Reklama

Jak widać, Platforma ma się nadal dobrze i reszta opozycji powinna się do tego przyzwyczaić, a nie kontestować to. Mamy ustabilizowany układ sił politycznych i możliwe tylko wahnięcia w różne strony, ale to tylko na tych obecnie istniejących siłach można opierać polityczne kalkulacje. Generalnie potrzebna jest wytężona, systematyczna praca na ich rzecz, a nie destrukcyjna koncepcja: usuńmy PO i zbudujmy coś nowego, bo tylko wtedy pokonamy PiS. To są mrzonki – mówi nam prof. Janusz A. Majcherek, filozof i socjolog kultury. Rozmawiamy nie tylko o politycznej grze na polskiej scenie politycznej, podsumowujemy też pierwszą turę wyborów i pytamy o drugą. – To są wybory o fundamentalnym znaczeniu, rozstrzygające czy w ogóle będą jakiekolwiek konsultacje, kompromisy, negocjacje, konsensusy. Czy w ogóle głos środowisk lewicowych, ale też liberalnych będzie brany pod uwagę przez autorytarną władzę, która po opanowaniu wszystkich ośrodków władzy przestanie się liczyć z kimkolwiek – uważa nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Co pokazały nam wyniki I tury wyborów prezydenckich? Czy ciągle żyjemy w dwóch zwaśnionych plemionach?

JANUSZ A. MAJCHEREK: To hasło jest adekwatne, ale nie w pełni oddaje charakter tej konfrontacji. To nie są dwa równoprawne światopoglądy, które rywalizują w warunkach swobodnej, demokratycznej debaty. Nie mamy tu dwóch opcji w swobodnej grze politycznej. Jedna z tych opcji wyraźnie kwestionuje sam charakter tej gry, rywalizacji demokratycznej, swobodnej i równoprawnej. Jeżeli trzymać się tej nomenklatury, to

mamy jedno plemię, które ma pewien światopogląd oraz koncepcję państwa i społeczeństwa, oraz drugie, które kwestionuje prawo tego pierwszego do jego posiadania, kwestionuje wizję społeczeństwa otwartego, prawa mniejszości,

to, co nazywa ideologią LGBT, prawa kobiet, np. poprzez odrzucenie konwencji antyprzemocowej i deklarowanie, że rodzina jest najważniejsza, co w interpretacji Ordo Iuris przybiera postać dogmatów patriarchalno–mizoginicznych itd. To nie jest równoprawna rywalizacja dwóch wizji, lecz spór o to, czy wolno mieć różne wizje.

Reklama

Przypominają się słowa polityka z lat 90., że „nieważne, jaka Polska będzie, bogata czy biedna, ważne, żeby była katolicka”. Historia zatoczyła koło?
To sformułowanie niejakiego Henryka Goryszewskiego sugerowałoby, że mamy w tle antagonizm o charakterze wyznaniowym czy religijnym, co jest rzeczywiście istotnym jego komponentem, ale nie wyczerpuje sensu tej konstatacji o konfrontacji dwóch koncepcji polskiego społeczeństwa czy państwa. Po drugiej stronie, wolnościowej czy demokratyczno-liberalnej, jest także wiele osób wierzących. Oczywiście, raczej nie w wydaniu katolicyzmu rydzykowo-radiomaryjnego i Jędraszewskiego, oznaczającego fundamentalizm religijny i integryzm doktrynalny. Nie chodzi jednak o to, że niewierzący ścierają się z wierzącymi, choć po stronie liberalno-demokratycznej jest także wielu niewierzących i nieuczęszczających do Kościoła. Co ciekawe, ci ostatni są większością w polskim społeczeństwie, bo dane, także z Instytutu Statystycznego Kościoła, pokazują że

do Kościoła chodzi mniejszość wierzących.

Dlaczego głowa państwa, która kilkukrotnie złamała konstytucję, ma poparcie na poziomie 43 proc. i duże szanse na reelekcję?
Ponieważ są tacy, którzy tego nie widzą, bo nie rozumieją mechanizmów funkcjonowania trójpodziału władzy, liberalnej demokracji, państwa prawa. Jeśli popatrzymy na strukturę społeczną elektoratu Dudy, to nie można się dziwić, ponieważ ten kandydat, podobnie jak partia, którą reprezentuje, największe poparcie ma w elektoracie niewykształconym. To oznacza, że wielu z tych wyborców ma na tyle nikłe wykształcenie, że nie pozwala im ono zrozumieć, czym jest konstytucjonalizm czy już w ogóle dla nich abstrakcyjne formuły typu checks and balances.

