Reklama

“Część wykształconych, wykonujących inteligenckie zawody i aktywnych społecznie Polaków, z pokolenia, które świadomie przeżyło PRL, uległa zaślepieniu proponowaną przez PiS ideologią” – pisze Magdalena Bajer w tekście, który publikujemy za zgodą miesięcznika “Odra”, gdzie pierwotnie się ukazał (nr 2/19). I dodaje: “Dała się przekonać, że wizja państwa, jaką ta partia urzeczywistnia, jest dobrym wariantem demokracji, czyli ustroju powszechnie pożądanego. W miarę poczynań władzy zamykali oczy coraz mocniej, powtarzając, że za poprzedników było gorzej. Można się tylko pocieszać, że z zamkniętymi oczami nie da się żyć długo. Oby się otworzyły w porę – jeszcze w tym roku”

Nie znam statystyk mówiących o tym, ilu przedstawicieli inteligencji pamiętających epokę PRL-u opowiada się dzisiaj za Prawem i Sprawiedliwością. Znam osobiście pewną liczbę takich osób – i wydaje mi się ona zadziwiająco i niepokojąco duża.

Dotyczy to mojego pokolenia, ale ów fenomen obejmuje także ludzi dorastających już w wolnej Polsce, kiedy to w oficjalnym przekazie, w szkole, w publicznych odniesieniach do historii najnowszej, ale i w domach przekonywano (ilustrując przykładami), jak szkodliwe jest uleganie ideologii, któremu nie towarzyszy refleksja intelektualna i moralna wrażliwość. Zdawałoby się, że po lekcji marksizmu oraz ludowej demokracji, przerabianej przez Polaków prawie pół wieku, będziemy bardziej odporni na ponowne zaślepienie.

Niezniszczalny bagaż

Słuchaj, czuję, że uwierzę. Słyszę to od rana do wieczora, sama to muszę mówić i w pewnym momencie czuję takie rozdwojenie, rozumiesz? Z jednej strony przejmuję się, chcę, by to znalazło oddźwięk, krzyczę z przekonaniem, z drugiej śmieję się w duchu z siebie i z nich wszystkich. Ale ta druga strona jest już coraz słabsza. Sama przyłapuję się na tym, że chcę ich zwycięstwa, że po prostu jestem po ich stronie! Wiesz, zaczynam znajdować coraz więcej argumentów na ich korzyść, nie widzę strony przeciwnej. [1]

Reklama

To przejmujące wyznanie młodej dziewczyny zapisała we wspomnieniach Hanna Świda-Ziemba, profesor socjologii, działaczka opozycji demokratycznej, przenikliwa obserwatorka czasów stalinowskich, na które przypadła jej dojrzała młodość. W tych paru zdaniach zawarty jest obraz przyczyn, dla których wcale niemała część jej pokolenia dała się uwieść ideologii w gruncie rzeczy zupełnie przeciwstawnej wartościom, jakie to pokolenie polskiej inteligencji wyniosło z rodzinnych domów i przedwojennej szkoły.

Ową sprzeczność rzecznicy systemu komunistycznego starannie ukrywali, głosząc ponętne, zwłaszcza dla wrażliwej moralnie młodzieży, i ubrane w jednoznacznie wymowną formę hasła – równości, sprawiedliwości społecznej i naprawiania krzywd doznawanych przez warstwy upośledzone w niesprawiedliwym, ale obalonym już ustroju. Dobrze pamiętam to oddziaływanie, bo dorastałam niewiele później niż autorka przytoczonych zdań. Pamiętam także i to, że trwało ono „od rana do wieczora”, uprawiała je szkoła, organizacje młodzieżowe, rychło zaś jedna powszechna organizacja – Związek Młodzieży Polskiej.

Przejrzeliśmy na oczy nie od razu, po kolejnych kryzysach, w miarę rozwoju opozycji demokratycznej; ostatecznie, jak się zdawało, w Trzeciej Rzeczypospolitej. Okazało się wszakże, że w umysłach sporej części Polaków pewne elementy bagażu minionej epoki, od której dziedzictwa się odżegnujemy, i to czasem gromko, osadziły się trwale. Takim elementem jest bezkrytyczne, może zgoła bezrefleksyjne, uznanie egalitaryzmu za nadrzędny standard społeczny, jaki należy z całą konsekwencją, w każdych okolicznościach urzeczywistniać. Znalazło to wyraz na przykład w krytyce działań Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, która programowo wspiera najlepszych, a nie wszystkich równo.

