Reklama

Kampania prezydencka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie początkowo upływać (co najmniej do stycznia, ale być może także po styczniu) w cieniu wyborów lidera PO na następne lata. A także w cieniu ulubionej zabawy mediów i celebrytów, czyli „przede wszystkim trzeba zniszczyć Grzegorza Schetynę, potem się zobaczy” – pisze Cezary Michalski i przedstawia parę banalnych rad dla kandydatki PO. „Pierwszy z pozytywnych warunków, które musi spełnić Małgorzata Kidawa-Błońska, to utwardzenie nie tylko własnego wizerunku (na razie jest ona przez lewicowych i prawicowych populistycznych żuli rozpruwana jako „polska Maria Antonina”), ale także wykształcenie w sobie realnego „killer-instynktu”. Zdolności przeżycia w najbardziej brutalnych i pozbawionych reguł zapasach w błocie, bo tym właśnie będzie kampania prezydencka z udziałem prawicowych i lewicowych populistów” – podkreśla

Jak się wydostać z populistycznej ustawki „elity” kontra „lud”

Dla Platformy Obywatelskiej skończyły się prawybory, zaczęła się kampania prezydencka. Prezydenckie prawybory Platformy Anno Domini 2019 nie były tak nagłośnione, jak prawybory PO sprzed dziewięciu lat. Wtedy jednak Platforma była partią władzy, dziś nie jest, więc nie tylko państwowe media przejęte przez PiS, ale także najbardziej oportunistyczna część niepisowskich celebrytów i mediów nie postrzega dzisiaj PO jako dysponenta fruktów i kar. Stąd nieporównanie większy krytycyzm.

Ci sami nieraz ludzie, którzy przed dziesięciu laty wychwalali pojedynek pomiędzy Sikorskim i Komorowskim, dziś „miażdżyli” pojedynek Jaśkowiaka i Kidawy-Błońskiej, mimo że wówczas Komorowski i Sikorski też byli przede wszystkim lojalni wobec swojej politycznej formacji, a wobec siebie nawzajem również pozostawali nieporównanie mniej „bojowi” i „zaczepni”, niż obaj potrafili być wcześniej i później w kontekstach zewnętrznych.

Te prawybory przebiegły jak mogły najlepiej w sytuacji, kiedy za dobre słowo na temat Platformy nie dostawało się nagrody ani od władzy, ani od opozycyjnego salonu, a na samego pomysłodawcę prawyborów, Grzegorza Schetynę, lał się medialny hejt.

Jaśkowiakowi nikt nie oberwał skrzydełka czy nóżki, pozostanie ważnym personalnym zasobem Platformy Obywatelskiej. Nie tylko w lokalnej skali Poznania, bardziej rozpoznawalnym w polityce ogólnopolskiej, właśnie dzięki prawyborom.

Reklama

Małgorzata Kidawa-Błońska wyleczyła się z traumy, jaką był dla niej trudny początek kampanii (kontrkandydat zgłoszony w ostatniej chwili, nakładanie się sporów wewnętrznych w PO na spór między kandydatami), a skala jej zwycięstwa na konwencji (345 do 125) pokazała jej samej, że we właściwej kampanii prezydenckiej będzie miała polityczne zaplecze.

Również sama Platforma pokazała jedność – co jest kluczowe w sytuacji, kiedy PiS rusza do kolejnej autorytarnej ofensywy, a PO jest dla niej praktycznie jedyną istotną polityczną przeszkodą.

Mimo że znaczna część partii miała – wedle mediów – kontestować samą ideę prawyborów (bo była autorstwa Schetyny), w decydującym głosowaniu oddano tylko 5 głosów nieważnych.

Sojusz populistów

Właściwa kampania prezydencka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie jednak początkowo upływać (co najmniej do stycznia, ale być może także po styczniu) w cieniu wyborów lidera PO na następne lata. A także w cieniu ulubionej zabawy mediów i celebrytów, czyli „przede wszystkim trzeba zniszczyć Grzegorza Schetynę, potem się zobaczy”.

PiS złożyło właśnie w Sejmie projekt ustawy mającej definitywnie zniszczyć resztki praworządności w Polsce. W tej sytuacji mówienie, że walka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej z Andrzejem Dudą o prezydenturę jest wojną o wszystko, to nie żadne odkrycie, lecz banał. Ma tę świadomość także Jarosław Kaczyński, dlatego stara się wyposażyć do tej walki Andrzeja Dudę w kolejne pieniądze, przywileje, „dary” wypychające z rynku pracy kolejne grupy Polaków (w tym obietnice dalszego obniżania wieku emerytalnego, za cenę jeszcze głębszego rozregulowania systemu ubezpieczeń społecznych).

Na to wszystko PiS będzie potrzebowało pieniędzy i będzie te pieniądze zabierać obywatelom. Zarówno grupom, które na PiS raczej nie głosują, jak też wszystkim Polakom po prostu (jak to pokazuje skokowe podniesienie akcyzy na alkohol i papierosy, w czym PiS-owi pomógł Adrian Zandberg i jego dziesięcioro posłów reprezentujących lewicowy populizm, więc chętnie przykładających rękę do niszczenia „liberalnej Polski”).