Druga część tego elektoratu to ludzie, którzy te naruszenia dostrzegają, ale traktują jako pewne koszty, które warto ponieść dla różnego rodzaju profitów, które przeważają nawet nad łamaniem konstytucji. Jedna ich część optuje za poszanowaniem tradycji, czyli inaczej mówiąc działaniami, jakie PiS i Duda podejmują w obszarze kultury symbolicznej, tradycji i kultywowania tożsamości narodowej. Druga część te profity dostrzega w sferze czysto materialnej: 500+, trzynasta emerytura itd.

To stanowisko zostało uchwycone w upowszechnionej wypowiedzi jednego z respondentów pewnego badania: „może i kradną, ale przynajmniej się dzielą”.

Warto tu podkreślić, że elektorat Dudy i PiS-u nie jest jednolity, są tam także rozmaite grupy osób przekonanych do tego rodzaju działań i form aktywności politycznej. Powiedziałem, że w tym elektoracie jest największy odsetek osób z najniższym wykształceniem, ale to nie znaczy, że tam nie ma profesorów. To oni formułują doktrynalne podstawy aktywności tej ekipy, oparte na rozmaitych źródłach. Zazwyczaj wymienia się tu koncepcje Carla Schmitta lub nawiązuje się do inklinacji ku poglądom profesora Stanisława Ehrlicha, do którego uczęszczał na seminarium Jarosław Kaczyński. Z jednej strony decyzjonizm Schmitta, z drugiej koncepcja centralnego ośrodka dyspozycji politycznej, zatem jakieś zaplecze intelektualne tam pracuje. Powiedzmy więc, że autorytaryzm, a nawet populizm, który jest znakiem rozpoznawczym ekipy „dobrej zmiany”, ma pewne źródła czy podstawy o charakterze intelektualnym, teoretycznym, doktrynalnym.

Szymon Hołownia zapowiedział powstanie stowarzyszenia Polska 2050. Jak się panu podoba ten pomysł kandydata na prezydenta i czy ma szanse usadowić się na politycznej scenie, skoro wybory dopiero za 3,5 roku?
To bardzo mało prawdopodobne. Na razie Hołownia podąża utartym szlakiem, który wielu innych już wyprowadził w polityczną nicość. To przechodzenie spoza politycznych form aktywności, artystycznej czy medialnej, do polityki, ale z przesłaniem jej kontestowania, nie sprawdza się dobrze. Apartyjność, apolityczność, przeciwstawianie się duopolowi, niszczenie zastanego układu sił politycznych – to ich cechy rozpoznawcze. Najbardziej spektakularny jest tu przykład Kukiza, który miał 20 proc. w wyborach prezydenckich, a nie 13 proc. jak Hołownia, a dziś w zasadzie dogorywa na marginesie życia publicznego. Skłócony w zasadzie ze wszystkimi, na spółkę z Kosiniakiem-Kamyszem dostał nieco ponad 2 proc. głosów.

Jeśli wziąć pod uwagę historię takich outsiderów, którzy próbowali przemodelować istniejący układ polityczny, to trudno wróżyć Hołowni powodzenie. Te wybory pokazały po raz kolejny, że polska scena polityczna jest jednak ustabilizowana.

Niektórzy używają określają „zabetonowana” i w tym upatrują największych polskich bolączek.
I stąd pojawiają się kolejne koncepcje wyeliminowania PO z tego układu, ponieważ rozmaici teoretycy i aktywiści rozumują według schematu, że skoro PO przegrała kilka razy z PiS-em, to trzeba ją wymienić na inną siłę polityczną, która PiS wreszcie pokona. Już kilkakrotnie próbowano tego dokonać, ostatnio w sposób wręcz ostentacyjny usiłowało to zrobić dwóch kandydatów w wyborach prezydenckich w okresie, kiedy notowania Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, z różnych powodów, mylnie przez nich zinterpretowanych, były niskie. To Kosiniak-Kamysz, który na podstawie jednego z sondaży wywnioskował, że on ma największe szanse pokonać Dudę w II turze, zatem inni demokratyczni kandydaci powinni w ogóle zrezygnować na jego rzecz. Zresztą wygłaszał nawet jakieś quasi-orędzia na tle polskiej i europejskiej flagi, które dziś wydają się bufonadą.

Drugą osobą jest Hołownia, który też w pewnym okresie był postrzegany jako potencjalny faworyt do przejęcia przywództwa w obozie opozycji. Jego przypadek jest nieco inny, bo nie skończyło się klęską, mało tego, to jego elektorat będzie rozstrzygał prawdopodobnie o wyniku tych wyborów. Okazało się jednak, że największa siła opozycyjna od lat to PO, obecnie w formule KO, i oczywiście to się nie podoba tym wszystkim w opozycji, którzy są poza tym obozem politycznym, ale muszą się z tym pogodzić.

