Reklama

Ledwo minęły cztery miesiące od czarnego protestu z 3 października 2016 roku, a pisowski rząd ponownie próbuje ugodzić w prawa kobiet. Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zapowiedział, że tzw. pigułka awaryjna, zwana też “pigułką dzień po”, której funkcja polega na następczym zapobieganiu niepożądanej ciąży, będzie dostępna tylko na receptę. Cytując klasyka, można by zadrwić, ciesząc się, że “ludzcy panowie” nie zakazali pigułki, a tylko ograniczyli dostęp do niej, ale nie ma nic zabawnego w tym kolejnym przejawie pisowskiego szaleństwa ideologicznego.

Jest to poważny cios zarówno w prawa kobiet rozumiane ogólnie, jak i w ich bardzo konkretnie pojmowane praktyczne możliwości życiowe. Sens istnienia tej pigułki, poza jej działaniem, polega bowiem właśnie na nieskrępowanej dostępności do niej. O ile bowiem klasyczną, regularną antykoncepcję hormonalną można zaplanować nawet przy jej dostępności wyłącznie na receptę, o tyle sens istnienia pigułki “dzień po” wiąże się ściśle właśnie z łatwą dostępnością do niej.

Bez tego jej walory ulegają radykalnej redukcji. Sytuacja, w której na przykład kobieta mieszkająca na prowincji, pozbawiona możliwości szybkiej wizyty u ginekologa, a także na ryzyko trafienia na lekarza, który korzysta z tzw. klauzuli sumienia (popieranej przez ministra zdrowia, który oświadczył, że powołałby się na nią, gdyby przyszła do niego po pigułkę zgwałcona kobieta), oznacza w praktyce odcięcie jej od legalnego leku w odpowiednim czasie.

Pomysł Radziwiłła powinien być sygnałem ostrzegawczym. Może on bowiem oznaczać, że

w PiS mija szok po “czarnym proteście”

i świta tam myślenie, że może był on jedynie jednorazowym wybuchem energii społecznego oporu, więc już się w tej skali nie powtórzy. I właśnie antykobiece lex Radziwiłł jest być może testem mającym na celu sprawdzenie aktualnej siły i determinacji środowisk kobiecych i feministycznych oraz sprzyjających im ugrupowań społeczno-politycznych.

Reklama

To sprawia, że zamiast biernego jedynie reagowania na zagrożenia powinny one przystąpić do systematycznej presji na rzecz osiągnięcia swoich celów. I nie podważa sensu takiej taktyki fakt, że osiągnięcie takich celów, jak powszechna dostępność do tanich środków antykoncepcyjnych, nie jest w bliskim horyzoncie możliwe. Jak bowiem powiedziała Scarlett, bohaterka “Przeminęło z wiatrem”: „Jutro też jest dzień”.

To, co dziś wypracują środowiska kobiece tylko na papierze, w przyszłości będą mogły przedłożyć parlamentowi o układzie sił innym niż obecny.

Będzie jak znalazł i nie trzeba będzie rozpoczynać jak zwykle od początku.

Tu krótka rekapitulacja. Już w okresie poprzedzającym wybory 4 czerwca 1989 roku pojawiły się ze strony czynników kościelnych pierwsze głośne sygnały świadczące o kwestionowaniu obowiązującej wtedy liberalnej ustawy “o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży” z kwietnia 1956 roku. Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, by zauważyć, że wraz ze zliberalizowaniem ogólnych reguł życia politycznego pojawiły się równocześnie pierwsze oznaki zagrożenia dla niektórych podstawowych wolności społecznych w Polsce, w tym praw reprodukcyjnych kobiet, akurat w PRL niekwestionowanych.

Układ sił politycznych w Sejmie i w Senacie ukształtowany w wyniku wyborów 4 czerwca 1989 roku sprawił, że kolejne zdarzenia biegły już ku fatalnemu zwieńczeniu. Smutnym paradoksem było to, że właśnie w wyłonionym w wyniku w pełni demokratycznej ordynacji Senacie zrodził się projekt ustawy całkowicie zakazującej aborcji, a więc sui generis antydemokratycznej. Nawiasem mówiąc, tamten senacki projekt niesławnej pamięci Waleriana Piotrowskiego bardzo przypominał niedawno forsowany fundamentalistyczny projekt przygotowany przez skrajnie konserwatywny think-tank Ordo Iuris.

Po trwającej niespełna cztery lata burzliwej debacie, która jednak w zasadzie nie przeniosła się – jak w październiku 2016 roku – na ulice i ograniczyła się do mediów oraz sal parlamentarnych, 7 stycznia 1993 roku uchwalono nową ustawę antyaborcyjną. Zastąpiła ona liberalną ustawę funkcjonującą od kwietnia 1956 roku, wprowadzoną na fali postalinowskiej odwilży. W porównaniu z wyjściowym projektem senackim ustawa przyjęła kształt nieco złagodzony przez powszechnie znane trzy wyjątki od zakazu oraz przez rezygnację z karania kobiet. Na krótko, w 1996 roku, za pierwszego rządu SLD, ustawa została zliberalizowana, ale Trybunał Konstytucyjny pod prezesurą Andrzeja Zolla tę liberalizację unieważnił.

