Niezależnie od konfliktu z UE na tle kwestii praworządności, Polska wręcz deklaruje, że nasza energetyka będzie opierała się na węglu także w przyszłości. To w sytuacji, kiedy jest się organizatorem konferencji na szczycie COP, jest w jakimś sensie kontrproduktywne – mówi nam Eugeniusz Smolar, analityk, członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej Serwisu Światowego BBC. – To poważnie ogranicza pole działania polskiej dyplomacji w ramach UE, żeby jednocześnie występować z oczekiwaniami finansowymi, które są absolutnie niezbędne. Te wypowiedzi czołowych PiS-owskich polityków są dobrze znane w stolicach europejskich. Przez naszych partnerów są przyjmowane z oburzeniem, podobnie przez bardzo wpływowe organizacje pozarządowe – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Na trwającym właśnie szczycie klimatycznym COP24 w Katowicach zabrakło wszystkich ważniejszych przywódców światowych: Merkel, Trumpa, Macrona, Putina. Przyjechał prezydent Słowenii i premier Republiki Fidżi. Polska dyplomacja znowu się nie postarała?

EUGENIUSZ SMOLAR: Ja tego tak źle nie widzę, chociaż mam skłonność, aby przypisywać temu rządowi różne nieszczęścia, zresztą w większości przypadków ta krytyka czy zastrzeżenia są uprawnione. W tym wypadku doszło do splotu kilku wydarzeń. Prezydent Macron ma kłopoty z protestami u siebie w kraju, zatem jego nieobecność jest zrozumiała. Liderzy najważniejszych państw wrócili właśnie do swoich krajów po szczycie G20 w Argentynie. Jest jednak jeden element, który nie jest związany z rządami PiS-u, a z oczekiwaniami związanymi ze szczytem COP24 w Katowicach – że uda się wynegocjować konkretne kroki, które będą realizowały porozumienia paryskie. Nie udało się tego zrobić w trakcie COP23 i jest podejrzenie w wielu stolicach, że ze względu na poziom skomplikowania sprawy, interesy poszczególnych państw i ich priorytety gospodarcze nie uda się tego zrobić także teraz. Nie jest wykluczone, że przywódcy największych państw nie chcieli wiązać swojej obecności z ewentualną porażką, zostawili to swoim ministrom i ekspertom, którzy są obecni w Katowicach.

Podejrzewam, że dopiero COP25 pozwoli przypieczętować te wszystkie decyzje i rozstrzygnięcia. To w sposób oczywisty nie jest związane z obecnym polskim rządem, choć mój znajomy ze Stanów Zjednoczonych uważa, że organizacja szczytu klimatycznego w Katowicach to jak zrobić konklawe w burdelu…

Polska jest liderem wśród trucicieli Europy, mówiąc delikatnie.
Pamiętam doskonale, że gdy zaproponowano, aby COP19 zorganizować w Polsce, jako pierwszy z trzech, które Polska miała organizować, to jednym z argumentów była właśnie polska sytuacja w zakresie energetyki. Polska ma ogromne problemy energetyczne związane z przestarzałym systemem energetycznym i grzewczym, które były i nadal są w dużym stopniu oparte na węglu. Polska ma w związku z tym ogromne potrzeby inwestycyjne sięgające dziesiątków miliardów euro. Ponieważ takie rzeczy nie dzieją się w ciągu 10 czy nawet 20 lat, istnieje potrzeba prezentowania światu, a szczególnie UE, pozytywnej polityki i pozytywnego przekazu, że Polska zdecydowanie opowiada się po stronie tych, którzy ze względu na dramatyczna sytuację zmian klimatu na świecie chcą odgrywać pozytywna rolę. Równocześnie

Polska będzie prezentować swoje potrzeby inwestycyjne, aby pozyskać na nie niezbędne środki z UE.

Na razie środki z UE stoją pod znakiem zapytania, bo trwają prace nad połączeniem funduszy z poziomem praworządności.
Niezależnie od konfliktu z UE na tle kwestii praworządności, Polska nie prezentuje w taki sposób swojej polityki, tylko wręcz deklaruje, że nasza energetyka będzie opierała się na węglu także w przyszłości. To w sytuacji, kiedy jest się organizatorem konferencji na szczycie COP, jest w jakimś sensie kontrproduktywne. To poważnie ogranicza pole działania polskiej dyplomacji w ramach UE, żeby jednocześnie występować z oczekiwaniami finansowymi, które są absolutnie niezbędne. Te wypowiedzi czołowych PiS-owskich polityków są dobrze znane w stolicach europejskich. Przez naszych partnerów są przyjmowane z oburzeniem, podobnie przez bardzo wpływowe organizacje pozarządowe. Ich przedstawiciele są obecni w Katowicach i w związku z tym

cały świat usłyszy o polskich planach energetycznych, a na pewno świat zainteresowanych tą problematyką, co ogranicza pole działania polskiej dyplomacji.

Po swoim wystąpieniu prezydent Duda prosto ze szczytu COP udał się na Barbórkę do kopalni w Brzeszczu. To faux pas?
Barbórka jest Barbórką, a Śląsk odgrywa nie tylko w gospodarce, ale i polskiej tradycji bardzo ważną rolę. Nie przywiązywałbym do tego większej roli. Większą wagę przywiązuję do tego, że Polska rozbudowuje Bełchatów, Kozienice, Ostrołękę. Elektrownia Bełchatów jest największym zabójcą klimatu w Europie, emituje najwięcej CO2. Do tego, jak na ironię, spółka PGE została oficjalnym partnerem przy organizacji COP24. Organizacja Prawników dla Ziemi – ClientEarth – w swojej kampanii społecznej podkreśla znaczenie Bełchatowa. To pokazuje, że to nie są sprawy odrębne, tylko wszystkie składają się na ocenę podejścia polityków polskich do tych spraw.

