Reklama

Przybywa skośnookich i ciemnoskórych Niemców, Francuzów i Anglików, nie ma więc przeszkód, aby przybywało takich Polaków. Chyba że jesteśmy jako społeczeństwo takimi rasistami i ksenofobami, że nie dopuszczamy myśli, aby Polak mógł nie być biały – pisze Janusz A. Majcherek. Wzrost populacji może zapewnić jedynie dodatnie saldo migracji.

Załamanie przyrostu naturalnego stało się dla nacjonalistyczno-klerykalnej ekipy rządzącej pretekstem do powołania kolejnego narodowego instytutu, a dla lewicy do propagowania socjalizmu jako panaceum. Ani katolicyzm, ani nacjonalizm, ani socjalizm jednak problemów demograficznych nie rozwiążą.

Trzeba wszakże wyjaśnić nieporozumienie związane z pojęciem kryzysu demograficznego. W skali globu mamy otóż do czynienia z przeludnieniem i nadmiernym przyrostem naturalnym. Od 1989 r. światowa populacja wzrosła z nieco ponad 5 miliardów do ubiegłorocznych prawie 8 mld (choć przyrost naturalny także w skali globalnej spada od lat o kilka setnych procenta rocznie i w ub. roku wyniósł 1,05%, co oznacza wszakże ponad 80 mln osób).

Mówiąc lapidarnie, ludzi jest i rodzi się nadal zbyt dużo. Zdaniem wielu rodzimych polityków, publicystów i części demografów problem w tym, że zbyt mało jest w ludzkiej populacji Polaków i nie przybywa ich.

Wielkość populacji nie ma bezpośredniego związku z jakością życia, a jeśli już, to negatywny, gdy przyrost ludności jest zbyt szybki, aby można go dogonić ze wzrostem produktu krajowego brutto. Wielu Polaków zazdrości Szwajcarom, Szwedom czy Norwegom, których jest wielokrotnie mniej, ale żyją bardziej komfortowo. Raczej nie zazdroszczą zaś Rosjanom, Egipcjanom czy Turkom, których jest wielokrotnie więcej.

Reklama

Problemem jest natomiast niekorzystna zmiana struktury demograficznej, która jest zresztą pochodną zjawiska pozytywnego, jakim jest wydłużanie życia. Mamy więc niekorzystną relację liczby ludności w wieku produkcyjnym i przedprodukcyjnym do tych w wieku poprodukcyjnym. Jeśli więc chcemy zabiegać o wyższy (po prostu dodatni) przyrost naturalny, to głównie dla poprawienia struktury demograficznej (odmładzania populacji), a nie tylko zwiększenia liczebności czy choćby jej utrzymania.

W tle wykoślawionej piramidy wieku kryje się jednak inna piramida – emerytalna. Otóż systemy repartycyjne, dominujące w ubezpieczeniach emerytalnych od czasów Bismarcka, oparte są na tym samym schemacie, co tzw. piramidy finansowe: system działa, dopóki dopływają do niego nowi uczestnicy, z wpłat których finansuje się wypłaty dla uczestników wcześniej wciągniętych. Słabnący dopływ nowych, młodych uczestników doprowadza system do załamania.

W przypadku piramid finansowych prowadzi to organizatorów do więzienia, w przypadku systemu emerytalnego do gigantycznego deficytu, pokrywanego z budżetu państwa (w tym roku trzeba będzie dopłacić ok. 63 mld złotych, w następnych coraz więcej).

Deficyt systemu emerytalnego jest więc przekształcany w deficyt budżetu państwa. A ten budżet – nigdy dosyć przypominania – pochodzi z podatków i danin płaconych przez obywateli.

Remedium jest teoretycznie proste, ale trudno osiągalne ze względów politycznych: wydłużenie wieku produkcyjnego oraz przejście na system stricte ubezpieczeniowy. To drugie częściowo wprowadzono, poprzez indywidualizację składki i świadczenia (tyle dostaniesz na emeryturze, ile sobie odłożysz), choć działa zasada minimalnego świadczenia – gdy emeryt nie uzbierał wystarczająco dużo ze składek, aby się móc utrzymać, budżet (znowu budżet) mu dopłaca. I będzie dopłacał coraz więcej, bo krótki okres składkowy (zwłaszcza u kobiet) skutkuje niewypracowaniem emerytury minimalnej.

