Reklama

Flagi czy tęczową aureolę na obrazie Matki Boskiej trzeba interpretować jako wielkie głośne pytanie do polskiego Kościoła i katolickiego społeczeństwa, które wyznaje naukę Jezusa Chrystusa, czy miłość, którą głosi Kościół, obejmuje również osoby o innej orientacji seksualnej. Na to pytanie nie ma odpowiedzi, a właściwie jest negatywna, nie obejmuje – mówi nam senator Koalicji Obywatelskiej Marek Borowski. Rozmawiamy też o Białorusi.

JUSTYNA KOĆ: Nie gasną protesty po sfałszowanych niedzielnych wyborach na Białorusi. Jak ocenia pan sytuację i reakcje „demokratycznego świata” na te wydarzenia?

MAREK BOROWSKI: Te wybory na Białorusi były rzeczywiście inne, różnica polegała na tym, że przy poprzednich wyborach Łukaszenka też stosował równego rodzaju ograniczenia, a nawet lekki terror – kogoś nie dopuszczano do głosowania, kogoś aresztowano na chwilę. Podejrzewam jednak, że gdyby poprzednie wybory były przeprowadzone w sposób uczciwy, bez nacisków, to Łukaszenka i tak by je wygrał. Oczywiście nie 80 proc., ale wygrałby, ponieważ sytuacja na Białorusi była długo stabilna, a sam Łukaszenka grał na obawie przed Rosją, a z drugiej strony na przedstawianiu Ukrainy jako kraju, gdzie nic się nie układa, panuje chaos, do którego on nie dopuszcza. W tych wyborach prawdopodobnie by już przegrał. Nabrał tej pewności, gdy zobaczył, co dzieje się na wiecach poparcia w kampanii wyborczej dla Swietłany Ciechanouskiej, bo to rzeczywiście było niesamowite.

W rezultacie Łukaszenka sięgnął nie tylko po fałszerstwo wyborcze, ale też po środki policyjno-wojskowe, bo widział, że ma do czynienia z większa niż dotychczas grupą zdeterminowanych ludzi.

Reklama

Zdawał sobie sprawę, że jakiekolwiek ustępstwo doprowadzi w końcu do erozji systemu, który przez lata tworzył.

I odejścia samego Łukaszenki?
Tak pewnie by było. Nie jestem specjalistą, ale czytam tych, którzy polityką wschodnią się od dawna interesują, i oni piszą, że to hasło, że Białoruś się przebudziła, jest prawdziwe, społeczeństwo zaczęło się organizować, wypracowywać pewne formy oporu i protestu, ale pokojowe, bez przemocy – model polskiej solidarności, a wcześniej sięgający to Gandhiego.  Taka sytuacja na Białorusi może jeszcze potrwać, ale to budzi nadzieje, stawia określone zadania przed demokratyczną Europą i szerzej światem, Stanami Zjednoczonymi, Kanadą, chociaż ta była zawsze zaangażowana na Białorusi.

Jak ocenia pan zaangażowanie demokratycznego świata, bo chyba niespecjalnie przejmuje się tym, co się dzieje na Białorusi?
W tej chwili to zaangażowanie jest słabe. Wydaje mi się, że ciągle nad decyzjami europejskimi, być może i amerykańskimi, wisi jak miecz Damoklesa obawa, czy nie wepchnie się Białorusi w łapska rosyjskiego niedźwiedzia. Nie jest to obawa całkowicie bezpodstawna, bo nawet ze środowisk opozycyjnych na Białorusi płynie przekaz, aby nie stosować sankcji ekonomicznych, bo dla Białorusi oznaczać to będzie, że musi udać się po prośbie do Rosji.

Jeżeli sankcje, to tylko dotyczące konkretnych osób zaangażowanych w fałszowanie wyborów czy w represje itd. Warto skupić się na formach wspomagania opozycji.

Jak to zrobić? Stypendia dla młodych, dostęp do informacji?
Białoruskiej opozycji zdecydowanie potrzebna jest informacja docierająca do obywateli. Mamy telewizję Biełsat, super, tylko warto, aby dostała większe środki, nie tylko po to, aby dostarczała informacji, ale w ogóle program telewizyjny. Biełsat oglądają ludzie świadomi, którzy mają wyrobiony światopogląd. Zdecydowana większość Białorusinów ogląda programy, które mają w sobie filmy, rozrywkę, to w dużym stopniu programy rosyjskie lub białoruskie telewizji rządowej. Podczas oglądania koncertu czy filmu nie przełączą się na wiadomości na Biełsacie. Agnieszka Romaszewska kierująca Biełsatem miała koncepcję, aby wyłożyć więcej pieniędzy, także europejskich, aby powstał pełnokrwisty program. To ciągle można zrobić.

