Reklama

Pierwsze dwa lata w Pałacu Prezydenckim Andrzej Duda odcinał kupony od pracy poprzedniego prezydenta i dyplomacji. W październiku 2015 mieliśmy wizytę np. belgijskiej pary królewskiej, ale była to była jeszcze dyplomacja czyniona siłą rozpędu poprzedniej ekipy. Mogło się wydawać, że jest dobrze, bo królowie do nas przyjeżdżają, ale to były w większości rewizyty – mówi nam dr Janusz Sibora, dyplomata, historyk, badacz dziejów dyplomacji oraz protokołu dyplomatycznego. Oceniamy działania prezydenta na arenie międzynarodowej, bo choć w kampanii to nie wybrzmiało, to jest to jedna z podstawowych funkcji prezydenta. Niestety nasz rozmówca w tej sferze widzi wiele niedociągnięć i błędów. – Generalnie dyplomacja polska powinna być wielowymiarowa nie tylko w deklaracjach, ale w działaniu. Mapa podróży prezydenta Dudy pokazuje brak postrzegania polityki w jej globalnym wymiarze. Odnieść można wrażenie, że naszej dyplomacji chyba zepsuł się kompas – mówi

Justyna Koć: W kampanii mało mówi się o polityce zagranicznej, a to jedna z 4 podstawowych kompetencji prezydenta. Za to na oficjalnej stronie prezydenta on sam chwali się specjalną infografiką. Jak pan ocenia te 5 lat dyplomacji prezydenta?

Dr Janusz Sibora

JANUSZ SIBORA: Jak patrzę na tę mapę 5 lat aktywności prezydenta, to rzucają się w oczy białe plamy. Można powiedzieć: dyplomacja białych plam. Patrząc na mapę prezydenckich podróży widać, iż cały świat to scena, ale prezydent sceny tej nie wykorzystał. Roli dźwigającego sklepienie niebieskie Atlasa nie podołał. Formalne wyliczenie wizyt prezydenta to 109 wizyt, choć ta liczba może być myląca, bo były to wizyty różnej wagi. O tym, jak ważne są wizyty, przekonaliśmy się właśnie  w erze koronawirusa. Wideokonferencje nie zastąpią kontaktów bezpośrednich i rozmów w cztery oczy.

Podstępnie spytam, co łączy Hiszpanię, Austrię i Irlandię. Chyba wszystkie trzy to znaczące w Europie kraje.
W ciągu pięciu lat upływającej właśnie kadencji prezydent nie odwiedził żadnego z nich. Zaskakujące. Przypomnę, że wizyty w Hiszpanii składał Kwaśniewski (2003), Kaczyński (2008) i Komorowski (2011). Różna była ich waga, ale były. Szkoda też, że prezydent zapomniał o 150-tysięcznej Polonii w Irlandii. Wiedeń też chyba nie jest odległy od Warszawy.

Reklama

Przykłady te w skondensowanej formie pokazują niedostatki pałacowej polityki zagranicznej.

Prezydent dość monotematycznie podróżował. Są miejsca czy całe kontynenty, gdzie prezydent nie poleciał ani razu. Dlaczego?
Przede wszystkim prezydent przez 5 lat ani razu nie złożył wizyty w Ameryce Południowej, jakby to był kontynent zapomniany. Najbliższym krajem był Meksyk, który leży w Ameryce Środkowej. To była trzydniowa wizyta biznesowa – moim zdaniem potrzebna, ale takich wizyt powinno być dużo więcej. Nie rozumiem, dlaczego, skoro prezydent już tam doleciał, to nie kontynuował podróży. Gdy spojrzymy na naszego sąsiada zza Odry, na wizyty niemieckich prezydentów, to zarówno Gauck, jak i Frank-Walter Steinmeier planowali dłuższe wizyty, kiedy udawali się do Afryki czy Ameryki Południowej. Tydzień trwała wizyta Gaucka w Chile i Urugwaju. Równie starannie była przygotowana ubiegłoroczna wizyta Steinmeiera dla uczczenia Aleksandra Humboldta.

Oczywiście takie wizyty są dobrze przygotowane, a z prezydentem podróżuje duża grupa biznesmenów, szefów dużych korporacji, którzy prowadzą rozmowy handlowe, które kończą się zazwyczaj dużymi kontraktami. To są ewidentne zaniedbania naszej dyplomacji.

Nie wykorzystano setnej rocznicy odzyskania niepodległości, aby pokazać nasz wkład w budowę tego kontynentu. Wystarczy przywołać postać Ignacego Domeyki.