Przedłużenie wieku aktywności zawodowej, czyli podniesienie wieku emerytalnego, to w Polsce polityczna mrzonka. Ekipa PO-PSL to przeprowadziła i przegrała wybory, pokonana przez PiS obiecujący obniżenie tego wieku i dokonujący tego po wyborach, ku zadowoleniu elektoratu. W tym samym czasie Niemcy podnoszą sukcesywnie wiek emerytalny do 67 roku życia (tak jak ustanowiła ekipa PO-PSL), a Bundesbank postuluje, by podnosić go do 69 lat. We wszystkich państwach europejskich jest on wyższy niż w Polsce (co najmniej w przypadku kobiet), jedynie w kilku postkomunistycznych bywa niższy.

Nakłonić Polaków, aby pracowali dłużej, to zadanie bodaj niewykonalne, choć zazdroszczą poziomu życia Niemcom czy Brytyjczykom (wiek emerytalny na Wyspach to 68 lat dla obu płci).

Rozprawmy się też z popularnym poglądem wiążącym dzietność z zasobnością, standardem życia czy opieką państwa. Według tej wykładni kobiety będą rodzić więcej dzieci, jeśli dostaną ekonomiczno-socjalne wsparcie. Uwierzyli w ten mit macherzy i propagandyści „dobrej zmiany”, lansując program 500+ jako pronatalistyczny. Nie zadziałało.

Nie ma w Europie państwa, w którym dzietność gwarantowałaby utrzymanie populacji, czyli prostą zastępowalność pokoleń. Wiadomo, że wymaga to powyżej 2 dzieci na jedną statystyczną kobietę. Najwyższy poziom z państw europejskich osiąga Francja, gdzie wynosi on 1,9. Ludność Europy się nie reprodukuje (skądinąd najniższa dzietność jest na Malcie, gdzie obowiązuje całkowity zakaz aborcji). Żadne rozdawanie mieszkań dla młodych, darmowe żłobki i przedszkola, dowolnie wysokie zasiłki macierzyńskie i urlopy rodzicielskie nie zapewniają oczekiwanej dzietności. Zaprowadzenie pełnego socjalizmu też jej nie zapewni.

Wiele państw europejskich stosuje więc nieoficjalną politykę uzupełniania i odmładzania populacji przez imigrację.

Nieoficjalną, a w każdym razie nierozgłaszaną, bo wszędzie mniejsza lub większa część autochtonów protestuje przeciwko napływowi „obcych” (bodaj tylko Szwecja, która od lat głosi państwową doktrynę „mocarstwa humanitarnego”, otwarcie wspiera imigrację jako formę pomocy humanitarnej dla uchodźców, choć też w ograniczonej wielkości).

Przykład reprezentatywny to Niemcy, gdzie kanclerz Merkel kilka lat temu stanęła na krawędzi politycznego upadku, gdy otworzyła granice przed imigrantami z Afryki i Bliskiego Wschodu, a ich napływ doprowadził do potężnych wstrząsów społeczno-politycznych. Podejrzewano, że poczciwa Angela uległa kobiecym odruchom współczucia dla nieszczęsnych uchodźców, nie bacząc na polityczne reperkusje. Być może tak było, ale w rezultacie populacja Bundesrepubliki, która stale spadała od początku stulecia, w 2011 r. notując zapaść (spadek o prawie 2%), od 2012 r. zaczęła stale rosnąć, osiągając wielkość ponad 83 mln, najwyższą od czasu zjednoczenia.

Polska w tym czasie jest stale około zera, z tendencją malejącą. Znaczna część przybyszy do Niemiec zintegrowała się i zaktywizowała zawodowo, wzmacniając potencjał demograficzny i produkcyjny państwa. Od czasu nasilonego napływu imigrantów do wybuchu pandemii budżet Niemiec wykazywał szybko rosnącą nadwyżkę. Merkel utrzymała się na stanowisku, odchodzi w wyznaczonym przez siebie terminie i na własnych warunkach, a jej macierzysta partia CDU niemal na pewno wygra najbliższe wybory i utrzyma władzę.

Można? Można!

Zatem pytanie kluczowe brzmi: czy Polacy są gotowi na masową imigrację? Masową, bo ubiegłoroczny ubytek populacji wyniósł ponad sto tysięcy osób (115 tys. wg szacunków GUS) i tyle trzeba byłoby przyjąć już, a w kolejnych latach prawdopodobnie podobną albo i większą ilość. Nie jest przy tym pewne, czy na dłuższą metę wystarczy Ukraińców, bo u nich także trwa demograficzny regres (od uzyskania niepodległości ubyło mieszkańców z prawie 52 mln do niespełna 44 mln i depopulacja postępuje). Prawdopodobnie więc trzeba będzie przyciągać do Polski i osiedlać przybyszy z dalszych regionów świata, w tym ciemnoskórych i skośnookich.