Oczywiście Białorusini, którzy zostaną zmuszeniu do opuszczenia kraju, muszą znaleźć godne przyjęcie i pomoc.

Trzecie to działanie na arenie międzynarodowej. Oddziaływanie na Łukaszenkę poprzez OBWE, przez wysyłanie tam misji, taki nacisk stały, dyplomatyczny. Unia Europejska powinna zastanowić się dobrze, jak przekserować uzależnienie białoruskiej gospodarki od Rosji. Jaką pomoc gospodarczą zaoferować, tak aby nawiązywały się więzy z Europą. Ten sam problem ma zresztą Ukraina.

Skoro jesteśmy przy Ukrainie, to gdy był pierwszy Majdan, prezydent Aleksander Kwaśniewski pojechał jako mediator i odegrał bardzo ważna rolę. Może warto rozważyć takie rozwiązanie?
Sytuacja Białorusi jest nieporównywalna z Ukrainą, bo Ukraina w czasach pierwszej pomarańczowej rewolucji przechodziła okres względnej demokracji. Tamte wybory nie były fałszowane, jeżeli to minimalnie. Działały tam partie polityczne, zgromadzenie narodowe. W związku z tym, jak doszło do konfliktu, to łatwiej było o mediatora, bo miał kto z kim rozmawiać. Łukaszenka nie zgodzi się na żadne mediacje, bo uważa, że stłumi to wszystko, a każde ustępstwo będzie w niego uderzać. Przynajmniej na razie.

Jeżeli już ktokolwiek by miał się zająć mediowaniem, jeżeli zmieniłyby się warunki na Białorusi, to chyba tylko Litwini, bo to kraj najmniej wrogi według Łukaszenki. Ewentualnie OBWE. Dużego pola manewru nie ma.

W Polsce też dochodzi ostatnio do protestów i bójek z policją środowisk LGBT. Czy ten spór będzie leitmotivem polskiej polityki przez najbliższe miesiące?
To jest trudny problem, bo nowy. To świeża kwestia w naszym życiu publicznym i oczywiście  są tacy, którzy nie wiedzą, jak się ustosunkować, ale stosują zasadę poszanowania. Jeżeli ktoś chce, żeby się do niego zwracać, jak do kobiety czy jak do mężczyzny, to tak się zwracamy, ze zwykłej uprzejmości czy życzliwości. Oczywiście nie wszyscy mają ją w sobie, a niektórzy wręcz mają złośliwość i chęć rozgrywania tego publicznie.

Ta sprawa nabrzmiała i ciągle nabrzmiewa. W Senacie mieliśmy pożegnalne wystąpienie Adama Bodnara i na tym tle odbyła się dyskusja m.in. o LGBT. Senator Seweryński z PiS twierdził, że rodzina to kobieta i mężczyzna, a inne pomysły to ideologia, tolerancja owszem, dla ludzi, ich godności, a nie ideologii. Zapytałem więc, czy jeżdżąca po Warszawie furgonetka, która atakuje osoby LGBT, oskarża ich o przestępstwa, że są pedofilami, podburza ludzi przeciwko nim, uderza w ich godność; czy to nie jest właśnie atakowanie godności. Profesor Seweryński zadumał się na tymi słowami.

Należy podkreślać wyraźnie, do czego prowadzą takie kampanie, że właśnie do naruszenia godności poszczególnych osób, a także do przemocy wobec nich. Sądzę, że to będzie leitmotiv i cała demokratyczna część sporu nie powinna uciekać od tego.

Czy takie akcje, jak wieszanie tęczy na pomnikach świętych, to działanie kontrproduktywne?
Rozumiem, że te flagi czy tęczową aureolę na obrazie Matki Boskiej trzeba interpretować jako wielkie głośne pytanie do polskiego Kościoła i katolickiego społeczeństwa, które wyznaje naukę Jezusa Chrystusa, czy miłość, którą głosi Kościół, obejmuje również osoby o innej orientacji seksualnej. Na to pytanie nie ma odpowiedzi, a właściwie jest negatywna, nie obejmuje. To była prowokacja, która spełniła, moim zdaniem, swoją rolę i myślę, że ponieważ wywołała również skrajne opinie, to sugerowałbym, aby nie powtarzać jej.


Zdjęcie główne: Marek Borowski, Fot. Flickr/Kancelaria Senatu/Michał Józefaciuk, licencja Creative Commons

Reklama