Reklama

Mam wrażenie, że działania rządu ciągle wyglądają tylko na gaszenie pożaru, a nie przeciwdziałanie mu. To samo było na wiosnę, najpierw słyszeliśmy, że wirus jest daleko w Chinach, kiedy senatorowie domagali się debaty o wirusie, to pan Pinkas powiedział, żeby włożyli sobie lód w majtki, minister Szumowski śmiał się z maseczek, potem na łapu-capu kupowano maseczki, respiratory, testy itd. i wyrzucono w błoto masę pieniędzy – mówi nam senator Marek Borowski. Pytamy o nową strategię rządu, a także o ustawę o ochronie zwierząt, która właśnie wróciła do Sejmu z poprawkami Senatu. Pytamy też czego będzie dotyczyć „tajna” ustawa o służbie zdrowia, którą ma zgłosić PiS. – Jeżeli po to, aby militaryzować lekarzy, to powiem tak: ta władza niczego z nikim nie konsultuje, posługuje się wyłącznie rozkazami i straszeniem. To na dłuższa metę do niczego nie doprowadzi – uważa nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Senat przyjął ustawę o ochronie zwierząt z poprawkami, chociaż wcześniej komisja senacka rekomendowała jej odrzucenie. Podziały polityczne w tej sprawie przebiegają inaczej, niż do tej pory.

MAREK BOROWSKI: To, że poglądy na stopień ochrony zwierząt, dbałości o ich dobrostan, z drugiej  strony na kwestie gospodarcze z tym związane – są w Polsce środowiska, które na pierwszym miejscu stawiają ochronę zwierząt, inne przeciwnie – to żadna tajemnica. Ta ustawa to ujawniła i nie ma się co dziwić.

Główny problem polegał na tym, że ustawa, która przyszła do Senatu, była skandalicznie przygotowana.

Na likwidację przemysłu futrzarskiego dano rok – to jest zdecydowanie za krótko, niezależnie do tego, co myśli się o norkach. To jest jednak legalny biznes, nikt go do tej pory nie tępił i nie można dawać ludziom roku na zmianę życia. Po drugie, jeśli chodzi o produkcję mięsa z uboju religijnego, to było tam tylko 30 dni, co jest już absolutnym skandalem i zakrawa na kabaret. Senatorowie znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, ale jak mówi pani Szydło, daliśmy radę.

Reklama

Po pierwsze zaczęliśmy od tego, czego w Sejmie nie było i nie ma od lat – od konsultacji. Odbyło się duże posiedzenie komisji ustawodawczej, rodzaj wysłuchania publicznego. Przyjechali producenci, hodowcy, obrońcy zwierząt, prawnicy, pracownicy schronisk dla zwierząt. Poprosiliśmy o opinię ekonomistów, konstytucjonalistów, to była ogromna praca, która dała nam pewien obraz, po którym zaczęliśmy przygotowywać poprawki i dyskutować wewnętrznie także. W Senacie żadna partia nie ma większości, więc senatorowie z KO musieli znaleźć porozumienie z PSL, z Lewicą i z niezależnymi. Było bardzo wiele spotkań, dużo pracy, ja byłem odpowiedzialny za tę ustawę z ramienia Koalicji.

O kompromis nie było łatwo. Do tej pory senatorowie PSL nie są zadowoleni.
Senatorowie KO byli za tym, aby zakończyć hodowlę zwierząt na futra oraz żeby zdecydowanie ograniczyć, czyli zakazać eksportu zwierząt z uboju religijnego. Uważamy, że pierwsze nie jest niezbędne do życia i hodowla zwierząt i uśmiercanie ich w tym celu jest niehumanitarne.

Ubój rytualny bydła jest okrutny i niehumanitarny i także byliśmy zdania, że trzeba to zakończyć.

Z drugiej strony mamy sporą część gospodarki rolnej, która jest w to zaangażowana, i duże środki, kontrakty eksportowe i zobowiązania, są pobrane kredyty, czasem długoterminowe, i wreszcie są pracownicy, których też tak nie można zostawić. W związku z tym potrzebne jest zobowiązanie państwa do odszkodowań. Tak się dzieje w cywilizowanych państwach. Tymczasem w ustawie były absurdalnie krótkie terminy zakończenia tej działalności, a w sprawie odszkodowań w zasadzie nie było nic.