Nie udał się zamysł wyeliminowania PO i całe szczęście, bo obawiam się, że skończyłoby się to opcją węgierską, czyli tak radykalną dominacją Fideszu, że reszta sił politycznych się nie liczy.

PO przegrywa, chociaż trzeba powiedzieć, że Senat udało się przejąć właśnie dzięki Platformie. Powiedzmy sobie szczerze, że ani PSL, ani Lewica nie miałyby prawdopodobnie ani jednego senatora, gdyby PO nie zgodziła się ich dopuścić w kilku jednomandatowych okręgach, wycofując swoich kandydatów. Inaczej skończyłoby się tym, że PiS miałby większość także w Senacie. Chcąc być dosadnym, można powiedzieć, że

z łaski Schetyny Lewica i PSL uzyskały kilku senatorów.

W wyborach do PE siły były wyrównane. Jeżeli wziąć pod uwagę wynik Wiosny i zsumować z osiągniętym przez Koalicję Europejską, to w zasadzie zwycięstwo PiS-u było znikome, a liczby bezwzględne rozłożyły się po równo, nawet z nieznaczną przewagą opozycji. Gdyby nie późniejsza idiotyczna wolta Kosiniaka, który zaczął snuć sny o potędze, zakładać Koalicję Polską, zapowiadając wysforowanie się na lidera opozycji, rozbijając jej jedność, prawie na pewno PiS nie miałby większości w Sejmie.

Jak widać, Platforma ma się nadal dobrze i reszta opozycji powinna się do tego przyzwyczaić, a nie kontestować to. Mamy ustabilizowany układ sił politycznych i możliwe tylko wahnięcia w różne strony, ale to tylko na tych obecnie istniejących siłach można opierać polityczne kalkulacje.

Generalnie potrzebna jest wytężona, systematyczna praca na ich rzecz, a nie destrukcyjna koncepcja: usuńmy PO i zbudujmy coś nowego, bo tylko wtedy pokonamy PiS. To są mrzonki.

To został nam jeszcze jeden z kandydatów – Robert Biedroń. Co się stało, że zdobył mniej niż Magdalena Ogórek 5 lat temu i wielokrotnie mniej niż Lewica pół roku temu w wyborach do parlamentu?
Jest czymś nieprawdopodobnym, że kandydat Lewicy, mającej jednak regularnie kilkunastoprocentowe poparcie, zdobywa kilkukrotnie gorszy wynik. Od razu zaznaczę, że nie uważam, aby to była wina samego Roberta Biedronia. Jeżeli jest się ideowo przywiązanym do jakiejś opcji, to się ją popiera niezależnie od tego, kto ją reprezentuje, a szczególnie w I turze. Nie jest to również wina jego orientacji seksualnej, aczkolwiek były kilka lat temu badania, które pokazywały, że ówczesny elektorat SLD jest konserwatywny światopoglądowo. Ale dzisiejszy już chyba nie.

Moim zdaniem porażka Biedronia to świadectwo wysokiej świadomości politycznej lewicowego elektoratu, który wie, o co toczy się ta gra.

A o co się toczy?
Na pewno nie o to, czy lewicowe postulaty będą mniej czy bardziej realizowane. Gra toczy się o to, czy w ogóle będzie można zgłaszać jakiekolwiek lewicowe postulaty. Chodzi o elementarny wybór systemu – z jednej strony liberalno-demokratycznego, a z drugiej autorytarnego, i świadomość, że w sytuacji, kiedy władza PiS-u zostanie utrwalona i skonsolidowana, to Lewica nie będzie miała nic do gadania i nie będzie miała z kim negocjować.

To są wybory o fundamentalnym znaczeniu, rozstrzygające, czy w ogóle będą jakiekolwiek konsultacje, kompromisy, negocjacje, konsensusy.

Czy w ogóle głos środowisk lewicowych, ale też liberalnych będzie brany pod uwagę przez autorytarną władzę, która po opanowaniu wszystkich ośrodków władzy przestanie się liczyć z kimkolwiek.

Elektorat Lewicy, dobrze wykształcony i świadomy, doskonale to rozumie, więc spora jego część zagłosowała już w pierwszej turze na Trzaskowskiego, część na Hołownię i dlatego tak mało zostało dla Biedronia.


Zdjęcie główne: Janusz A. Majcherek, Fot. Adam Walanus

Reklama