A gdy Prawo i Sprawiedliwość wywiesiło ów egalitarny ideał i sprawiedliwość społeczną na swoich partyjnych sztandarach, znalazło posłuch także u wielu spośród tych, po których spodziewalibyśmy się przynajmniej rezerwy wobec jawnego populizmu. Przy sceptycyzmie wobec ogłaszanych wciąż sondaży nie można jednak zlekceważyć faktu, że poparcie dla partii rządzącej jeśli spada, to nieznacznie i nietrwale, nawet po takich doświadczeniach jak haniebne potraktowanie przez władze protestujących niepełnosprawnych – i to przy silnym poparciu społecznym dla protestu. Sondaże uprzytamniają przy okazji, jak bardzo odruch pomocy niesionej cierpiącym współistnieje z ufnością, że wybrani przez większość rządzący ten odruch podzielają, choć w praktyce nierzadko postępują wbrew niemu. Owszem, PiS nieustannie przekonuje o tym, jak bardzo demokratyczną jest partią, mówi o swojej zasadniczej odmienności od „naszych poprzedników” (każda wypowiedź medialna tym się zaczyna lub kończy); mogłoby się jednak wydawać, że przynajmniej ci, którzy przeżyli powojenne półwiecze, powinni być na to odporni.

Podatność na zaklęcia

Od trzech lat coraz większej liczbie instytucji, organizacji, przedsięwzięć, zdarzeń towarzyszą określenia: „narodowa”, „narodowy”, „narodowe”. Słysząc je, przypominam sobie uwagę redaktora „Polityki”, że za często użyłam tego właśnie przymiotnika w tekście, gdzie jego zdaniem lepiej pasuje: „społeczny”. Było to kilkadziesiąt lat temu, w epoce… przedwczorajszej. Po Sierpniu słowo „naród” i wszystkie jego gramatyczne odmiany zyskały w języku zbiorowym miejsce zgodne ze swoim znaczeniem, choć na początku nowej epoki używaliśmy ich częściej, nadrabiając niejako czas stracony dla pielęgnowania tego, co narodowe.

PiS tego słowa nadużywa, nazywając  n a r o d o w y m i  rzeczy i sprawy, które niekoniecznie są trwale obecne w umysłach i sercach, a nawet uwadze narodu, stanowiąc nierzadko partykularne obiekty zainteresowania. Przykładem rejs na stulecie niepodległości (w końcu odbył się bez tego miana), a choćby i stadion w Warszawie z nazwą poprzedzoną skrótem PGE, co przymiotnik „narodowy” osłabia. Nie najważniejsza jest jednak przyczyna, czyli narracja partii rządzącej, ale jej odbiór wśród części inteligencji, na którą to miano działa jak hasło-zaklęcie, uniemożliwiając krytykę, a nawet sceptycyzm czy rezerwę wobec tego, co nim opatrzone.

Politycy i działacze PiS dokładają do wszystkiego, co „narodowe”, opowieść o swoich własnych zasługach w wydobywaniu z mroków zapomnienia, pielęgnowaniu, okazywaniu Polakom i światu całych obszarów narodowej tradycji, niedocenianej i zaniedbanej przez poprzedników. Stałe podkreślanie win tych ostatnich dosyć skutecznie podtrzymuje, a nawet pobudza ciekawość, cóż takiego z przeszłości polskiej nie było ujawnione, a przytępia czujność wobec aktualnych przemilczeń i dysproporcji w stawianych akcentach. Potrzeby czujności w tym względzie dowodzi los Muzeum Drugiej Wojny Światowej, gdzie nowa, powołana przez PiS dyrekcja poczyniła znamienne przeakcentowania, oskarżając twórców o niedostatek patriotyzmu.

Patriotyzm jest drugim zaklęciem, które działa na zbiorową wyobraźnię, w tym na zdawałoby się świadomych wszelkich jego konotacji inteligentów. Ileż to razy przetaczała się przez polskie media dyskusja o patriotyzmie! Ile książek o tym napisano! Mimo to, szermując hasłem (najczęściej to pojęcie występuje jako hasło) patriotyzmu, można wywołać gwałtowne odruchy sprzeciwu wobec tych, których pokazują nam jako niepatriotów albo zgoła przeciwników patriotyzmu.

