Reklama

Wygrał człowiek nieprzygotowany, niekompetentny i nieodpowiedzialny. Wygrał Trump.

Szok i niedowierzanie. To, co dzisiaj stało się w Ameryce, przeczy nie tylko wierze w przewidywania specjalistów, ale i wszystkiemu, czego uczą na uczelniach: że amerykańska demokracja jest trwała i stabilna, że Amerykanie mają wpojone wartości demokratyczne, że kultura polityczna USA opiera się na ogólnie przyjętych zasadach, że w amerykańskiej polityce pewnych rzeczy po prostu się nie robi. Okazało się, że prezydentem USA może zostać kandydat ostentacyjnie depczący podstawowe amerykańskie świętości: poszanowanie wieloetniczności Ameryki i jej imigranckie korzenie, wolność słowa, respektowanie niezależności mediów, wspieranie NATO.

Okazało się, że prezydentem USA może zostać kandydat ostentacyjnie depczący podstawowe amerykańskie świętości: poszanowanie wieloetniczności Ameryki i jej imigranckie korzenie, wolność słowa, respektowanie niezależności mediów, wspieranie NATO.

Po raz pierwszy w historii Ameryki prezydentem został człowiek, który nigdy przedtem nie sprawował żadnego stanowiska w polityce, ani w wojsku. Nie wiemy, czego po nim się spodziewać. Nawet jego obietnice wyborcze nie wyjaśniały niczego; były chaotyczne i niejasne, a niektóre głupie i przerażające. Ten facet obiecał, że zamknie telewizje CNN i NBC. I że zamknie Hillary Clinton.

Wielu liczyło na to, że sam się zamknie, kiedy nazwał Meksykanów gwałcicielami i przestępcami, albo kiedy publicznie, podczas transmitowanej na żywo debaty republikanów, powiedział o swojej kontrkandydatce, że jest tak brzydka, że żadna operacja plastyczna jej nie pomoże. Okazało się jednak, że właśnie chamstwo i populizm dały mu ogromną popularność. W ten sposób Trump przekłuł pęczniejący od lat balon politycznej poprawności, której najwyraźniej miała już kompletnie dosyć biała część społeczeństwa.

Reklama

Wątpliwości i znaki zapytania.

Według wszelkich zasad ktoś taki nie powinien nawet dostać nominacji partyjnej. Dzisiaj został prezydentem największego mocarstwa świata. “This is historic moment”, powiedział nad ranem wiceprezydent-elekt Michael Pence. Faktycznie, to może być koniec świata, jaki znaliśmy do tej pory. Zaczyna się być może coś nowego, coś trudnego do przewidzenia. Być może, bo nie wiemy czy Trump będzie traktował poważnie swój wyborczy image skrajnego populisty, czy też była to tylko maska służąca mu do wygrania wyborów.

Jeżeli dobrze odczytał nastroje społeczne roku 2016 i świadomie postanowił dać im wyraz, aby wygrać i móc realizować idee, które trzyma w zanadrzu, ale ich nie ujawnia, to trzeba będzie mu przyznać, że jest profesjonalnym politykiem. Cynicznym, ale skutecznym. Jeżeli natomiast on po prostu taki jest, a w głowie ma wyłącznie tę pustkę, którą prezentował przez ostatnie półtora roku, to mamy problem.

To może być koniec świata, jaki znaliśmy do tej pory. Zaczyna się być może coś nowego, coś trudnego do przewidzenia. Być może, bo nie wiemy, czy Trump będzie traktował poważnie swój wyborczy image skrajnego populisty, czy też była to tylko maska służąca mu do wygrania wyborów.

Pierwsze przemówienie prezydenta elekta było inne niż jego kampanijne występy – spokojne. Zawierało słowa szacunku dla kontrkandydatki i wezwanie do zgody narodowej. Teraz najważniejsze będą jego pierwsze nominacje – to one pokażą, kto tak naprawdę będzie rządził i czy nieodpowiedzialne słowa Trumpa o NATO i o Putinie były jedynie nieistotnymi bon motami kampanijnymi, czy też świat utracił “shining city on a hill”.

W historii Ameryki już raz wygrał “ludowy” prezydent – człowiek spoza układów, przekreślający “waszyngtońską zmowę elit” i “niesprawiedliwe postępowanie rządu” oraz ostentacyjnie podkreślający, że łamie dotychczasowe reguły. Pochodzący z Dzikiego Zachodu Andrew Jackson zaprosił do elitarnego Waszyngtonu na swoją inaugurację w 1829 roku wszystkich swoich wyborców. Z najdalszych zakątków Ameryki ściągali obdarci traperzy i poszukiwacze przygód. Tłum był wyjątkowo liczny i po zaprzysiężeniu postanowił urządzić sobie party w Białym Domu. Kongresmeni i sędziowie Sądu Najwyższego z przerażeniem patrzyli, jak 20 tysięcy obdartusów opanowuje Waszyngton, włamuje się do Białego Domu, kradnie z niego alkohol i tłucze naczynia, rozpala ogniska na trawniku i urządza pijackie burdy. Media pisały o końcu prawa i końcu demokracji.

Jackson, którego początkowo media obdarzyły przydomkiem “Król Motłoch”, przyczynił się do odświeżenia i umocnienia amerykańskiej demokracji.

Jednak po objęciu urzędu Jackson przestrzegał podstawowych reguł i ustaw, z poszanowaniem prawa zwalczał “wpływowych ludzi wykorzystujących ustawy do swoich interesów”. Jackson, którego początkowo media obdarzyły przydomkiem “Król Motłoch”, przyczynił się do odświeżenia i umocnienia amerykańskiej demokracji. Po latach uznano, że zwrócił demokrację narodowi, a jego wizerunek znajduje się obecnie na banknocie dwudziestodolarowym.

Czy teraz też tak będzie? Jeżeli Trump wygrał, to znaczy, że w Ameryce może się wydarzyć wszystko.


pap-maly-2 Zdjęcie główne: EPA/SHAWN THEW, PAP/EPA.

Zapisz

Zapisz

Reklama

Comments are closed.