Żeby Małgorzata Kidawa-Błońska wygrała tę wojnę o wszystko, potrzebne jest spełnienie przez nią (i przez całe jej polityczne zaplecze) paru warunków, które nie są łatwe.

Na pewno pułapką byłoby skupienie się wyłącznie na odpieraniu kolejnych PiS-owskich ofensyw – przeciwko sędziom, przeciwko unijnej polityce klimatycznej. Jak pokazały poprzednie cztery lata, tego typu wojny obronne pozwalają mobilizować mniejszość (czasami nawet – jak pokazały wybory do Senatu – jest to nawet większość, tyle że w każdych innych wyborach, łącznie z prezydenckimi, większość podzielona i wcale nie łatwa do zmobilizowania).

Pierwszy z pozytywnych warunków, które musi spełnić Małgorzata Kidawa-Błońska, to utwardzenie nie tylko własnego wizerunku (na razie jest ona przez lewicowych i prawicowych populistycznych żuli rozpruwana jako „polska Maria Antonina”), ale także wykształcenie w sobie realnego „killer-instynktu”. Zdolności przeżycia w najbardziej brutalnych i pozbawionych reguł zapasach w błocie, bo tym właśnie będzie kampania prezydencka z udziałem prawicowych i lewicowych populistów.

Wyznawcy obu populizmów będą rzucać się na kandydatkę PO za każdym razem, kiedy skrytykuje jakiś kolejny gest korupcji politycznej PiS-u, a także szydzić z niej jako z „arystokratki”, mimo że ona sama reprezentuje najbardziej potrzebny dziś Polsce sojusz mieszczaństwa i inteligencji.

Sztandar uczciwego społecznego awansu

Na wszystkie te zaczepki kandydatka Platformy musi odpowiadać mocno i wyraźnie. Nie tylko punktując jałowość i toksyczność populizmu, ale także przedstawiając dla niego centrową i liberalną alternatywą. Konkretną, precyzyjną, na poziomie politycznym, społecznym, ekonomicznym. Tę alternatywę dla populizmu musi uwiarygadniać i wzmacniać całe zaplecze polityczne Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, czyli Platforma Obywatelska, KO, a w drugiej turze – mam nadzieję – także PSL i ta część lewicy, która pozostaje odporna na populizm Adriana Zandberga.

To przedstawienie i uwiarygodnienie alternatywy wobec populizmu musi przyjąć kształt pakietu ustaw i rozwiązań zgłoszonych w Senacie, a następnie dyskutowanych w polskim parlamencie przez cały okres kampanii prezydenckiej.

Wobec kolejnych „darów” Kaczyńskiego i Dudy kandydatka Platformy musi przedstawić zupełnie inne, ale równie konkretne „dary” – rozwiązania prawne, podatkowe, instytucjonalne motywujące do pracy, do kształcenia się, do podejmowania ryzyka wszędzie tam, gdzie populiści prawicowi proponują pieniądze za wyjście z rynku pracy. I wszędzie tam, gdzie do populistów prawicy dołączają się populiści lewicowi głoszący, że praca to przeżytek, praca to przywilej, za który pracujący powinni być finansowo karani, „praca przyspiesza katastrofę klimatyczną” itp.

Rozwiązania zaproponowane przez kandydatkę PO i całą jej formację muszą też wspierać i chronić polskich przedsiębiorców wszędzie tam, gdzie populiści prawicy i lewicy widzą w nich wyłącznie wrogów, „miliarderów”, skarbonki do wytrząsania pieniędzy na polityczne „dary”.

Kandydatka PO, właśnie po to, by uniemożliwić ustawienie jej przez prawicowych i lewicowych populistów jako „arystokratkę”, musi z determinacją i dumą zaproponować mechanizmy ułatwiające w Polsce awans społeczny w oparciu o wykształcenie, pracę i biznesowe ryzyko. Wszędzie tam, gdzie populiści z PiS proponują awans społeczny za cenę partyjnej legitymacji, a populiści lewicowi głoszą, że awans społeczny to najgorsze zło – powoduje rozwarstwienie, wykluczenie, a poza tym w liberalnej demokracji nie jest w ogóle możliwy.

Żeby wygrać wybory w rozbitym przez populizm społeczeństwie, Małgorzata Kidawa-Błońska musi umieć sama przekroczyć granicę (i zaproponować mechanizmy, które tę granicę uczynią łatwiejszą do przekroczenia dla wszystkich) pomiędzy „elitami” i „ludem”. Jedynym sposobem przekroczenia tej granicy, bez kreowania pogardy elit dla ludu i resentymentu ludu wobec elit, jest właśnie merytokratyczny, uczciwy, jak najszerszy społeczny awans.

Broniąc społecznego awansu Małgorzata Kidawa-Błońska będzie miała przeciwko sobie cały snobizm i cały resentyment naszego głęboko rozwarstwionego społeczeństwa. Jeśli jednak merytokratyczny awans społeczny nie stanie się sztandarem jej prezydenckiej kampanii, snobizm i resentyment szybko ją zabiją. Właśnie ich użyją bowiem przeciwko kandydatce Platformy prawicowi i lewicowi populiści.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Małgorzata Kidawa-Błońska, Fot. Flickr/PO

Reklama