Reklama

Ruszyły prace komisji specjalnej w sprawie Amber Gold. Wyniki jej prac są znane zanim rozpoczęła obrady.

Ustawa z 1999 roku o sejmowych komisjach śledczych ustala, że skład komisji powinien odzwierciedlać reprezentację w Sejmie klubów poselskich. Klub PiS ma obecnie 235 posłów, a Platforma 132, z czego PiS wydedukował, że w dziewięcioosobowej komisji będzie miał pięciu posłów, a PO jednego. To ewidentne złamanie ustawy, które jak zwykle uchodzi na sucho Prawu i Sprawiedliwości.

Po raz pierwszy (a jest to już dziewiąta komisja śledcza) jedna partia ma większość w komisji śledczej. Zatem wynik jej prac jest już znany, zwłaszcza że jej przewodnicząca Małgorzata Wassermann (PiS) nieopatrznie zdradziła w mediach, że “za aferę są odpowiedzialni urzędnicy Donalda Tuska”. Widocznie dostała od partii wytyczne dotyczące wyniku prac komisji, ale nie dostała wskazówki, że ten wynik ma być ogłoszony na końcu śledztwa, a nie na początku.

Dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf

Po co zatem ta komisja, skoro ogłoszony został rezultat prac? Tego chyba też dowiadujemy się od pani poseł Wassermann, która – nawet nie pytana – podkreślała, że głównym świadkiem wzywanym przez komisję będzie Donald Tusk, ale jej zadaniem nie jest “grillowanie Tuska”. Nie jest. To czemu pani poseł tak starannie to podkreśla?
Druga kadencja Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej skończy się w grudniu 2019 roku. Pięć i pół miesiąca później odbędą się wybory prezydenckie, a to akurat tyle czasu, żeby przeprowadzić skuteczną kampanię wyborczą.

Reklama

Przed komisją stoi karkołomne zadanie powiązania afery Amber Gold z Donaldem Tuskiem i z PO, chociaż afera wybuchła w sierpniu 2012 roku i do dzisiaj nie udało się PiS-owi, ani powiązanym z nim publicystom, znaleźć nitek wiążących Tuska z tą sprawą. Jego nazwisko pojawia się za pośrednictwem syna, który został zatrudniony w spółce OLT należącej do właścicieli Amber Gold. Przez kilka miesięcy wystawiał faktury na 5,5 tys. zł netto miesięcznie za prowadzenie firmie PR, co w jego przypadku (b. dziennikarz zajmujący się transportem) brzmi wiarygodnie. W kuluarach dziennikarze śledczy powiązani z PiS-em przyznają, że na Tuska nic nie udało się znaleźć. Chodzi więc o to, by jego nazwisko “pojawiało się” w kontekście afery, czyli aby było w mediach wymieniane w jednym zdaniu ze słowem “afera” tak często, aż w uszach słuchaczy utrwali się w postaci zbitki.

Drugim zadaniem komisji jest wypromowanie posłów w mediach. Na pięcioro posłów PiS aż troje to kandydaci na prezydentów miast: posłanka Wassermann w Krakowie, posłanka Kopcińska w Łodzi i poseł Krajewski w Warszawie. Wśród polityków panuje przekonanie, że komisje śledcze są lewarem popularności i przywołują przykład Zbigniewa Ziobry oraz Jana Rokity, którzy poszli w górę dzięki komisji w sprawie afery Rywina. Jednak można przywołać również przykłady odwrotne, chociażby sławetnej swego czasu Anity Błochowiak, która błysnęła śledztwem w sprawie “korytarzy pionowych” w siedzibie Agory i rozszyfrowaniem tajemnicy czerwonych skarpetek. Jej występy zaowocowały szeregiem publikacji utyskujących nad poziomem polskich polityków, co spowodowało, że kariera pani poseł szybko uległa zakończeniu.

