Reklama

Przez dwa ostatnie lata można było zarzucać PiS-owi wiele, ale nie to, że nie on ustala agendy polityczne. To się skończyło dwa miesiące temu. PiS jest w defensywie i musi gasić pożary, które sam zainicjował, albo rzeczywistość mu przyniosła. Zwolnienie kilkunastu ministrów jest próbą odwrócenia tego niedobrego dla obozu władzy trendu – mówi nam dr Marek Migalski, politolog. Pytamy też o przyszłość premiera Mateusza Morawieckiego i Beaty Szydło, a także o nadchodzące wybory.

JUSTYNA KOĆ: Premier odwołał 17 ze 126 wiceministrów. To dużo?

MAREK MIGALSKI: Przypomnę, że według obietnic pana premiera tych dymisji miało być ponad 20 procent. Na razie jest mniej, mimo to politycznie to dobry ruch i tego oczekuje społeczeństwo. Nie ma tu znaczenia, czy to jest mądre, czy nie i czy usprawni proces podejmowania decyzji. Ludzie na wieść, że Polska ma największą liczbę ministrów i wiceministrów, reagują źle. Odwołanie ich jest zresztą pierwszym od jakiegoś czasu wyprzedzającym ruchem, odzyskującym inicjatywę dla obozu władzy.

Ostatnie kilka tygodni to jest ciąg wpadek i potknięć tego rządu.

Zwróciłbym jeszcze uwagę, że wśród odwołanych jest Rafał Bochenek, to wyraźnie zaczepny fakt wobec Beaty Szydło, zawężający już i tak jej ograniczone królestwo. To też odsunięcie jej jeszcze dalej w kąt. Jestem przekonany, że dokonało się to za wiedzą i aprobatą Jarosława Kaczyńskiego. Co z kolei oznacza, że

Beata Szydło ma zostać wygumkowana, aby ewentualne zwycięstwo w wyborach 2019 roku nie było jej przypisane.

To była jedna z tajemnic odsunięcia jej od od władzy trzy miesiące temu.

Reklama

Beata Szydło straciła też chyba to społeczne poparcie dla “naszej Beaty”, kiedy okazało się, że przyznała sobie 65 tys. zł premii.
Oczywiście okazało się, że ta “nasza Beatka” wcale nie jest taka nasza i taka przaśna. Do ludzi stwierdzenie, że rząd zadłużył się na kilka miliardów, mniej przemawia niż to, że pani Beata przyznała sobie tyle premii, ile zarabiają w 2 lata, biorąc pod uwagę średnią krajową. To mogło nadwerężyć nie tylko jej wizerunek w oczach wyborców, ale także całego obozu rządzącego.

To, od czego rozpoczęliśmy naszą rozmowę, mam na myśli kłopoty PiS-u, rozpoczęła właśnie pani premier Szydło, przyznając sobie nagrody.

Powiedział pan, że ruch premiera, czyli dymisje, pozwolił rządzącym odzyskać na chwilę inicjatywę. Co pan miał na myśli?
Przez dwa ostatnie lata można było zarzucać PiS-owi wiele, ale nie to, że nie on ustala agendy polityczne. Wszystko działo się pod dyktando PiS-u, cała polityka toczyła się tak, jak chciał tego Jarosław Kaczyński,

opozycja była w całkowitej defensywie, mogła tylko reagować na to, co wymyślił obóz rządzący. To się skończyło dwa miesiące temu.

Od tamtej pory role się odwróciły. PiS jest w defensywie i musi gasić pożary, które sam zainicjował, albo rzeczywistość mu przyniosła. Zwolnienie kilkunastu ministrów jest próbą odwrócenia tego niedobrego dla obozu władzy trendu.

Premier odzyskał inicjatywę, zwalniając wiceministrów, ale już na pytanie o zarzut ukrywania majątku, co opisał “Newsweek”, nie odpowiedział. Na pytania odpowiadała rzeczniczka rządu, która stwierdziła, że to podły atak na premiera.
Wypowiedź pani rzecznik była nawet ostrzejsza, “to brutalny atak na rodzinę premiera”. Zwróciłbym uwagę na to, że narracja zmieniła się w ciągu kilku godzin. Jeszcze rano politycy PiS-u mówili, że to żadne rewelacje, wystarczy wziąć kalkulator do ręki, aby dojść do takich wniosków. Była to po prostu próba dezawuowania. Później okazało się, że te same doniesienia są brutalnym atakiem na bliźnich.

