Reklama

4 czerwca 1989 roku odbyły się pierwsze, od czasów przedwojennych, częściowo wolne wybory. To wtedy Joanna Szczepkowska powiedziała w TVP słynne słowa: “Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm”. Zmiany zapoczątkowane w Polsce zmieniły całą Europę, doprowadziły do obalenia Muru Berlińskiego i w konsekwencji do zjednoczenia Europy. – Dla mnie to bardzo ważna data. To pamiętny dzień i szkoda, że nie ugruntował się jako dzień załamania się systemu komunistycznego. Myślę, że jest to po części winą tego, że 4 czerwca był przez rozmaite środowiska polityczne deprecjonowany – mówi nam Janusz Onyszkiewicz, wieloletni działacz “Solidarności” i jej rzecznik z czasów przemian, uczestnik Okrągłego Stołu. I dodaje: – Wtedy udało nam się wybrać Sejm, który był miejscem autentycznej, bardzo obywatelskiej debaty, gdzie właściwie nawet w czasie, kiedy świeże były rozmaite boleści i rany, jednak był miejscem debaty, a w samej debacie przeważała troska o dobro publiczne, a nie partyjne interesy

JUSTYNA KOĆ: Świętuje pan w jakiś sposób dzień 4 czerwca?

JANUSZ ONYSZKIEWICZ: Oczywiście, bo dla mnie to bardzo ważna data. To pamiętny dzień i szkoda, że nie ugruntował się jako dzień załamania się systemu komunistycznego, najpierw w Polsce, a potem w całej Europie. Myślę, że to, że nie udało się nam wypromować tego dnia, i to, że rocznica wyborów 4 czerwca przegrała z obaleniem Muru Berlińskiego, jest po części winą tego, że ten dzień był przez rozmaite środowiska polityczne deprecjonowany. Stwierdzenia, że nic ważnego się nie stało, a nawet, że komunizm wcale nie został wtedy obalony, uczyniły wiele złego.

Można powiedzieć, że naszymi własnymi rękami zniszczyliśmy pewną wielką historyczną datę, która mogłaby wiązać upadek komunizmu z tym, co się działo w Polsce.

Dlaczego tak się stało? Dlaczego to zwycięstwo, jakim były wybory 4 czerwca, jest tak niedoceniane przez nas samych, ale przede wszystkim przez obecną władzę?
Wydaje mi się, że chodzi o to, że w tym zwycięstwie 4 czerwca udział środowisk politycznych, które dziś odgrywają główną rolę, był niewielki, nie chcę powiedzieć, że zerowy, ale bardzo nieznaczny. W związku z tym w ramach ogólnej polityki deprecjonowania dotychczasowych elit politycznych, zresztą nie tylko, i zastępowania ich całkowicie nowymi elitami deprecjonowanie tego, co zdarzyło się 4 czerwca 1989 roku, jest całkowicie zrozumiałe, chociaż bardzo bolesne i godne potępienia.

Czy marnujemy tę wolność, którą wtedy wywalczono, której 4 czerwca jest symbolem?
O tyle nie zmarnowaliśmy, że

Reklama

mimo iż demokracja jest dziś w odwrocie, to niemniej jednak obecny system polityczny w Polsce, nawet przy wszystkich jego ułomnościach i groźnych, obecnych tendencjach, jest czymś innym niż ten sprzed 4 czerwca, a właściwie sprzed powołania rządu Tadeusza Mazowieckiego.

Dlaczego tak się stało? Jest wiele rozmaitych rozważań na ten temat. Myślę, że wpływ na to miało wiele czynników, które się skumulowały. Po pierwsze, nastąpiło naturalne zmęczenie dotychczasowymi elitami, zresztą nie tylko w Polsce dostrzegamy to zmęczenie. Dlatego powstała naturalna pokusa, aby je wymienić i zobaczyć, jak będą sprawować się nowe. Drugim elementem było to, że myśmy jednak trochę zaniedbali kwestie promowania i uświadamiania ludziom tego, jak niesłychanie ważne było to, co działo się po roku 1989, uważając, że to jest oczywiste, dla wszystkich. Niestety, okazało się, że tak nie jest. Jeżeli do tego dołożymy fakt, że historia II połowy XX wieku w szkołach w zasadzie w ogóle nie jest wykładana, bo nie ma na to czasu, to

powstała próżnia, która została wypełniona przez całkiem inną narrację. Właśnie tę, której celem było deprecjonowanie elit, zrzucenie ludzi z pomników, żeby na tych cokołach postawić innych. Właśnie dziś jesteśmy tego świadkami.

Powiedział pan o wymianie elit. Przecież bracia Kaczyńscy też byli przy Okrągłym Stole i brali udział w tych przemianach.
Prawdę mówiąc, to rola obu Kaczyńskich, chociaż Lecha była trochę większa, w całym procesie, który doprowadził do przełomu 89 roku, była jednak bardzo znikoma. Jarosław Kaczyński w “Solidarności” w tamtym czasie nie odgrywał żadnej roli. Ja byłem wtedy w ścisłym kierownictwie w regionie Mazowsze i Jarosława Kaczyńskiego nawet nie spotkałem. On był wtedy jednym z ludzi, którzy siedzieli w małym ośrodku studiów społecznych, który zajmował się analizami. W ogóle go wtedy nie było. Dopiero później się wybił, kiedy centrum decyzji życia politycznego przesunęło się z Gdańska, ze środowiska wokół Lecha Wałęsy, do Sejmu. Wtedy

na tym pustkowiu, które w Gdańsku się pojawiło, mogli wyrosnąć obaj panowie Kaczyńscy.