Najważniejsze są kadry

Sam udział w komisji nie gwarantuje popularności, potrzeba jeszcze wnikliwości i talentu medialnego. I tu pojawia się problem. Posłanka Wassermann ma przynajmniej wykształcenie prawnicze, co jest ważne dla swobody poruszania się w zalewie dokumentacji z prokuratury i ABW. Ale już jej doświadczenie medialne budzi wątpliwości. Dotychczas korzystała z taryfy ulgowej; jako córka Zbigniewa Wassermanna, który zginął w Smoleńsku, mogła liczyć na łagodniejsze traktowanie ze strony dziennikarzy, którzy rodzinom ofiar nie zadawali trudnych pytań w obawie przed oskarżeniem o przemysł pogardy. To mogło w PiS-ie wywołać wrażenie, że posłanka daje radę w mediach. Ale okres karencji posmoleńskiej dobiega końca i ostatnie występy pani poseł wskazują raczej na jej brak doświadczenia i brak umiejętności uwodzenia rozmówcy.

Posłanka Kopcińska natomiast jest z wykształcenia lekarką, była przewodniczącą Rady Miasta Łodzi, posłanką jest dopiero od 10 miesięcy, a doświadczenia z mediami ogólnokrajowymi nie ma. Poseł Krajewski ma 33 lata, skończył politologię, całe życie zawodowe spędził na łonie partii, co też nie wróży najlepiej kompetencjom, a posłowanie i pokazywanie się w mediach to również dla niego nowość. Do tej grupki dołączyli bardziej doświadczeni posłowie. Marek Suski to od lat obiekt kpin dziennikarzy chociażby z powodu niegdysiejszego stwierdzenia, że wykształcenia wyższego nie posiada, ale swoje kompetencje wywodzi z patriotyzmu przodków, czy też niedawnej wypowiedzi, w której wyjaśniał, że Jarosław Kaczyński nie ożenił się, gdyż poświecił swe życie Polsce. Natomiast Stanisław Pięta to chodząca osobliwość polskiej polityki. Ciąży na nim wyrok za kradzież z samochodu portfela z pieniędzmi. Poseł Pięta wyjaśniał, że była to w jego wykonaniu forma walki z komunizmem, z pieniędzy nie korzystał, tylko kupił za nie piwo, a piwa nie pił, tylko wymieniał je na naboje, którymi miał strzelać do komunistów. Jeżeli taką logikę zaprezentuje podczas posiedzeń komisji, to przemysł wytwarzający memy zakwitnie.

Zainteresowana w pogrążaniu Tuska może być też Nowoczesna, która do komisji pchnęła posła Witolda Zembaczyńskiego. Został posłem, gdyż jest synem popularnego prezydenta Opola Ryszarda Zembaczyńskiego. Syn ma 36 lat, posłuje pierwszą kadencję, przedtem zajmował się prowadzeniem bardzo przydatnego przybytku, jakim jest naleśnikarnia, a następnie był kierownikiem basenu. Zatem lanie wody na pewno ma opanowane, natomiast na ujawnienie innych jego kompetencji politycznych musimy jeszcze poczekać.

Naprzeciwko tej grupy ćwierćkompetentnych posłów stanie Donald Tusk, polityk o 26-letnim doświadczeniu politycznym i ogromnej swobodzie występowania. Zresztą już raz, w 2010 roku był wzywany przed komisję i wypadł dobrze, a wkrótce potem jego partia wygrała wybory prezydenckie, a następnie parlamentarne. W wywiadzie z 27 lipca zapowiedział, że bardzo chętnie zjawi się przed komisją, a bać się powinni ci, którzy go wzywają. I rzeczywiście przewaga Tuska nad przeciwnikami jest tak duża, że – jak stwierdził w kuluarach jeden z posłów PO – “jeśli tylko dobrze się przygotuje, to ich rozwałkuje”.

Wobec rozpoczynającej się ofensywy programowej PO i pojawiających się tam westchnień do powrotu Tuska z Brukseli jako kandydata na prezydenta można odnieść wrażenie, że PiS zlitował się nad kolegami i umożliwił im skorzystanie z jego talentu. A wtedy być może PO odzyska wiatr w żaglach i odegnie tendencje sondażowe. PiS poszedł na ryzykowną grę.


Zdjęcie główne: Andrzej Barabasz, źródło Wikipedia, licencja CC BY-SA 3.0

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama