Reklama

Corbyn, Sanders, Czarzasty czy Zandberg też chcieliby manipulować ludem. Jednak Trump, Johnson, Kaczyński czy Orbán zawsze sprzątną im ten lud sprzed nosa – pisze Cezary Michalski. Dlaczego lewica na Zachodzie i w Polsce nie skorzystała na epidemicznym kryzysie, choć obnażył on wiele patologii neoliberalnego porządku?

Radykalna antyliberalna i antykapitalistyczna lewica w ogóle nie skorzystała na epidemii koronawirusa i spowodowanym przez nią kryzysie, który faktycznie obnażył wiele patologii neoliberalnego porządku (dziury w systemie opieki zdrowotnej i socjalnej w najbogatszych państwach).

Politycznie tego kryzysu nie dożyli co prawda ani Jeremy Corbyn, ani Bernie Sanders (obaj pamiętający jeszcze czasy zimnej wojny, w których to czasach – podobnie jak dzisiaj – zawsze byli krytyczni wobec liberalnego Zachodu i zawsze fascynowali się peryferyjnymi zamordyzmami). Padli nieco wcześniej nie potrafiąc przejść podstawowego testu, jakim dla polityka jest konieczność przekonania do siebie elektoratu (w przypadku Sandersa choćby elektoratu Partii Demokratycznej). Jednak parę tygodni po politycznej śmierci Corbyna i Sandersa, w momencie pełnej już destabilizacji wielu krajów liberalnego Zachodu, też nie pojawili się żadni ich zauważalni następcy. Ani starsi, ani młodsi.

Także w Polsce lewica w momencie obecnego kryzysu znajduje się na samym dnie. Niżej już upaść nie można.

Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty i Adrian Zandberg próbują co prawda pomagać Jarosławowi Kaczyńskiemu w nagonce na Małgorzatę Kidawę-Błońską i PO. Ale po pierwsze występowanie w roli chłopów z nagonki musi mocno urażać ambicje wszystkich trzech panów. A po drugie nawet w tej roli kiepsko im idzie. W nagonce na Małgorzatę Kidawę-Błońską i PO o całą długość wyprzedza ich Władysław Kosiniak-Kamysz i jego „chłopi” o inteligenckich, a nieraz nawet platformerskich korzeniach (Jacek Protasiewicz, Michał Kamiński, W.T. Bartoszewski – tego ostatniego w żadnym wypadku nie należy mylić z Władysławem Bartoszewskim).

Reklama

Nawet Jarosław Gowin w porównaniu z całym parlamentarnym klubem Lewicy wyrasta na siłacza i rozgrywającego. Nawet jeśli to on jest rozgrywany.

Tym bardziej powraca pytanie o przyczyny obecnej słabości lewicy. Zwykle lewica na takich kryzysach zyskiwała, czasem nawet zdobywała władzę. Włodzimierz Iljicz Lenin bez kompletnego zniszczenia rosyjskiego państwa i społeczeństwa przez I wojnę światową nie mógłby nawet marzyć o zdobyciu władzy. Kiedy swojej rewolucji nihilizmu próbował w 1905 roku, w państwie i społeczeństwie niezdestabilizowanych przez wojnę, przegrał praktycznie ze wszystkimi, nawet z „czarną sotnią”. Dzieło całkowitego zaorania własnego społeczeństwa i państwa, aby Lenin mógł w tym chaosie zabłysnąć, musiało za niego wykonać fatum, czyli los. I wykonało.

Jednak tym razem, nawet w apogeum globalnego zamieszania politycznego, ekonomicznego i społecznego, zamiast sporu prawica-lewica toczy się wyłącznie (w sposób zauważalny, realnie wpływający na wybory społeczeństw i państw) spór pomiędzy liberalną demokracją (uznającą gospodarkę rynkową za ogromną wartość, ale próbującą ją regulować) a autorytarnym oligarchicznym kapitalizmem według modelu chińskiego.

W tę samą stronę na Zachodzie (i jego peryferiach) idą także populistyczne tęsknoty Trumpa, Johnsona, Putina, Orbána, Kaczyńskiego, Morawieckiego. Są to tęsknoty za zniszczeniem do końca liberalnej klasy średniej (a także stworzonych przez nią instytucji i ograniczeń władzy) i domknięciem rządów oligarchii manipulującej ludem.

Epidemia koronawirusa stała się najważniejszym argumentem w tej walce. Wszyscy spierają się o to, czy lepiej daje sobie z nią radę liberalna demokracja, czy autorytarna oligarchia. Kaczyński i Morawiecki zachwycają się chińskimi maseczkami (o wątpliwym stopniu przydatności) przewożonymi wyjątkowo drogim, ale za to gigantycznym sowieckim samolotem (o jego przydatności przesądziła historia, gdyż zniknęło państwo, które zbudowało jego jeden demonstracyjny egzemplarz, a po zniknięciu tego państwa nikt go już produkować nie chciał). Jednak głosu lewicy w tym sporze prawie nie słychać.

W lewicowych bańkach próbuje się bronić tezy, że epidemia pokazała konieczność wprowadzenia gwarantowanego dochodu podstawowego. Antykryzysowa redystrybucja gotówki – zarówno przez rządy bardziej demokratyczne, jak też bardziej autorytarne czy populistyczne – nie ma jednak nic wspólnego z gwarantowanym dochodem podstawowym. No chyba że uznać czeki podpisane przez Donalda Trumpa (opiewające na drobne sumy, jeśli trafiają do milionów jego ludowych wyborców, a na miliony, jeśli trafiają do wielkich korporacji będących sponsorami jego kampanii i jego politycznego zaplecza) to krok w kierunku gwarantowanego dochodu podstawowego.