Prezydent również nie odwiedzał państw afrykańskich z wyjątkiem jednego. Może ten kontynent jest nieistotny?
W Afryce prezydent złożył wizytę tylko raz, w 2017 roku w Etiopii, razem z małżonką, ale przy bardzo niskiej obsadzie osób towarzyszących. Nie poleciał tam nawet minister, tylko wiceminister resortu, pani Joanna Wronecka. W tej wizycie chyba chodziło o pokazanie, jak to my pomagamy innym, bo odbyła się w czasie kryzysu z uchodźcami. Jeżeli spojrzeć na wielkość tej pomocy, to w latach 2011-2016 udzieliliśmy pomocy na niecałe 7 mln zł. To kropla w morzu, raczej niewielkie projekty, mikropomoc koordynowana przez ambasadę. Oczywiście to także jest istotne działanie, choć bardziej przypomina pomoc misyjną niż państwową. Spójrzmy jeszcze raz za Odrę. Nasi sąsiedzi prowadzą szereg programów pomocowych dla Afryki. W lutym tego roku Steinmeier odwiedził Kenię i Sudan. Angela Merkel jeździła do Afryki na długie podróże.

No dobrze, ale może Polska nie ma z czego pomagać?
Tylko że tu nie chodzi tylko o pomoc finansową, a np. na umożliwienie studiowania. Ci młodzi ludzie, którzy kształcą się w Niemczech, potem awansują społecznie i budują kontakty. My mamy dobre relacje z Wietnamem, bo ci Wietnamczycy, którzy kończyli u nas studia na Politechnice czy Akademii Medycznej, są tam elitą i teraz odcinamy od tego kupony.

Szkoda, że prezydent Duda nie wyciągnął wniosku z tego niesmacznego dowcipu, który opowiadał o samolocie, który spadł do dżungli w Afryce Równikowej. Nie zjedzono profesora z AGH, gdyż wódz plemienia był jego kolegą z AGH.

W drugą stronę te kontakty także nie były rozbudowane, bo w czasie kadencji prezydenta odwiedziły tylko trzy delegacje z Afryki – delegacja z Nigerii, Etiopii i Senegalu. To bardzo mało, zdecydowanie za mało, a wiadomo, że wszyscy biją się teraz o wpływy w Afryce. Stany Zjednoczone i Chiny już mają bardzo dobrze spenetrowany ten obszar. My jesteśmy nieobecni.

To idźmy dalej. Kolejny już nie kontynent, a subkontynent to Indie. Ważny kraj dla Polski?
Indie to mocarstwo regionalne i patrząc na strategiczną i gospodarczą rolę Indii, brak wizyty to duże zaniedbanie. Czyniono przygotowania do pogłębienia relacji polsko-indyjskich przez MSZ, ale gdzieś sprawa się rozsypała. Nie wiem, kto ponosi za to odpowiedzialność, ale faktem jest, że to kolejna biała plama.

Prezydent też nie zdecydował się na wizytę na Bliskim Wschodzie i co ważniejsze, nie był ani razu w Moskwie. To duży błąd?
Bliski Wschód to kolejne puste miejsce na mapie. O tym, jak ważny to strategicznie region, nie trzeba nikogo przekonywać. Trudno mówić o naszej obecności w tym regionie, gdy prezydent w ciągu kadencji odwiedza tylko Jordanię (2016) i Izrael (2017). Wizyta w Jordanii służyła pozyskiwaniu poparcia dla polskiej kandydatury na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Po powrocie prezydent zapowiadał współpracę przemysłów zbrojeniowych i kontrakty.

Pozostało tylko wspomnienie o kocach i śpiworach wręczonych uchodźcom z Syrii i Iraku.

W ciągu pięciu lat na kontakty z Izraelem składały się: udział w ceremonii pogrzebowej Szimona Peresa i wizyta oficjalna w 2017 r. Miało też wówczas miejsce spotkanie z prezydentem Autonomii Palestyńskiej Abbasem. Jeszcze na początku kadencji prezydenta mieliśmy dobre stosunki z Izraelem, niestety potem nastąpiło trwające do teraz ich załamanie. Generalnie jesteśmy w tym regionie nieobecni, a polityka międzynarodowa odbywa się tu na poziomie co najwyżej ministra spraw zagranicznych, bo już nawet nie premiera. Zorganizowanie w Warszawie kontrowersyjnej konferencji w sprawie Iranu, przepraszam poprawność polityczna kazała nazywać ją konferencją bliskowschodnią, nie wzmocniła naszej pozycji w tym rejonie.

Rosja to osobny temat. Szkoda, że nie został wykorzystany dyplomatyczny potencjał spotkania przy stole w siedzibie ONZ, kiedy Obama znając doskonale sytuację w Polsce – że prezydent Duda nie reprezentuje politycznej linii prezydenta Komorowskiego, zaprosił go do stołu. Był to bardzo skomplikowany układ dyplomatyczny, bo oprócz Dudy był też król Hiszpanii, ale

przede wszystkim był Putin, z którym prezydent Duda wznosił toast różowym szampanem.