Problem polskiego węgla i kopalń istnieje od dawna, kiedyś bardziej ze względów strukturalnych i ekonomicznych, dziś ekologicznych. Niejeden rząd już połamał zęby na górnikach…
Śląsk zmienił się bardzo w ostatnich piętnastu latach. Dziś brakuje tu elektryków czy operatorów ciężkiego sprzętu, gdy ci wszyscy ludzie są zatrudnieni w kopalniach, gdzie praca jest cięższa, niebezpieczna i zagraża zdrowiu. Gdy wchodziliśmy w okres transformacji w latach 90., w górnictwie było zatrudnionych 380 tys., dzisiaj 75 tys. Zatem zarówno w sensie społecznym, jak i politycznym to nie jest już problem tak bardzo dramatyczny, jak kilkanaście lat temu. W związku z tym istnieje solidna podstawa do zmiany polityki w tej dziedzinie.

Jeśli zestawimy to z rozstrzygnięciem prawnym, które de facto uniemożliwia działanie firm operujących wiatrakami na lądzie, czego nikt dziś na świecie nie rozumie, jeśli dodamy do tego politykę centralizacji systemów energetycznych, gdy cała Europa odchodzi od takiej polityki, to widać, że rząd podąża w innym kierunku niż cywilizowany świat.

Pytanie, dlaczego rząd nie ma w Polsce tej wizji i chęci odejścia od energetyki nastawionej na węgiel. Rząd boi się konfliktu ze związkowcami, którzy już nie raz pokazali, co potrafią, paląc przed Sejmem opony i manifestując z kilofami?
Popierający PiS NSZZ “Solidarność” stał się teraz jego problemem, ponieważ rząd nie jest w stanie wywiązać się ze swoich obietnic przedwyborczych. Stąd te groźne pomruki ze strony NSZZ “Solidarność” w tej czy innej dziedzinie.

W prawicowych mediach ciągle słyszymy, że problem klimatyczny to wymysł neobolszewicki czy lewacki. To oczywiście w jakimś sensie wiąże ręce rządowi, który na poziomie centralnym musi zdawać sobie sprawę z problemu. Rząd musiałby przewartościować cele i dokonać wyborów o konsekwencjach politycznych.

Ograniczenie wydobycia z kopalń, które ze względu na charakter węgla, jego coraz głębsze, a zatem kosztowniejsze do wydobywania pokłady są coraz trudniejsze i droższe, wydaje się rozsądne. Nawet węgiel australijski czy amerykański jest tańszy. W tej sytuacji rośnie import z Rosji. Za decyzje rządu my wszyscy płacimy naszym zdrowiem. Obecne decyzje, niestety, mają charakter czysto polityczny i nie mają nic wspólnego z przyszłą konkurencyjnością naszego przemysłu, o czym tak dużo rozpowiada oficjalna propaganda. Nie chcę się wyżywać na premierze Morawieckim za jego szczytne deklaracje o milionie samochodów elektrycznych. Cena energii ma wzrosnąć w przyszłym roku o kilkadziesiąt procent. Kwestią dobijającą nasz przemysł są też monopole energetyczne. Nie wystawia się ich na konkurencyjność, chociażby z importowaną elektrycznością. Podsumowując,

jest cały szereg problemów, z którymi powinien uporać się rząd i zaproponować, powiedzmy, 10-letni okres sensownych zmian, wcześniej wynegocjować to z opozycją, ponieważ to musi być wieloletnie porozumienie ponadpartyjne. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jest to bardzo idealistyczne myślenie, bo ten rząd nie negocjuje nawet sam ze sobą. Jednak taką polityką energetyczną rząd nie tylko strzela sobie w stopę, ale nam wszystkim również.

Skoro o szerokich rozmowach z opozycją, to w miniony weekend premier Morawiecki mówił o zmniejszeniu napięcia politycznego: “Nie chcemy, żeby te walki polityczne przypominały walki plemienne, żeby ludzie się tak dzielili. Zapraszamy do merytorycznej współpracy również opozycję, do dyskusji na programy”. Ta wypowiedź to początek kampanii wyborczej i nowa łaskawa twarz PiS-u?
To zostało obliczone na zmianę wizerunku PiS-u, partii radykalnej, która sięga po najostrzejsze środki, aby uzyskać własne cele, zwłaszcza w dziedzinie zmian struktury państwa. Trudno sobie wyobrazić, aby to była poważna propozycja, jeżeli za tym nie pójdą konkretne zmiany w polityce i jej prowadzeniu.

Na razie PiS działa w myśl “najpierw przyłożę wam nóż do gardła, a później się dogadajmy”. Opozycja nie może na to pójść, zresztą byłoby to niezrozumiałe zarówno przez twardych zwolenników PiS-u, jak i tych wszystkich, którzy protestowali i protestują w obronie praworządności i konstytucji.

Zresztą to nie pierwszy raz, kiedy PiS próbuje zmienić twarz. Wcześniej z mniejszym lub większym sukcesem przeprowadzał tego rodzaju operacje, kiedy nagle łagodził swoją retorykę, wykonywał różne gesty pod adresem nie tyle opozycji, co ludzi środka, nie zawsze zdecydowanych. Tak naprawdę zawsze chodziło o grupę, powiedzmy 10 proc., którzy nie są zorientowani co do prawdziwych celów PiS-u, aby przeciągnąć ich na swoją stronę. Mam nadzieję, że tym razem ta sztuka już się nie uda.


Zdjęcie główne: Eugeniusz Smolar, Fot. Flickr/Heinrich-Böll-Stiftung, licencja Creative Commons