Ożyły demony, zdawałoby się definitywnie pożegnane

Rządzący milczą (trudno uwierzyć, że nie wiedzą), a my zapominamy o zasadniczej i bardzo ważnej dystynkcji między patriotyzmem i nacjonalizmem. Obie te postawy wyrastają z innych źródeł, które wprawdzie nietrudno pomylić, jednak w inteligenckiej tradycji były zawsze rozróżniane. Nie jest tak, że patriotyzm, przybierając na sile, stając się coraz gorętszy, przekształca się w pewnym momencie w nacjonalizm i jak nacjonalizm skutkuje. Miłość własnej ojczyzny prowadzi do ofiar w walce z jej ciemiężcami, ale nie rodzi niechęci ani pogardy wobec obywateli innych ojczyzn. Nacjonalizm, który taką niechęcią i pogardą się żywi, nie może powoływać się na duchowe ani intelektualne pokrewieństwo z patriotyzmem. Dlatego niepodobna szukać usprawiedliwienia dla paktowania przez władze państwowe z nacjonalistami w sprawie marszu na stulecie odzyskania niepodległości 11 listopada ub.r.

Od kogoś ze znajomych (człowieka z wykształceniem humanistycznym) usłyszałam nazajutrz po tym święcie prowokacyjne pytanie: „Uważasz, że te 250 tysięcy osób się myliło?” Odpowiedziałam najpierw, że statystyka nie jest argumentem aksjologicznym (ilu ludzi poparło Hitlera!), później zaś, że w tłumie maszerujących przewagę mieli ludzie mało znający historię, słabo rozróżniający odcienie skrajnych ugrupowań, ludzie, którzy uznali, że zaproszenie prezydenta i premiera zapewnia uczestnictwo w czymś przyzwoitym, co jest właściwym uświetnieniem stuletniego ojczystego jubileuszu. Opisywanie zaistniałej sytuacji w niezależnych mediach przez historyków, politologów, filozofów i innych specjalistów zapewne niewiele wyjaśniło i spokojne sumienie mogą mieć ci, którzy od początku wiedzieli, że na marsz rządowo-nacjonalistyczny nie pójdą.

Po stu latach od odzyskania niepodległości i trzydziestu po transformacji ustrojowej ożyły demony zdawałoby się definitywnie pożegnane. Rozzuchwaliło je szermowanie pojęciami „naród” i „patriotyzm” w społeczeństwie, którego sporą część stanowią wciąż obywatele przez kilka dekad karmieni sfałszowanymi wersjami tych pojęć. Ludzie przekonywani, że patriotyzm jest rewersem, czyli drugą (mniej ważną) stroną internacjonalizmu, jednej z najszlachetniejszych idei ludzkości, powiadamiani o wykryciu i ukaraniu „odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego” etc. Nie było po 1989 roku dosyć czasu na spokojne przemyślenie i przedyskutowanie wzajemnych relacji nowoczesnego państwa i społeczeństwa obywatelskiego, do jakich aspirujemy, pożądanych form służby ojczyźnie i wychowawczych imponderabiliów. Stan pomieszania umysłów potęguje od trzech lat ideologia zawierająca wiele elementów skrajnych i towarzyszących im uproszczeń.

Niedowidzenie oczywistości

Destrukcyjne działania nazwane reformą sądownictwa spowodowały reakcje obronne w postaci zgromadzeń, pikiet, manifestacji pod gmachami sądów, w których uczestniczyli specjaliści znający dobrze Konstytucję i ustawy oraz ludzie wrażliwi na aktualną rzeczywistość, przekonani, że dzieje się coś złego, co zagraża wszystkim, czemu trzeba zapobiec, a przynajmniej się przeciwstawić.

Jednocześnie słyszałam od niektórych znajomych nasilone utyskiwania na złe działanie sądów, zwykle dokumentowane własnymi negatywnymi doświadczeniami, a służące usprawiedliwieniu poczynań władzy. Argumenty prawników, że PiS-owska reforma bolączek nie usunęła, a przewlekłość procesów od momentu jej rozpoczęcia jeszcze wzrosła, nie równoważą tych doświadczeń ani, co zadziwiające, nie wywołują krytyki. Szeregowi zwolennicy PiS stopniowo przejmują sposób reagowania na zarzuty przez polityków i w rozmowach prywatnych zaczynają zachowywać się tak jak oni indagowani w mediach. Wyczerpawszy listę win poprzednich rządów, urywają dialog konstatacją, że nie ma szans na porozumienie z powodu wrogiego zaślepienia, a także niedoinformowania drugiej strony. Idealnym wzorem może być tyrada wicepremiera Piotra Glińskiego w reakcji na wypowiedzi światowych mediów po jubileuszowych marszach, przypisującego ich autorom nie tylko najgorszą wolę, lecz symptomy obłąkania.

