczęściej – jak w skeczu Salonu Niezależnych z czasów PRL – zaciśniętymi pięściami, ale bezpiecznie ukrytymi w kieszeniach.

“Nie zgadzam się z tym, co robią, ale po co się wychylać?” –

słychać często w takt poglądu, że dopóki gospodarka jest w dobrym stanie, 500 Plus daje poczucie względnego bezpieczeństwa, Internet działa, Twitter hula, a Facebook cenzuruje tylko seks i rasizm – to jakoś się kręci. Parafrazując Wyspiańskiego, niech na całym świecie wojna, byle moja wieś spokojna.

Perwersja pisowskiej kontrrewolucji polega właśnie na tym, że władza dokonuje jej głównie na poziomie symbolicznym, nie dotykając rejestru wyobrażeniowego, a więc doczesności i codzienności, i “wirtualizując” realność swoich działań. Co tam Trybunał, prokuratura, sądy, samorządy, mnie osobiście to nie dotyczy; co tam media, ot, zmieniła się władza, więc dają swoich; co tam Opole, ci wszyscy artyści mają przecież media prywatne i kupę forsy. Nie ma namacalnych skutków, choć wszystko, co się dzieje, służy tylko i wyłącznie temu, by mieć jeszcze więcej władzy i jak najdłużej móc ją sprawować.

Przy okazji zaszczepiając nowe mitologie i standardy, budząc ciemnogrodzkie demony, grzebiąc “stary świat” liberalnej demokracji.

Kryzys wartości, o jakim od lat mówi się w Europie, nie dotyczy wcale religijnych przykazań i wielkich reguł, lecz sięga po – naiwnie mówiąc – przyzwoitość, czyli coś ulotnego. Za nią cena jest największa, bowiem manifestowanie jej często okupione jest osobistymi dolegliwościami. Nie chodzi o heroizm w stylu rzucania się w ogień, gdy trzeba narazić własne życie w obronie cudzego, lecz o odrzucenie poglądu publicystycznych symetrystów i umiarkowanych polityków, że państwo PiS jest etapem w demokracji, czymś podobnym do tego, co już znamy, elementem zwykłych politycznych gier, niczym szczególnym. Chodzi o uznanie, że mamy do czynienia z sytuacją niestandardową i wyciągnięcie z tego realnych konsekwencji. Chodzi też o to, że mniejsze siły opozycyjne chętniej atakują największą partię demokratyczną niż realną autokrację, tak jakby nie rozumiały, że dziś chodzi o imponderabilia, a nie o typową rozgrywkę, w której liczy się znany od ćwierćwiecza egoizm polityczny. Zamiast szukać wspólnych szlaków zachowują się tak, jakby nic się w Polsce nie stało. A stało się.

Plują, ale to naprawdę nie deszcz pada.

W Polsce łamana jest dziś konstytucja, mówią o tym najwybitniejsi prawnicy z Polski i Europy. Łamane jest prawo do protestowania. Upolityczniona jest prokuratura. Szykuje się bezprecedensowy zamach na sądy poprzez m.in. skrócenie konstytucyjnej kadencji Krajowej Rady Sądownictwa. Nastąpić ma przejęcie Sądu Najwyższego. Rozmontowuje się trójpodział władzy. W przypadku ataku na samorządy prawo ma zacząć działać wstecz. Budżet został uchwalony z naruszeniem prawa. Ustawy przyjmuje się bez konsultacji społecznych, szybko, po nocy. Drwi się z praw opozycji politycznej. Chciano ograniczyć pracę mediów w parlamencie. Powszechne są czystki w spółkach Skarbu Państwa. W majestacie władzy “wykańcza się caracale” i nikt nie ponosi za tę wielką aferę konsekwencji…

Wymieniać dalej?

W sławnym kiedyś filmie “Barwy ochronne” Krzysztof Zanussi zderza dwie postawy: cynizmu docenta Szelestowskiego (Zbigniew Zapasiewicz) i idealizmu magistra Kruszewskiego (Piotr Garlicki). Ten pierwszy ma mocne argumenty, by bronić wygodnej pozycji relatywizmu moralnego, ten drugi w gruncie rzeczy jest naiwny, ale jednak naraża siebie i swoją karierę w obronie tych wszystkich przegranych spraw i idei. Na końcu filmu wydaje się, że przegrywają obaj, jednak Kruszewski mniej. Jeśli prawdziwe są słowa Kisiela, że jesteśmy w dupie, a problemem jest to, iż zaczynamy się w niej urządzać, to urządzajmy się w niej najmniej.

Tyle mojego patosu.


Zdjęcie główne: Kadr z filmu “Barwy ochronne” Krzysztofa Zanussiego; Zbigniew Zapasiewicz i Piotr Garlicki

Reklama

Comments are closed.