Reklama

Ostateczny dowód na cynizm Kaczyńskiego? Rosjanie ponoć zabili mu brata w Smoleńsku, on jednak całkowicie świadomie współpracuje z ich ludźmi w niszczeniu Unii Europejskiej. Postawił na Marine Le Pen, ponieważ jej zwycięstwo oznaczałoby totalny paraliż Zachodu. Szampana otwieraliby Kaczyński z Morawieckim i Orbán z Putinem, jednak Kijów byłby stracony. Można wyobrazić sobie większy cynizm? Ja nie potrafię, a nie jestem dziewicą (nawet konsystorską) i widziałem już wiele (nawet przeglądając się w lusterku do golenia) – pisze Cezary Michalski

Kaczyński postawił na Marine Le Pen, bo jej zwycięstwo to paraliż Unii

W miarę zbliżania się kolejnej rocznicy katastrofy smoleńskiej narastają dwie całkowicie zaprzeczające sobie narracje Kaczyńskiego – antyrosyjska i prorosyjska. Z jednej strony mamy bowiem niespodziewany powrót teorii o przeprowadzonym przez Rosjan smoleńskim zamachu. Z drugiej strony mamy zaangażowanie się PiS-u we francuską kampanię wyborczą. Oczywiście po stronie wspierającej Putina Marine Le Pen, przeciwko przeciwstawiającemu się Putinowi Emmanuelowi Macronowi.

Mateusz Morawiecki zaatakował Macrona w ostatnim tygodniu kampanii przed pierwszą turą wyborów prezydenckich we Francji. Zarzucił kolaborowanie z Rosją politykowi, który dostarcza dziś na Ukrainę broń, przyjmuje ukraińskich uchodźców i pomaga wypracować unijne sankcje przeciw Rosji. Zrobił to, aby pomóc polityczce, która jest utrzymywana przez Putina, uważa Ukrainę za jego własność i od lat próbuje osłabić zarówno Unię Europejską, jak też NATO.

Morawiecki spełnił tu wyłącznie rolę „głosu swego pana”. Od 2015 roku mówi bowiem tylko to, co Kaczyński chciałby usłyszeć, a także to, co Kaczyński sam chciałby powiedzieć

(nie każdą bowiem z rzeczy, które mówi Morawiecki, wypowiedzieć by mu wypadało, ale od tego właśnie ma swoje megafony).

Reklama

Ostateczny dowód na cynizm Kaczyńskiego? Rosjanie ponoć zabili mu brata w Smoleńsku, on jednak całkowicie świadomie współpracuje z nimi i ich ludźmi w niszczeniu Unii Europejskiej. Z jednej strony na użytek wewnętrzny snuje „jagielloński mit”, składający się z niedoszłej katastrofy w Tbilisi, zrealizowanej katastrofy w Smoleńsku i własnej PR-owej wyprawy do Kijowa. Z drugiej jednak strony, w politycznym realu, wspiera Marine Le Pen, Salviniego, Vox i innych polityków czy ugrupowania, które nie tylko, że nie mają nic wspólnego z dawnym jagiellońskim parciem łacińskiego Zachodu na Moskwę, ale pomagają przejąć Moskwie polityczną kontrolę nad dawnymi stolicami łacińskiego Zachodu: Paryżem, Rzymem, Madrytem.

Można wyobrazić sobie większy cynizm? Ja nie potrafię, a nie jestem dziewicą (nawet konsystorską) i widziałem już wiele (nawet przeglądając się w lusterku do golenia).

Bruksela wciąż groźniejsza od Kremla

To prawda, że Macron nie był liderem antyrosyjskiej polityki wśród przywódców UE (choć tym bardziej nie był nim strategiczny partner PiS-u w rozbijaniu Unii, czyli Viktor Orbán). Realizował raczej (szczęśliwie z umiarem) tradycyjną francuską linię polityczną, która od półtora wieku każe widzieć w Rosji geopolitycznego sojusznika Francji.

Tym bardziej ważne jest to, że po ataku Rosji na Ukrainę Macron zachował się nieomal nieskazitelnie. Zdecydował się wysłać na Ukrainę francuską broń. Potwierdził zaangażowanie Paryża w działania NATO, na czym zyskuje też Polska. Politycy obozu Macrona jednoznacznie krytykują Kreml i uczestniczą we wszystkich broniących Ukrainy inicjatywach dyplomatycznych Zachodu, włącznie z kolejnymi sankcjami nakładanymi na Rosję.

Zaatakowanie przez Morawieckiego (a więc przede wszystkim przez Kaczyńskiego) Macrona po to, aby wesprzeć jednoznacznie proputinowską Marine Le Pen, potwierdza po raz kolejny, że

antyrosyjskość i proukraińskość PiS-u są teatrzykiem odgrywanym na potrzeby krajowej publiczności,

przede wszystkim na potrzeby tradycyjnie antyrosyjsko uwarunkowanego elektoratu polskiej prawicy.