Wygląda szokująco? Niemcy, a więc ojczyzna teorii o „duchu narodu” (Volksgeist), czystości rasy i aryjskim typie fizjonomiczno-anatomicznym, jakoś poradziły sobie z konceptem, że Niemiec może być czarnoskóry i skośnooki. Polacy (którzy zresztą ściągnęli nacjonalizm od Niemców) mogą mieć z tym o wiele większy problem.

Nie tylko dlatego, że ekipa „dobrej zmiany” jest nacjonalistyczno-katolicka, a jej wódz straszy zarazkami i pasożytami roznoszonymi przez obcych. Samo pojęcie narodu, tak eksponowane w propagandzie i nazewnictwie oficjalnym, jest równie mocno utrwalone w świadomości Polaków, co fałszywe.

Wyjaśnijmy to krótko: nikt nie rodzi się Polakiem (Niemcem, Francuzem, Czechem itd.), co sugeruje ta fatalnie niefortunna, zakłamana nazwa („naród” od „narodzony” czy „narodzić się” – zresztą podobnie w innych językach, od łacińskiego natus).

Narodowość nie jest cechą biologiczną, wrodzoną, lecz kulturową, nabytą, wyuczoną, przyswojoną. Nie ma więc „naturalnych” przeszkód, by Polakami zostawali czarnoskórzy i skośnoocy przybysze. A jeśli są w wieku produkcyjnym i reprodukcyjnym, to korzyść wieloraka, bo nie tylko przywożą ręce do pracy, lecz także potencjał rozrodczy, na pewno wyższy niż u polskich obywatelek.

Bo też żadne zasiłki, świadczenia, dodatki, dopłaty (i co tam jeszcze da się wymyślić w lewicowych umysłach) nie skłonią Polek do zwiększenia dzietności. Ta jest bowiem skorelowana negatywnie z wykształceniem i statusem. Mówiąc krótko: wyższą dzietność wykazują kobiety biedne i gorzej wykształcone, wraz z podnoszeniem wykształcenia i poprawą standardu życia dzietność spada.

W obecnej ekipie rządzącej są ideolodzy sugerujący powstrzymanie kobiet od karier zawodowych i zepchnięcie do podrzędnego statusu, ale wykształcenia im nie odbiorą. Prawidłowość uniwersalna jest zaś taka, że każdy rok nauki kobiet zmniejsza przeciętną dzietność.

Nawet chyba Czarnek, pomstujący na kobiety edukujące się i robiące kariery zawodowe zamiast rodzić dzieci, nie ma jednak w planach ograniczenia dostępu Polek do wykształcenia albo rynku pracy, w tym wysokich stanowisk.

Najwyższy przyrost naturalny w Polsce (wyże demograficzne) odnotowano po II wojnie światowej i po stanie wojennym. Chcąc być cynicznym lub zgryźliwym, należałoby jako remedium na kryzys demograficzny podpowiedzieć obecnej władzy wprowadzenie stanu wojennego. Ale nie ma pewności, czy to, co stało się w przeszłości, powtórzyłoby się kilkadziesiąt lat później.

Reasumując: można wydać dowolne pieniądze na dowolne świadczenia czy udogodnienia socjalne, ale nie da to dodatniego przyrostu naturalnego, bo nie ma go nigdzie w Europie, nawet w państwach najbogatszych i uważanych przez naszych socjalistów za modelowe. Stabilność, a tym bardziej wzrost populacji może zapewnić jedynie dodatnie saldo migracji. Bez imigracji populacja Polaków będzie się kurczyć, ale przede wszystkim pogarszać swoją strukturę. Politykę imigracyjną można prowadzić nieoficjalnie, ale konsekwentnie.

Przybywa skośnookich i ciemnoskórych Niemców, Francuzów i Anglików, nie ma więc przeszkód, aby przybywało takich Polaków. Chyba że jesteśmy jako społeczeństwo takimi rasistami i ksenofobami, że nie dopuszczamy myśli, aby Polak mógł nie być biały, nie mieć podwójnej (dwufałdowej) powieki czy nie wyznawać chrześcijaństwa. Ale

pogódźmy się wówczas, że będziemy się pogrążać w demograficznym kryzysie, stając się społeczeństwem coraz mniej witalnym, prężnym i produktywnym.

A w tym samym czasie ciemnoskórzy i skośnoocy obywatele będą zapewniać niemieckiej gospodarce wzrost, a niemieckiej piłce nożnej zwycięstwa.

Janusz A. Majcherek
Autor jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego


Zdjęcie główne: Angela Merkel i Mateusz Morawiecki podczas posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli w dniach 28-29 czerwca 2018 r., Fot. Flickr/KPRM/Krystian Maj

Reklama