Nie ma potrzeby, by nazbyt drobiazgowo rozwodzić nad powszechnie znanym, dalszym biegiem zdarzeń w tej materii. Ustawa weszła w życie, ale wywołane przez nią konsekwencje spowodowały w Polsce permanentny stan podgorączkowy. Do opinii publicznej co rusz docierały za pośrednictwem mediów liczne sygnały o dramatycznych lub co najmniej radykalnie utrudniających kobietom życie konsekwencjach ustawy. Warto wspomnieć choćby casus nieletniej Agaty, której ciąża była wynikiem przestępstwa i która znalazła się pod zaciekłą presją fundamentalistów.

W 2003 roku u polskiego brzegu Bałtyku pojawił się statek holenderski statek Langenort, którego załoga służyła kobietom ofertą bezpiecznej aborcji i bezpłatnymi środkami antykoncepcyjnymi. Z artykułów prasowych dotykających różnego rodzaju przypadków można by zresztą stworzyć potężną białą księgę. Jednocześnie, co pewien czas w przestrzeni publicznej pojawiały się głosy nawołujące do zaostrzenia ustawy. Dość wspomnieć zablokowaną w 2007 roku przez Jarosława Kaczyńskiego konstytucyjną próbę Marka Jurka czy regularnie pojawiające się akcje kręgów spod znaku pro-life.

Fundamentalistyczny szantaż i psychiczny terror trwał w istocie permanentnie, acz z różnym natężeniem.

Kolejna próba aborcyjnej “salwadoryzacji” Polski miała miejsce jesienią 2016 roku.

Sytuacja ta była najbardziej dramatyczna, bo obóz nacjonalistyczno-klerykalny dysponuje bezwzględną większością w parlamencie i bezwolnym prezydentem. Masowe demonstracje przeciw projektowi, najpierw 3 kwietnia, który okazał się dniem preludium, a następnie 3 października 2016 roku, gromadzące dziesiątki tysięcy kobiet w całym kraju, okazały się nową i zaskakującą jakością społeczną.

Być może trzeba już dziś myśleć o czasach, gdy będzie można liczyć na kompleksowy projekt ustawy zarówno liberalizującej prawo do aborcji na życzenie, jak i dostępności do środków antykoncepcyjnych. Jego podstawą mógłby być projekt „Ratujmy kobiety”, konkurencyjny wobec projektu Ordo Iuris i w przeciwieństwie do niego niedopuszczony do komisji sejmowej. Ważne jest jednak przede wszystkim, by środowiska wolnościowe i liberalne, konsekwentnie, niezależnie od układu sił w parlamencie, trwały przy stanowisku, które streścić można słowami klasyka – “tak trzymać i nie popuszczać”.

W przeszłości (i obecnie, niestety, też) tak nie było. Projekty liberalizacji prawa antyaborcyjnego dezawuowano argumentem, że nie mają one praktycznego sensu, jako że nie ma odpowiedniej większości w parlamencie, aby je uchwalić. Ten rodzaj argumentacji wynika z niezrozumienia tego, jak ważne w życiu publicznym jest podtrzymywanie kluczowych tematów, systematyczne sygnalizowanie swojego stanowiska, a przez to wpływanie na świadomość opinii publicznej, czyli efekt demonstracji.

Wycofanie się, milczenie i reagowanie jedynie w trybie defensywnym oznacza oddanie pola przeciwnikowi, który co rusz podejmuje (tak jak ostatnio) kolejne próby odebrania kobietom ich i tak okrojonych praw. Stosując taką logikę dajemy się zapędzić do tak głębokiego narożnika i do tak paradoksalnej sytuacji, w której

trzeba dziś bronić “kompromisu aborcyjnego” w sprzeciwie wobec projektowi hiperdrakońskiemu.

Konsekwentne i uporczywe prezentowanie swojego stanowiska może oznaczać trzy efekty. Po pierwsze, wspomniany efekt demonstracji. Po drugie, wpływ na opinię publiczną i ograniczenie efektu jednostronnej narracji fundamentalistów. Po trzecie, może stanowić instrument chłodzenia zapędów fundamentalistów poprzez skierowanie do nich komunikatu: “Jeśli będziecie z uporem godnym lepszej sprawy forsować swoje barbarzyńskie projekty, jeśli przeholujecie, to my w odpowiedzi ostrzegamy: przygotowujemy się na przyszłe wychylenie ideowego wahadła w Polsce w drugą stronę”. Warto zauważyć, że dostrzegają to nawet niektórzy politycy prawicy, jak choćby Jarosław Gowin.

Groteskowy, ale i groźny rząd (możliwość takiego połączenia poświadcza Alfred Jarry w farsie “Ubu Król. Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie”), niesamodzielny prezydent, nieformalna dyktatura za nic nieodpowiedzialnej jednostki nie potrwają, miejmy nadzieję, wiecznie, zwłaszcza w demokratycznej Europie, nawet wstrząsanej przez rozległy kryzys. Trzeba konsekwentnie powtarzać “non possumus”.


pap-malyZdjęcie główne: PAP/Radek Pietruszka

Reklama

Comments are closed.