Na ostateczne orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości inteligenckie elity zdają się czekać cierpliwie, przekonane, że będzie po ich myśli, a ogół obywateli coraz mniej się tym interesuje. Wierzący zapewnieniom rządzących, ufają, że nie dojdzie do dotkliwych sankcji, co pewnie kazałoby im pomyśleć, że albo politycy się pomylili, albo mają rację, twierdząc, iż jesteśmy ofiarą brukselskiego despotyzmu. To ostatnie przeświadczenie zdaje się zyskiwać aprobatę także wśród ludzi światłych, wyrażaną głośno w odniesieniu do kryzysu migracyjnego.

Rozmawiając o kryzysie migracyjnym z osobami różnych inteligenckich profesji, należącymi do różnych pokoleń i o różnym społecznym rodowodzie, zdumiewam się brakiem reakcji wobec bezwstydu kategorycznej odmowy przyjęcia przez Polskę jakiejkolwiek liczby uchodźców, których powinniśmy ratować. Dalsze uwagi trzeba tu poprzedzić stwierdzeniem, że wymienianie w tym kontekście pracujących w naszym kraju Ukraińców jest wątłym argumentem w autentycznej dyskusji, gdybyśmy taką podjęli. Podobnie jak omijaniem sedna sprawy jest dzielenie przybyszów do Europy na emigrantów ekonomicznych i uchodźców, z a priori negatywnym nastawieniem do pierwszych (jakby pragnienie poprawy życia własnego i rodziny było bezwzględnie naganne). Przypomnienie, kim są pracujące na Wyspach Brytyjskich setki tysięcy Polaków, nie wywołuje refleksji, ale chęć ograniczenia ich przywilejów przez byłego premiera Camerona spowodowała święte oburzenie i zabiegi, by do tego nie doszło.

Kategoryczne zaprzeczenie przykazaniu miłości bliźniego porusza szczególnie, gdy jesteśmy, częściej niż to potrzebne, świadkami natrętnych deklaracji wiary chrześcijańskiej i odwoływania się rządzących do społecznej nauki Kościoła – w kontekście obojętności na apele papieża Franciszka i części polskich biskupów. Brak tej zdecydowanej odmowie innych argumentów niż strach, który osiągnął wysoki poziom za sprawą natrętnych komentarzy polityków po każdym akcie terrorystycznym w jakimkolwiek kraju Europy.

Akt całkowitej abdykacji z choćby pozorów wypełniania przez wspólnotę, jaką jest państwo, najważniejszego z przykazań, odbył się przy akompaniamencie utyskiwań i ostrzeżeń o zagrożeniu wolności państw członkowskich Unii Europejskiej. Spowodowało to odrzucenie pomysłu relokacji imigrantów bez jednego słowa dyskusji na ten temat. Nawet opozycja, wobec rezultatów propagandy strachu, skwapliwie przystała na porzucenie deklaracji z okresu rządów Platformy Obywatelskiej o przyjęciu siedmiu tysięcy imigrantów. Nie udało się wprowadzić korytarzy humanitarnych popieranych przez Kościół… Tego wszystkiego zdają się nie widzieć inteligenccy zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości albo, jeśli widzą, unikają ocen. Obserwuję u niektórych sposób mówienia podobny temu, jaki słyszymy w mediach, czyli kwestionowanie prawdziwości albo co najmniej ścisłości informacji niekorzystnych dla partii rządzącej.

Neobolszewizm

Ludzie mojego pokolenia, jeśli żyli jako tako aktywnie, przeżyli sytuacje analogiczne do tych, jakie dzieją się dzisiaj pod zupełnie innymi, nieraz przeciwnymi, szyldami. Ideał demokratycznego państwa, który trudno kwestionować, obecny był w propagandzie przez cały czas istnienia PRL-u, tyle że demokracja miała przymiotnik „ludowa”, co mogło (przez jakiś czas) nie zrażać ludzi wychowanych w poszanowaniu równości społecznej. Zaraz po przełomie 1989 roku ucieszyliśmy się możliwością budowania państwa rzeczywiście demokratycznego, zdając sobie sprawę, że potrwa to długo – choć zaistniały podstawowe zręby – i wierząc, że na tej drodze nie zabłądzimy na manowce. Nie postało nikomu w głowie, że władzom Trzeciej Rzeczypospolitej zdarzy się uaktywnić niebezpieczne, zdawałoby się pożegnane ostatecznie, skrajności.