Podczas gdy prawdziwym priorytetem Kaczyńskiego i Morawieckiego jest – nawet w obliczu wojny w Ukrainie – osłabianie Unii Europejskiej, budowanie „strategicznych relacji” z każdym wrogiem Brukseli, gromadzenie politycznych aktywów, które docelowo mają pozwolić Kaczyńskiemu na zdemontowanie wszystkich międzynarodowych bezpieczników i wsparć dla demokracji w Polsce.

Tak aby mógł, już bez przeszkód zewnętrznych, dokończyć budowanie w Polsce własnego peryferyjnego autorytaryzmu, który strukturalnie (jeśli chodzi o wchłonięcie przez rządzącą partię mediów, sądów, publicznej i prywatnej własności…) nie ma się różnić od peryferyjnego autorytaryzmu Rosji czy Węgier.

Kaczyński wie, że od tego, kto będzie rządził Francją po tych wyborach, zależy los Unii Europejskiej, los liberalno-demokratycznego Zachodu, a w najbliższym terminie także los broniącej się przed Putinem Ukrainy. Postawił na Marine Le Pen, ponieważ jej zwycięstwo oznaczałoby totalny paraliż Zachodu.

Marine Le Pen wyciszyła w tej kampanii swoje ataki na Unię, podobnie jak Kaczyński w różnych kampaniach wyborczych (kiedy potrzebował poszerzenia swojego elektoratu, wyjścia z własnej bańki, aby zdobyć władzę) wyciszał np. hasło „zamachu w Smoleńsku” i przedstawiał się jako umiarkowany i przewidywalny polityk, aby porzucić tę maskę już w wieczór wyborczy.

Le Pen od paru tygodni nie mówi zatem o wyjściu Francji z UE czy nawet o natychmiastowym referendum na temat odejścia Francji od euro.

Nie znaczy to, że którykolwiek z tych strategicznych celów francuskiej skrajnej prawicy został przez nią i przez jej partię porzucony. Nawet jednak dziś, w sytuacji wojny na Ukrainie, Marine Le Pen powtarza argumenty na rzecz wycofania się Francji z NATO-wskiej współpracy, oczywiście pod hasłem „odzyskania suwerenności”.

Wzmocniły się też w jej retoryce motywy antyniemieckie (to chyba pożyczka od PiS-u), szczególnie w obszarze odrzucenia współpracy Francji z Niemcami w polityce obronnej.

Zamiast Europy Ojczyzn, Europa plemion

Choć na poziomie kampanijnej retoryki Marine Le Pen ogłasza dziś, że jest spadkobierczynią koncepcji „Europy Ojczyzn” Charlesa de Gaulle’a, to faktyczny program jej i jej obozu oznacza powrót naszego kontynentu do epoki Europy egoistycznych i zwalczających się plemion. Gotowych się wzajemnie sprzedawać, zdradzać i rzucać sobie do gardeł, z czego oczywiście natychmiast skorzystaliby wrogowie Zachodu.

Zwycięstwo Marine Le Pen nad Emmanuelem Macronem oznaczałoby natychmiastowe wycofanie się Francji ze wspólnego antykremlowskiego frontu Zachodu,

zatrzymanie transportów francuskiej pomocy wojskowej i humanitarnej dla Ukrainy, nie mówiąc już o zamknięciu Francji dla ukraińskich uchodźców. A tych przybyło nad Sekwanę do końca marca trzydzieści sześć tysięcy, przede wszystkim z Polski. Macron złożył też deklarację (ryzykowną w końcówce kampanii wyborczej), że w pierwszym rzucie jego kraj może przyjąć do stu tysięcy uchodźców z Ukrainy.

Wobec czterech milionów Ukraińców, którzy do tej pory uciekli ze swego kraju przed wojną, to może za mało, jednak zdecydowanie więcej, niż zero uchodźców z Syrii przyjętych przez państwo PiS w czasie pierwszego kryzysu emigracyjnego z 2015-2016 roku, który dotknął przede wszystkim Grecję, Włochy i Francję.

Zwycięstwo Marine Le Pen oznaczałoby wycofanie się Francji ze zintegrowanych struktur wojskowych NATO, a także kompletny paraliż podjętych po wybuchu wojny w Ukrainie inicjatyw Unii Europejskiej dotyczących głębszej współpracy wojskowej, obronnej i technologicznej.

Przejęcie władzy we Francji przez Marine Le Pen oznaczałoby natychmiastowy kryzys Unii Europejskiej i natychmiastowy kryzys NATO.

To trochę tak, jakby Putinowi przybyło na Ukrainie kilkanaście świetnie uzbrojonych i zupełnie świeżych dywizji.

Szampana otwieraliby Kaczyński z Morawieckim i Orbán z Putinem, jednak Kijów byłby stracony.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński i Marine Le Pen w Warszawie, Fot. Twitter/MLP_officiel

Reklama