W istocie jest to wyłącznie krok w kierunku zarządzania coraz bardziej degenerującym się ludem przez coraz bardziej zdegenerowanych oligarchów znanego w starożytnym Rzymie (z czasów upadku Republiki) jako redystrybucja chleba i igrzysk.

Gigantyczne wypływy gotówki drukowanej przez kolejne banki centralne (przez amerykański Fed, ale także przez NBP, którego prezesowi wydaje się tylko, że jest prezesem Fed), też nie oznaczają nawrócenia się kogokolwiek na zasadę stałej socjalistycznej redystrybucji. Przeciwnie, to są wyłącznie działania antykryzysowe. I te interwencje będą po wygaśnięciu epidemii zastąpione przez wszystkie możliwe działania na rzecz motywacji do pracy, motywacji do jak najszybszego odbudowania gospodarczego potencjału własnych państw poprzez wzmocnienie prywatnego biznesu i gospodarki rynkowej.

Tyle tylko, że o ile w UE, w Niemczech, w Skandynawii, w Kanadzie… te działania będą prowadzone przez rządy państw narodowych i organizacje ponadnarodowe z nadzieją ustabilizowania liberalnej demokracji i odparcia populizmu, to w Chinach i Rosji będą ratować stabilność autorytarnych antydemokratycznych rządów, a w Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona czy w USA Donalda Trumpa będą narzędziem populistów próbujących niszczyć kolejne liberalne ograniczenia władzy. Podobnie

w Polsce Kaczyńskiego czy na Węgrzech Orbána gigantyczna kryzysowa redystrybucja gotówki – bez kontroli zewnętrznej, bez jasnych kryteriów – będzie służyła jeszcze szybszemu uwłaszczaniu działaczy partii rządzących, ich rodzin, znajomych, politycznych klientów, wzmacnianiu społecznego zaplecza władzy kosztem osłabiania społecznego zaplecza opozycji.

Komunizm nie ma na problem oligarchii żadnej odpowiedzi. Być może dlatego, że kiedy był jeszcze u władzy (i tam, gdzie jeszcze władzę ma, czyli na Kubie, w Korei Północnej, częściowo też w Wenezueli) sam tworzył i nadal tworzy oligarchię (kartki na żywność dla ludu, sklepy za żółtymi firankami dla nomenklatury). Także „millenialsi komunizm”, który jest mniej brutalny, bierze się bowiem z kompletnej historycznej ignorancji, a także z pewnego rozpieszczenia (antyliberalnymi „komunistami” są częściej młodzi z większych miast i bogatszych rodzin, podczas gdy wśród młodzieży z blokowisk i głębszej prowincji zdecydowanie przeważa antyliberalizm skrajnej prawicy) nie ma na problem oligarchii żadnej odpowiedzi. Corbyn, Sanders, Czarzasty czy Zandberg też chcieliby manipulować ludem. Jednak Trump, Johnson, Kaczyński czy Orbán zawsze sprzątną im ten lud sprzed nosa.

Nawet Szwedzi zdradzili

Także wybór przez Szwecję (i to przez lewicowy rząd) strategii jak najmniejszego „zamknięcia” społeczeństwa w czasie epidemii, maksymalnego utrzymania gospodarki w działaniu, nawet za cenę „kontrolowanego zarażenia i uodpornienia całej populacji” (czyli scenariusz, o którym marzyli Trump i Johnson, ale nie odważyli się go przeprowadzić) wprowadził na radykalnej antykapitalistycznej lewicy kompletne zamieszanie. Znów okazało się, że Szwecja nie jest rajem „millenialsiego komunizmu”. Przeciwnie, jest społeczeństwem mieszczan o chłopskich korzeniach, w pewnych obszarach mocno konserwatywnym, w innych nieco libertariańskim. I

nawet w momencie epidemii ta realna Szwecja, nawet rządzona przez centrolewicowy rząd, okazuje się państwem, w którym biznes jest ceniony, a rodzime korporacje mają silny (czasami nieco zbyt silny) lobbingowy wpływ na rządy, zarówno te prawicowe, jak też lewicowe.

Także po epidemii podstawowy spór będzie się toczył pomiędzy kapitalizmem demokratycznym i regulowanym a kapitalizmem oligarchicznym, autorytarnym i coraz bardziej dziczejącym. Ta część lewicy, która wybierze socjaldemokrację, będzie w tym sporze sensownie uczestniczyć broniąc demokracji i regulowanego kapitalizmu (w Polsce do tej właśnie części lewicy należą Barbara Nowacka czy Dariusz Joński, dlatego się znaleźli w KO). Reszta zamknie się w swojej radykalnej bańce. Nadobecnej w mediach, terroryzującej niektóre wydziały uniwersytetów i składy jury niektórych nagród filmowych czy literackich, ale niemającej żadnego wpływu na rzeczywistość polityczną, społeczną i ekonomiczną.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Tablice Wiosna, Razem, SLD, Fot. Flickr/Lewica Razem-Partia Razem/Paweł Wiszomirski (Lewica Razem), wolna licencja

Reklama