Krótki termin miał być po to, żeby do wyborów za 3 lata wszyscy zapomnieli, a jednocześnie zwrot do młodzieży, tak to wymyślił sobie Kaczyński. To wyjątkowy cynizm, bo na plecach jednych zyskuje się poparci drugich, chociaż to typowa metoda PiS-u.

Puenta jest taka, ta duża poprawka, którą zgłosiłem na posiedzeniu i która przeszła, nie podoba się ani obrońcom zwierząt, ani producentom. Mimo wszystko obie strony uważają ją za mniejsze zło. Za totalne zło uważa ją tylko PiS, dlatego że ona nie pozwala wykorzystać tej ustawy politycznie do uwłaszczania się i zbijania kapitału politycznego na rzekomej trosce o zwierzęta.

Nie wiem, co dalej będzie z ustawą, ale gdyby Kaczyński rzeczywiście troszczył się o zwierzęta, a jednocześnie pamiętał o ludziach i gospodarce, to przyjąłby te poprawki i ustawę, ale podejrzewam, że niestety wsadza ją do zamrażarki.

Mamy kolejne rekordy zakażeń, rząd zaostrzył restrykcje, tylko pytanie, czy to wystarczy. Sam minister zdrowia mówił, że jesteśmy na granicy wydajności służby zdrowia. Jak ocenia pan działania rządu?
Nie jestem specjalistą w tej sprawie, zatem nie będę się wymądrzał, co trzeba zrobić. Do zamykania szkół podchodzę z dużą ostrożnością, bo trzeba ważyć różne racje. Koronawirus wywołuje ogromne problemy moralne; z jednej strony mamy ludzi zarażonych, którzy mogą umrzeć, bo to jest groźny wirus, z drugiej strony mamy ludzi chorych na wiele innych chorób i oni dziś nie mają właściwej opieki.

Poza tym nauka zdalna to taka „półnauka” i będziemy mieć niemalże pokolenie, które wyjdzie z traumą, niedouczone, jeszcze nie wiadomo, z jakimi obciążeniami. Przede wszystkim zatem w tych sprawach trzeba działać z otwartą przyłbicą, czyli konsultować, co robić, a te wyniki konsultacji muszą być jasne.

Rząd mówi, że korzysta z opinii doradców, tylko których? Czy my znamy choć jedno nazwisko? Znamy nazwiska epidemiologów, którzy wypowiadają się w telewizji.

Ale oni mówią, że z nimi nikt nic nie konsultuje.
No właśnie, a epidemiolodzy już dawno przestrzegali przed drugą falą. W innych krajach, w Szwecji, we Francji, w Stanach Zjednoczonych znane są nazwiska głównych doradców i oni stale zabierają głos jako fachowcy, a nie minister zdrowia. Przecież nawet Szumowski nie był fachowcem w tej dziedzinie, bo był kardiologiem, obecny minister Niedziela nawet nie jest lekarzem.

Tamci epidemiolodzy zabierają głos, spierają się ze sobą, wypracowują najlepsze rozwiązanie, a u nas tego nie ma. Wszystko jest na pół poufnie, bo rząd traktuje wszystko politycznie – czy taka informacja nam nie zaszkodzi. Rząd powinien z dyrektorami szpitali i związkami lekarskimi konsultować sposób funkcjonowania służby zdrowia, z nauczycielami i dyrektorami szkół, samorządami rozmawiać o edukacji. Dla mnie było dziwaczne, że dyrektor nie mógł podjąć decyzji o hybrydowym nauczaniu.

Teraz działalność szkół będzie zależna od strefy, w jakiej się znajdują.
Mam wrażenie, że działania rządu ciągle wyglądają tylko na gaszenie pożaru, a nie przeciwdziałanie mu. To samo było na wiosnę, najpierw słyszeliśmy, że wirus  jest daleko w Chinach, kiedy senatorowie domagali się debaty o wirusie, to pan Pinkas powiedział, żeby włożyli sobie lód w majtki, minister Szumowski śmiał się z maseczek, potem na łapu-capu kupowano maseczki, respiratory, testy itd. i wyrzucono w błoto masę pieniędzy.

