Reklama

Wprawdzie zjednoczona opozycja przegrała z PiS-em (i to więcej niż o włos), to polityczny krajobraz Polski wyglądałby inaczej, gdyby opozycja nie poszła do wyborów zjednoczona. Wówczas mielibyśmy sytuację jak na Węgrzech, gdzie żadna siła nie jest realnym zagrożeniem dla partii Orbána. W tej chwili potrzeba uspokojenia nastrojów i realnego namysłu nad dalszą strategią, ale to, co dzieje się po stronie opozycji, zarówno polityków, jak i komentatorów, to rodzaj histerii. Rozumiem, że wygrana PiS-u może powodować takie nastoje, ale warto jednak zastanowić się spokojnie, co poszło nie tak – mówi nam dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. Analizujemy kampanię wyborczą do PE i pytamy o nadchodzącą do parlamentu krajowego. – Próba ścigania się z PiS-em na nacjonalizm i “wartości religijne” jest skazana na porażkę, bo opozycja nie przelicytuje w tej kwestii partii rządzącej, która ma po swojej stronie hierarchów Kościoła i “republikę proboszczów” – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Donald Tusk skomentował wybory europejskie, zwracając się do opozycji: gdybyście mieli się podzielić, to zastanówcie się trzy razy, czy na pewno macie podzieleni pomysł na zwycięstwo. Czy nie jest za późno na taki apel?

JACEK KUCHARCZYK: Mam nadzieję, że nie jest za późno i w pełni zgadzam się z tym apelem. Wprawdzie zjednoczona opozycja przegrała z PiS-em (i to więcej niż o włos), to polityczny krajobraz Polski wyglądałby inaczej, gdyby opozycja nie poszła do wyborów zjednoczona. Wówczas mielibyśmy sytuację jak na Węgrzech, gdzie żadna siła nie jest realnym zagrożeniem dla partii Orbána. W tej chwili potrzeba jest uspokojenia nastrojów i realnego namysłu nad dalszą strategią, ale to, co dzieje się po stronie opozycji, zarówno polityków, jak i komentatorów, to rodzaj histerii. Rozumiem, że wygrana PiS-u może powodować takie nastoje, ale warto jednak zastanowić się spokojnie, co poszło nie tak. Tymczasem obserwujemy licytowanie się na coraz bardziej niemądre zarzuty i wzajemne krytyki. To służy PiS-owi, a szkodzi opozycji całej, od Biedronia i Lewicy Razem po obecną Koalicję. Dlatego

mam nadzieję, że apel Tuska będzie skuteczny i przyczyni się do pewnego wyciszenia złych emocji.

Najbardziej niezadowolony jest PSL. Władysław Kosiniak-Kamysz powiedział nawet o KE, że “ten etap jest już za nami”. Czy PSL powinien czuć się aż tak rozczarowany?
Jest bardzo prawdopodobne, że bez koalicji PSL wylądowałby poniżej progu wyborczego, co pokazywały liczne badania przed wyborami. Biorąc pod uwagę, że głównym motorem mobilizacji wyborczej na wsi i małych miejscowościach była kwestia “obrony Kościoła”, PSL i tak by sromotnie poległ w tym starciu, nawet jeśli odciąłby się od reszty Koalicji. W wielkich miastach mobilizowali się wyborcy bardziej  liberalni i tylko dlatego, że PSL do tego bloku dołączył, dostał te 3 mandaty. Mimo to uważam, że udział PSL w KE był wartością dodaną dla obu stron, dzięki niej głosy tych, którzy na wsi nie głosowali na PiS, nie przepadły. Oczywiście to nie oznacza, że PSL nie powinien zgłaszać rozsądnych postulatów w kierunku tego, jak Koalicja ma wyglądać w przyszłości, na jakich wartościach ma się opierać i jakie założenia programowe ma przyjąć. Mam nadzieję, że te słowa Kosiniaka-Kamysza są bardziej otwarciem dyskusji, niż decyzją określającą kierunek działań PSL w nadchodzących wyborach parlamentarnych.

Reklama

A co, jeżeli rozpadnie się KE i partie pójdą osobno?
Obawiam się, że wówczas jesienią nastąpi prawdziwa “rzeź niewiniątek”. Bardzo możliwe, że ani SLD, ani PSL, ani Nowoczesna nie przekroczą progu wyborczego, a wówczas PiS zyska większość konstytucyjną. Bardzo możliwe, że powtórzy się to samo, co w 2015 roku, tylko przy jeszcze większej wygranej PiS-u.

Partie opozycyjne powinny pozostać razem nie tylko ze względu na prostą arytmetykę, wskazującą, że głosy inaczej się przeliczają, jeżeli są oddane na jedną listę zamiast na cztery czy pięć list. Wielką zaletą wspólnej listy jest też to, że ogranicza wyniszczające walki po stronie opozycji.

W wyborach europejskich widzieliśmy to przede wszystkim w wykonaniu partii Roberta Biedronia, to znaczy często można było odnieść wrażenie, że głównym wrogiem Wiosny była KE, a nie PiS. Według niektórych polityków Wiosny Koalicja była zbyt mało postępowa, nie różniąca się od PiS-u. Moim zdaniem to podejście zaszkodziło samej Wiośnie, ale także oczywiście Koalicji. Szeroka lista opozycyjna wykluczyłaby takie działania, a nawet gdyby miały miejsce, to w dużo mniejszej skali. Żeby oddać sprawiedliwość, to również politycy KE ostro atakowali Wiosnę, to nie był budujący spektakl dla zwolenników opozycji czy przeciwników PiS-u. Teraz po wyborach dobrze by było, gdyby każdy bił się we własne piersi, tymczasem obserwujemy gremialne bicie się w cudze.