Silne państwo, jakiemu powinniśmy służyć, ukazywane bywa przez PiS w perspektywie wewnątrzeuropejskiej konkurencji, jako ten członek wspólnoty, który może skutecznie zapobiegać dyktatorskim uzurpacjom Brukseli. W politycznym przekazie słyszymy ciągle wyliczanie złych cech Unii, symptomów kryzysu, jeśli nie aktualnego, to nadciągającego, elementów wymagających reformy, regulacji do skasowania itd. – zupełnie bez refleksji nad sensem głębszej integracji, o której wiodące kraje dziś dyskutują.

Trójpodział władzy, obecny w ustawie zasadniczej od czasów daleko przeszłych, był w praktyce Polski Ludowej jedynowładztwem partii komunistycznej, z czasem coraz słabiej maskowanym. Tej analogii do sytuacji obecnej rządzący gorliwie przeczą, a opozycyjni przedstawiciele jurysdykcji starają się ją ukazać społeczeństwu, które z wolna obojętnieje w poczuciu bezradności. Inteligenci zainteresowani życiem publicznym wiedzą, że Trybunał Konstytucyjny w Polsce praktycznie nie istnieje, zatem nie należy liczyć na jego wyroki w najważniejszych sprawach. Zainteresowania Instytutu Pamięci Narodowej skupiają się głównie na motywowanych zemstą śledztwach, zatem słabo służą rzeczywistemu porządkowaniu zbiorowej świadomości wedle obiektywnych kryteriów, wynikających z powszechnie przyjętych norm etycznych.

Z zamkniętymi oczami nie da się żyć długo

Drastyczne przejawy dążenia do władzy obejmującej całe życie obywateli wywołują incydenty sprzeciwu, takie jak przyoblekanie pomników w koszulki z napisem „Konstytucja”, mające przypominać, co jest podstawowym regulaminem rządzących; jednakże nie wywołują debaty o stanie państwa, nie rodzą inicjatyw w rodzaju niegdysiejszego Konwersatorium „Doświadczenie i przyszłość”, Towarzystwa Popierania i Krzewienia Nauk i innych, które w dyskusjach i sporach wypracowały szereg praktycznych rozwiązań na czas budowania demokracji, którego nadejścia ich uczestnicy byli pewni, choć nie znali „dnia ni godziny”.

Bolszewickim znamieniem czasu obecnego jest podział społeczeństwa, ale jeszcze bardziej nieuchronny, szybko następujący skutek tego podziału: rosnąca powszechna podejrzliwość. Nieufnie słuchamy i czytamy słowa wypowiadane w mediach przez polityków, ekspertów, dziennikarzy, ale także uczestnicząc w rozmowach prywatnych, zastanawiamy się – ex post i już w trakcie rozmowy – jaką opcję polityczną reprezentuje zabierający właśnie głos. Wymiana poglądów staje się pozorna, tracąc jakąkolwiek moc sprawczą. A poważnej wymiany poglądów i propozycji odmiany losu Polski potrzeba bardzo pilnie. Niezależnie od tego, że jej potencjalni uczestnicy nie mają w parlamencie większości.

Trzeba powtórzyć, że część wykształconych, wykonujących inteligenckie zawody i aktywnych społecznie Polaków, z pokolenia, które świadomie przeżyło PRL, uległa zaślepieniu proponowaną przez PiS ideologią. Dała się przekonać, że wizja państwa, jaką ta partia urzeczywistnia, jest dobrym wariantem demokracji, czyli ustroju powszechnie pożądanego. W miarę poczynań władzy zamykali oczy coraz mocniej, powtarzając, że za poprzedników było gorzej. Można się tylko pocieszać, że z zamkniętymi oczami nie da się żyć długo. Oby się otworzyły w porę – jeszcze w tym roku.

Magdalena Bajer

 [1] Hanna Świda-Ziemba: Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy 19301989. Wybór i opracowanie Dominik Czapigo, Ośrodek Karta, Warszawa 2018


Zdjęcie główne: Ślepcy (1568), obraz Pietera Bruegla (starszego), znany także pod tytułami Przypowieść o ślepcach oraz Ślepcy prowadzący ślepców, Museo di Capodimonte w Neapolu

Reklama