Te wytłumaczenia są ze sobą sprzeczne, a to oznacza, że w obozie rządzącym problem jest narastający, a przyczyną jest też premier.

Ten ruch ze zwolnieniami wiceministrów jest też próbą przykrycia jego lapsusów, poczynając od tego, co powiedział w Monachium, po wypowiedź, że za wszystkie zbrodnie podczas II wojny światowej odpowiadają Niemcy, co jest absurdem, po ostatnią wypowiedź, która miała być przyjacielska, a okazała się lapsusem językowym, że my jako Polacy powinniśmy być dumni z Marca ’68. Oczywiście premier miał na myśli tych, którzy zachowali się godnie, ale trzeba pamiętać, że w marcu tych było kilkadziesiąt razy mniej niż tych, którzy zachowywali się podle. Strajki studenckie były dużo mniej liczebne niż spędy i masówki Polaków domagających się wysłania syjonistów do Syjonu i walczących z V kolumną. Oczywiście ci ludzie byli inspirowani, ale można było odmówić, zachorować, nie trzeba było brać w tym udziału. Ten lapsus oczywiście od razu wyłapały zagraniczne media.

Pan premier gasi pożary, które sam wywołuje.

Jeżeli dołożymy jeszcze pożary wywoływane przez innych, jak choćby wypowiedzi o zarobkach i głodowych pensjach wicepremiera Gowina i wicemarszałka Bielana, to dochodzimy do pewnego przesilenia?
Ostatnio postawiłem właśnie taką tezę. To jest punkt, którego nie można przeoczyć, zarówno w tkance społecznej, jak i w obozie władzy. To nie jest tylko suma błędów i przypadkowa koincydencja kilku błędnych wypowiedzi, tylko

coś się dzieje wewnątrz obozu władzy, co powoduje, że tego typu wypowiedzi są coraz częstsze, a instynkt samozachowawczy został przytępiony.

W tkance społecznej po dwóch latach, w połowie kadencji następuje naturalne zmęczenie władzą. Ludzie zaczynają być znudzeni rządzącymi, zaczynają chcieć więcej, a może kogoś innego, a ten festiwal prezentów, który dostali od PiS-u, uważają za oczywisty.

To społeczeństwo. A obóz władzy?
To, co dzieje się w obozie władzy, dobrze tłumaczy politologiczna obserwacja, która mówi, że po pewnym czasie, kiedy tort zostanie już przejęty, rozpoczyna się brutalna walka o jego podział. Ci, co dostali mniej, chcą więcej, a ci, co dostali dużo, chcą jeszcze więcej lub przynajmniej zachowana status quo.

Od pewnego momentu znika z perspektywy rządzących opozycja, wyborca, a głównym odnośnikiem działalności jest kolega z rządu, któremu trzeba wziąć agencję, ukraść trochę kompetencji, zaszkodzić przeciekiem prasowym.

Myślę, że z czymś takim zaczynamy właśnie mieć do czynienia, tym bardziej, że oprócz starych frakcji mamy jeszcze frakcję sfrustrowanych “szydłowców”. Wyraźnie widać, że jeżeli przyjmiemy tezę, że rozpoczął się proces eliminacji konkurentów Mateusza Morawieckiego do przywództwa w PiS-ie, które chce mu zostawić Kaczyński, pewne sprawy zaczynają wyglądać na logiczne. Szydło zostaje odsunięta, Macierewicz nagle zostaje uznany za najbardziej rozrzutnego ministra w historii tego rządu, a doniesienia o tym utracjuszostwie wychodzą od Mariusza Błaszczaka, alter ego Jarosława Kaczyńskiego. Dodatkowo zaczyna się zaciskać pętla na szyi Mariusza Kamińskiego i lada chwila się zaczną, lub już zaczęły, tylko jeszcze o tym nie wiemy, kłopoty Zbigniewa Ziobry. Gdyby tak czytać tę liczbę ofiar, to

wychodzi, że jedynym współwinnym mianownikiem jest to, że mogliby stanowić konkurencję dla Mateusza Morawieckiego w dziele odebrania od Jarosława Kaczyńskiego berła w nowogrodzkim królestwie.