Rząd nie przygotował kraju na jesienną falę epidemii?
Nie wykorzystano okresu, gdzie mięliśmy spadek zakażeń w lipcu i sierpniu. Chciałbym poznać liczbę nowych laboratoriów, które uruchomiono w tym czasie do badań. Z tego, co słyszę, jesteśmy na granicy możliwości wykonywania testów. Mało tego, słyszę również, że kończą się tzw. wymazówki, nie ma odczynników, nawet szpatułek, którymi pobiera się wymaz, a co ze szczepionką na grypę? Wzywano do szczepień i pół Polski chce teraz się zaszczepić.

Mieliśmy w Senacie spotkanie z wiceministrem Kraską, który dociśnięty przyznał, że zamówiono ok. 2 mln szczepionek, podczas gdy w zeszłym roku niecałe półtora miliona. W efekcie mamy kolejki, zapisy, wyrywanie sobie szczepionek.

Tak jak zlekceważono pandemię wiosną, tak potem nie słuchano epidemiologów. Pan Morawiecki wzywał do pójścia do wyborów, informował, że wirus jest w odwrocie, pan prezydent opowiadał, że maseczek nie trzeba, szczepień też nie. Można oczywiście w tej chwili dyskutować o zamykaniu kin, ograniczaniu restauracji, ale ja przede wszystkim pytam, jak przygotowano się do tej jesieni? Czy szkolono lekarzy do obsługi respiratorów? Grzech zaniechania tego rządu jest  ogromny. Oni mieli naprawić państwo, a je rozkładają.

Najpierw minister Sasin stwierdził, że część lekarzy nie jest wystarczająco zaangażowana, potem marszałek Terlecki mówił o nowej, tajemniczej ustawie dotyczącej służby zdrowia. Czy lekarze zostaną „wzięci w kamasze”, jak mówił kiedyś Ludwik Dorn?
Moim zdaniem to będzie raczej ustawa o stanie nadzwyczajnym, nie wiem, czy klęski żywiołowej, czy stanu wyjątkowego; do pierwszego oczywiście są podstawy, do drugiego ich nie widzę.

Zresztą dawno już proponowaliśmy, aby wprowadzić stan klęski żywiołowej. Wówczas rząd mówił, że wystarczy stan epidemiologiczny. Teraz, mimo że wszystkie działy gospodarki funkcjonują, rząd zastanawia się nad wprowadzeniem stanu nadzwyczajnego, ciekawe, po co. Jeżeli po to, aby militaryzować lekarzy, to powiem tak: ta władza niczego z nikim nie konsultuje, posługuje się wyłącznie rozkazami i straszeniem. To na dłuższa metę do niczego nie doprowadzi.

Jeżeli lekarze będą straszeni, a nie motywowani, to i tak będą uciekać od pracy, znajdą sposoby.

Zamiast tego rząd powinien się spotkać ze wszystkimi izbami lekarskimi, ocenić, ilu jest lekarzy, i porozmawiać, zapytać, co się dzieje, że nie biorą udziału, być może po prostu nie ma sprzętu, zapytać, czy zaszczepiono ich przynajmniej przeciwko grypie. Niestety obawiam się, że rząd pójdzie inną drogą.

Gdy w 1981 roku Jaruzelski wprowadzał stan wojenny, to oczywiście znaczna część społeczeństwa była przeciwko, ale spora część była za, ponieważ był ogromny bałagan, brak towarów w sklepach, puste półki, zimno, ryzyko, że nie będzie węgla itd. Tylko pytanie, kto do tego doprowadził, jak to się stało, że trzeba było wprowadzić stan wojenny. Teraz jest dokładnie tak samo, trzeba zadawać dokładne pytania. Rząd próbuje tłumaczyć swoje kroki stanem aktualnym, ale jak doszło do tego stanu i jak się na to przygotowywał, już nie mówi.


Zdjęcie główne: Marek Borowski, Fot. Flickr/Katarzyna Czerwińska/Kancelaria Senatu, licencja Creative Commons

Reklama