Tak ułożony plan stołu należało odczytać jako rodzaj zachęty dla debiutującego na salonach polskiego prezydenta. Wydawać się mogło, że Obama próbuje koncyliacyjnie pogodzić różne osobistości przy stole. Sam Duda powinien wówczas wykorzystać tę okazję  chociażby dlatego, żeby zasygnalizować potrzebę budowania bezpośrednich kanałów komunikacji i dialogu. To chyba największy problem polskiej dyplomacji, że poza rozmową na poziomie ministrów, czyli Czaputowicz-Ławrow, w związku z przygotowywaniem nieszczęsnej wizyty w Smoleńsku, która nie doszła zresztą do skutku, to relacje, nawet pragmatyczne między Rosją a Polską praktycznie nie istnieją. To jest pewne wyzwanie, bo pomimo nałożonych sankcji na Rosję po aneksji Krymu, dyplomację francuską i niemiecką stać na prowadzenie równolegle rozmów z Moskwą. My tego typu rozmów nie prowadzimy. Oczywiście Moskwa to też w jakiś sposób rozgrywa, ale to my tracimy. Był moment, że braliśmy udział w rozmowach nt. kwestii ukraińskiej, ale potem z tych rozmów zostaliśmy de facto wyproszeni.

„Dyplomacja nie jest ulicą jednokierunkową” i czysto pragmatyczne relacje z Rosją wymagają rozmów politycznych. Tymczasem my mamy rozmowy na poziomie ministrów spraw zagranicznych, którzy się spotykają na terenie państwa trzeciego.

To ogromny regres, a akredytowany w Warszawie ambasador Federacji Rosyjskiej wyraża pogląd, że te relacje są najniższe od dziesięcioleci. Fakt jest taki, że to państwo, z którym graniczymy i chociażby kwestia Królewca-Kaliningradu i kwestie strategiczne, obligują prezydenta do prowadzenia w przyszłości aktywnej polityki wschodniej.

Podsumowując, „dobra zmiana” w polityce zagranicznej Pałacu Prezydenckiego niezbyt się udała?
Pierwsze dwa lata w Pałacu Prezydenckim Andrzej Duda odcinał kupony od pracy poprzedniego prezydenta i dyplomacji. W październiku 2015 mieliśmy wizytę np. belgijskiej pary królewskiej, ale to była jeszcze dyplomacja czyniona siłą rozpędu poprzedniej ekipy. Mogło się wydawać, że jest dobrze, bo królowie do nas przyjeżdżają, ale to były w większości rewizyty.

Proszę zobaczyć, jakie wizyty mieliśmy w ostatnich 2 latach, które byśmy zapamiętali. W tym roku oficjalna wizyta państwowa – te przymiotniki są w dyplomacji ważne – którą pamiętamy, to wizyta Macrona w Polsce. To też była zresztą rewizyta.

Prezydent Francji długo się zastanawiał nad  przyjazdem do Polski, bo tu też mieliśmy solidne załamanie w stosunkach polsko-francuskich. Ta wizyta formalnie poprawną, ale skromną oprawę protokolarną – po pierwsze nie towarzyszyła prezydentowi Francji małżonka, moim zdaniem nie przypadkiem. Po drugie wizyta była bardzo krótka, a wieczorem nie było tradycyjnego obiadu, tylko zostało wydane „oficjalne śniadanie” po przyjeździe Macrona. W dyplomacji to wydarzenie o niższym znaczeniu. Następnego dnia podczas pamiętnego wykładu na Uniwersytecie Jagiellońskim prezydentowi Macronowi nie towarzyszył prezydent Duda. W dyplomacji to łatwe do odczytania sygnały.

Patrząc na aktywność prezydenta widać, że Chiny są przed Japonią. Dwie wizyty w Chinach i ani jednej w Japonii.
Nieobecność polskiej głowy państwa w październiku 2019 r. na historycznej ceremonii intronizacji cesarza Naruhito uznać należy za poważny błąd. Uroczystość miała wymiar światowy, a na jej marginesie przeprowadzano wiele dwustronnych rozmów. Wizyta w Australii też nie należała do udanych. Gospodarze obniżyli rangę rozmów.

Pamiętajmy, że Pałac Prezydencki nie jest jedynym miejscem, gdzie realizuje się politykę zagraniczną. Był okres napięć między Pałacem a MSZ.

Generalnie dyplomacja polska powinna być wielowymiarowa nie tylko w deklaracjach, ale w działaniu. Mapa podróży prezydenta Dudy pokazuje brak postrzegania polityki w jej globalnym wymiarze. Odnieść można wrażenie, że naszej dyplomacji chyba zepsuł się kompas.


Zdjęcie główne: Spotkanie w siedzibie ONZ, 2015 r., Fot. Flickr/United Nations Photo/Amanda Voisard, licencja Creative Commons; zdjęcie w tekście: Janusz Sibora, Fot. Rosanna Sibora

Reklama