A dlaczego Kaczyński chce namaścić Mateusza Morawieckiego? Przecież jest w partii od niedawna, do tego to “bankster” i “doradca Tuska”. W PiS-ie jest wielu wierniejszych.
Np. Brudziński czy Błaszczak, którzy w naturalny sposób, zwłaszcza ten pierwszy, mogliby sięgnąć po przywództwo z rąk Jarosława Kaczyńskiego. To już jest pytanie do psychologa, a nie politologa, i nie mówię tego złośliwie; dlaczego akurat taki typ osobowości upodobał sobie na następcę Kaczyński? Dlaczego nie chce zostawić przywództwa swoim obecnym przybocznym czy hetmanom, a chce dać komuś, kto przybył z daleka? Politologicznie nie można tego wytłumaczyć, tym bardziej, że

ostatnie tygodnie pokazały, że Morawiecki nie jest do tego przygotowany. On po pierwsze nie czuje partii, a po drugie nie czuje polityki. Może i dobrze mówi po angielsku, ale słabo po “politycznemu”.

A być może u Kaczyńskiego również następuje proces weryfikacji tej fascynacji Morawieckim, bo przecież on musi też widzieć to, co my. Może te plany Kaczyńskiego zostaną zweryfikowane, Morawiecki potknie się o kłodę, którą sam rzuci lub która zostanie mu rzucona przez kolegów z partii. Pamiętajmy, że w grze jest jeszcze Andrzej Duda, który też nie pozwoli łatwo na oddanie dusz na prawicy Morawieckiemu.

To, o czym pan mówi, potwierdza usunięcie Antoniego Macierewicza i zapowiedź zakończenia miesięcznic w obecnym kształcie?
Dlatego ja wyliczankę tych, którzy stoją na drodze Morawieckiemu, zacząłem od Macierewicza. Nie przypadkowo też trójka z wymienionych jest wiceprezesami PiS-u: Macierewicz, Szydło i Kamiński. Gdyby dzisiaj, w dalszym ciągu, Szydło budowała swoją popularność w elektoracie, a Macierewicz budował popularność zarówno w wojsku, jak i w aparacie partyjnym, to ich pozycja wobec Morawieckiego byłaby praktycznie niezagrożona. W ciągu dwóch miesięcy te dwie osoby zostały praktycznie wygumkowane z PiS-owiskiej rodziny.

Tak samo robiono u Stalina, gdy nagle znikali Bucharin, Kamieniew czy Trocki. Proszę zobaczyć, że dziś Szydło i Macierewicz są praktycznie nieobecni w przekazie medialnym.

Czy wicepremier Szydło czeka zatem dymisja?
Nie, to by było zbyt brutalne, natomiast racjonalne będzie wysłanie jej w maju przyszłego roku do europarlamentu. To jest tyle samo, co zapakowanie jej w paczkę i wysłanie na Mazury. Beata Szydło zniknie tam na pięć lat i dokładnie na pięć miesięcy przed wyborami parlamentarnymi na jesieni. Ewentualnego zwycięstwa nie będzie można przypisać tylko jej lub premierowi Morawieckiemu albo – czego też nie można wykluczyć – premierowi Kaczyńskiemu.

Myślę, że pani premier z chęcią da się wysłać do Brukseli, miesięczne zarobki w wysokości 40 tysięcy będą godną nagrodą za to, że przez dwa lata wiernie wypełniała polecenia prezesa Kaczyńskiego.

Czy wobec tego nie możemy już mówić o teflonowym PiS-ie, a partia Kaczyńskiego może przegrać najbliższe wybory?
Na pewno dzisiaj wygrana PiS-u w 2019 roku jest mniej prawdopodobna niż wyglądało na to jeszcze dwa miesiące temu. Trzy miesiące temu wydawało się, że PiS jest absolutnym dominatorem sceny politycznej. Ostatni sondaż IBRiS z 2 marca pokazuje, że praktycznie gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to wynik byłby prawie identyczny, jak w 2015 podczas wyborów. To nie oznacza, że w ciągu tych dwóch lat nic się nie zmieniło, bo przypomnę, że był czas, gdy Nowoczesna ocierała się o 30 proc. Natomiast ten sondaż pokazuje, że bardzo dużo się stało, żeby poparcie wróciło do tego sprzed 2,5 roku. Dzisiaj nic nie jest rozstrzygnięte, ale na pewno PiS jest dziś dalej od tego zwycięstwa, którego mogli być prawie pewni dwa miesiące temu.


Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Wikimedia Commons, licencja Creative Commons

Reklama

Comments are closed.