Wiosna dostałą 6 proc. To porażka czy już klęska?
Na pewno można powiedzieć, że i KE, i Biedroń ponieśli porażkę, ale dla Biedronia ta porażka jest bliska klęski. Dla KE to wciąż dotkliwa porażka, która zamieni się w klęskę, jeśli Koalicja się rozpadnie. Natomiast wynik Biedronia wygląda jak klęska, jeśli wziąć pod uwagę jego przedwyborcze zapowiedzi i oczekiwania jego zwolenników. Obecne tłumaczenie, że przecież to nowa partia i że to usprawiedliwia jednocyfrowy wynik, jest mało przekonujące. Przecież

w czasie kampanii słyszeliśmy, że Polacy czekają na nowe ugrupowania, bo mają dość “duopolu PiS i PO”. To się nie sprawdziło w przypadku Konfederacji, słabo wyszło w przypadku Wiosny.

Dziś słyszy się, że mamy patrzeć na nich łagodniej, bo dopiero zaczynają. Oczywiście to nie jest prawda, bo Biedroń jest w polityce od dawna. Wiosna wypadła słabo także dlatego, że nie potrafiła zintegrować środowisk lewicowych. Przykładem tego jest fakt, że nie potrafili dogadać się z Razem, choć to oczywiście obciąża konto obu partii lewicowych. Przy takim wyniku w wyborach europejskich nie jest przesądzone, czy jesienią w ogóle przekroczy próg wyborczy.

Powiedział pan, że wynik KE to porażka, ale jeszcze nie klęska. Pytanie, czy przy tych nakładach finansowych, jakie PiS rzucił w kampanii, i propagandzie w mediach publicznych zwycięstwo było w ogóle możliwe.
Tego oczywiście nie wiemy, bo to znowu gdybanie. Na pewno te warunki rywalizacji odbiegały od tego, co można nazwać równym boiskiem.

Wykorzystane zostały środki, które w swojej dyspozycji ma tylko partia rządząca i to w bardzo bezwstydny sposób. Wykorzystanie zasobów publicznych na taką skalę to są praktyki, które obserwowaliśmy w Rosji zanim ostatecznie zduszono tam opozycję.

Z drugiej strony duża część społeczeństwa jest jednak przeciwko kontynuacji polityki PiS-u i ta część nie dostała od KE tego, na co liczyła. Popełnione zostały błędy i pewne przewagi, które miała KE, nie zostały wykorzystane, a wręcz zmarnowane. Część z nich PiS bardzo zgrabnie zneutralizował, jednocześnie KE nie potrafiła odpowiedzieć tym samym na działania partii rządzącej. Przez ostatnie 2-3 tygodnie panował totalny chaos komunikacyjny po stronie Koalicji. Wyśmiewanie się z hasła PiS-u, że “Polska sercem Europy”, nie wystarczyło. Z dzisiejszej perspektywy widzimy, że to hasło PiS-u zadziałało i podważyło cały dyskurs mówiący, że PiS wyprowadzi Polskę z Europy. Koalicja odpuściła ten temat i właściwie cała próba przekonania wyborców, że jeżeli chcą być nadal w Europie, to nie powinni głosować na PiS, runęła. Nawet kwestia sporu rządu z Komisja Europejską i skarg do TSUE została pominięta. Podobnie kwestia niesamowitej arogancji władzy, korupcji i zawłaszczania państwa dla realizacji interesów partyjnych i prywatnych nie została skonsumowana przez opozycję.

PiS z kolei narzucił własną narrację – że bronią rodziny, Kościoła, tradycji i narodu – i na tę narrację KE nie znalazła sensowej odpowiedzi. Co więcej, obecnie patrząc na deklaracje powyborcze niektórych polityków i zwolenników Koalicji, potępiające “wojnę z Kościołem” i “obrażanie wierzących”, boję się, że to bardzo krótkowzroczna i szkodliwa reakcja.

PiS zmonopolizował dyskurs patriotyczno-religijny.

Próba ścigania się z PiS-em na nacjonalizm i “wartości religijne” jest skazana na porażkę, bo opozycja nie przelicytuje w tej kwestii partii rządzącej, która ma po swojej stronie hierarchów Kościoła i “republikę proboszczów”. Próba obarczania winą za sukces PiS działaczy LGBT, którzy upominali się (czasem w malowniczy sposób) o swoje prawa, nie wydaje mi się zbyt rozsądną reakcją i nie widzę tu żadnej strategii politycznej. Społeczeństwo jest w tych sprawach bardzo spolaryzowane i długo takie pozostanie. To pozwoliło PiS użyć tej kwestii do mobilizacji swojego elektoratu. Fakt, że PiS potrafił tak zręcznie rozegrać kwestie praw mniejszości seksualnych, tak jak wcześniej cynicznie rozegrał sprawę uchodźców,  spowodował, że obecnie polityczne centrum się usztywniło. Dalsze licytowanie się z PiS-em na konserwatyzm będzie ogromnym błędem.


Zdjęcia główne: Jacek Kucharczyk, Fot. ISP; Fot. Flickr/Heinrich-Böll-Stiftung, licencja Creative Commons

Reklama