Czy Polacy potrafią szanować tę wolność? A może przez te trzy dekady zapomnieliśmy o niej?
Niestety, ale Polacy uważają dziś, że wolność jest czymś całkowicie naturalnym i niewymagającym nieustających zabiegów. W związku z tym za mało aktywnie reagują na to, co się dziś w Polsce dzieje. Mam nadzieję, że gdy już sprawa stanie się naprawdę ważna, będą zbliżać się wybory do parlamentu, to nastąpi podobna mobilizacja, jaka nastąpiła w roku 2006, kiedy 2 lata rządów PiS wraz z koalicjantami, takimi jak Samoobrona, doprowadziły do silnej reakcji ludzi. Wtedy PiS został odsunięty od władzy. Mam nadzieję, że teraz tak się stanie.

Co wtedy? Kolejny Okrągły Stół?
Tutaj nie ma potrzeby, aby powoływać takie niekonstytucyjne ciało, jakim był Okrągły Stół wtedy. Wystarczy Sejm, parlament i zgoda co do głównych kierunków politycznych, które przez ponad 20 lat, od roku 89 były, przynajmniej jeśli chodzi o politykę zagraniczną i politykę bezpieczeństwa. To, że dziś nie ma dialogu, nawet co do tych najważniejszych kwestii, oceniam bardzo źle. Zresztą Sejm dzisiaj stał się po prostu maszynką do głosowania. Nie ma tam dialogu.

Nie tak dawno temu były już przewodniczący rosyjskiej Dumy powiedział, że parlament nie jest miejscem do dyskusji. Widać, że marszałek Kuchciński wziął to sobie do serca i wykonuje bardzo skrupulatnie. To upadek polskiego parlamentaryzmu.

To zdanie nabiera szczególnej wymowy właśnie dziś?
To prawda. Wtedy udało nam się wybrać Sejm, który był miejscem autentycznej, bardzo obywatelskiej debaty, gdzie właściwe nawet w czasie, gdzie świeże były rozmaite boleści i rany, jednak był miejscem debaty. W samej debacie przeważała troska o dobro publiczne, a nie partyjne interesy.

Wówczas w Sejmie, parafrazując, można powiedzieć, że zasiadali ci, co strzelali, i ci, do których strzelano.
Tak i potrafili się dogadać.

Trzeba pamiętać, że cały pakiet reform politycznych i gospodarczych został przeprowadzony przez Sejm, gdzie “Solidarność” miała tylko 35 proc. miejsc. Te reformy zostały przeprowadzone głosami ówczesnego PZPR-u i jego sojuszników, już byłych wtedy.

To było naprawdę coś niesamowitego, niebywałego, o niezwykłym historycznym znaczeniu. Coś, co w Polskiej historii niestety rzadko się zdarzało. Wtedy się zdarzyło, i to był cud.

A jak pan wspomina tamten 4 czerwca 1989 roku?
Ja kandydowałem wtedy z Przemyśla, nie powiem, że z rodzinnego, bo urodziłem się we Lwowie, ale wychowywałem się w Przemyślu, więc byłem tam na miejscu. Ominęła mnie niejako ta warszawska gorączka, ale oczywiście już następnego dnia pojawiłem się w Warszawie, były już wtedy wiadome wyniki. Pamiętam, że był ogromny dylemat, co z tym zrobić. Dziś już nikt o tym nie pamięta i nie mówi, ale był strach. Ja się

okropnie bałem, zresztą jak i całe środowisko, że te wybory mogą zostać unieważnione przez władzę. Przecież formalne powody można było zawsze znaleźć. Wiedzieliśmy też, że 4 czerwca parę tysięcy kilometrów od nas, w innym kraju komunistycznym, rodzącą się demokrację rozjechano czołgami na placu Tiananmen.

Przecież u nas władza także dysponowała wszystkimi środkami przymusu, wojskiem, policją. Wiadome było, że wśród władzy może pojawić się pokusa, aby pod osłoną tych instytucji siłowych jednak wybory unieważnić. Była ogromna obawa i duży dylemat. Dlatego my nie mogliśmy sobie oficjalnie pozwolić na takie słowa, na jakie mogła pozwolić sobie aktorka, zresztą jestem jej za te słowa bardzo wdzięczny. To właśnie 4 czerwca pani Szczepkowska powiedziała, że dziś skończył się komunizm.

Dziś jest panu przykro, jak pan patrzy na to, co się dzieje, a co zaczyna nieść konsekwencje międzynarodowe? Spór z Brukselą, z Izraelem, teraz pojawiła się informacja, że amerykański generał Ben Hodges jest przeciwko “stałym bazom” armii USA w Polsce.
Sam pan premier Gowin przyznał, że problem obecności amerykańskiej bazy wojskowej zależy m.in. od tego, jak potoczą się losy ustawy o IPN, zresztą moim zdaniem to ustawa haniebna. Tu chodzi nie tylko o tę ustawę, widać wyraźnie, do jakiego stopnia Stany Zjednoczone jednak negatywnie się odnoszą do rozmaitych tendencji autorytarnych naszej władzy. Oczywiście nie oznacza to, że nie doceniają znaczenia Polski jako elementu ochrony i bezpieczeństwa w Europie. Prawdopodobnie dlatego ciągle USA  decydują się na tę współpracę z Polską i miejmy nadzieje, że tak zostanie.


Zdjęcie główne: Janusz Onyszkiewicz, Fot. Wikimedia Commons, licencja Creative Commons

Reklama