Reklama

Zniknięcie Trumpa z Białego Domu pozbawiłoby populistyczną międzynarodówkę głównego punktu odniesienia i ośrodka siły. A dla samego Kaczyńskiego oznaczałoby zniknięcie ostatniego alibi dla jego polityki będącej współczesną wersją Targowicy – pisze Cezary Michalski

Po zakończeniu konwencji Demokratów i Republikanów amerykańska kampania prezydencka weszła na ostatnią prostą. Przewaga Joe Bidena nad Donaldem Trumpem w sondażach i u bukmacherów nie przesądza o wyniku wyborów, ale przyprawia o coraz większy ból głowy Jarosława Kaczyńskiego i jego najbliższe, najbardziej zideologizowane otoczenie. Zniknięcie Trumpa z Białego Domu pozbawiłoby populistyczną międzynarodówkę, której ważnym ogniwem jest rządząca dzisiaj Polską prawica, głównego punktu odniesienia i ośrodka siły. A dla samego Kaczyńskiego oznaczałoby zniknięcie ostatniego alibi dla jego polityki będącej współczesną wersją Targowicy.

Gdzie w imię „walki z dekadencją liberalnego Zachodu” wyprowadza się Polskę z Unii Europejskiej i zaciąga w obszar, na którym jedynym modelem ustrojowym i jedynym ośrodkiem realnej siły jest autorytarna Putinowska Rosja.

Pragmatyzm Bidena

Joe Biden nie jest zafascynowanym Rosją, Wenezuelą czy Kubą populistycznym lewicowcem w rodzaju Berniego Sandersa. Nie fascynują go też peryferyjni dyktatorzy, jak to było w przypadku konkurującej z nim w walce o nominację Demokratów Tulsi Gabbard, która spotykała się z Baszszarem al-Asadem, żeby zademonstrować swój dystans wobec „amerykańskiego imperializmu”.

Wśród doradców Bidena w obszarze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa są ludzie, którzy przyjmowali Polskę do NATO, współtworzyli politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych w czasach Billa Clintona i Baracka Obamy. Michael McFault, jeden z najbardziej wpływowych ekspertów Demokratów w dziedzinie bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, który w przypadku zwycięstwa Bidena ma szanse stać się osobą odpowiedzialną w Departamencie Stanu za stosunki z Rosją i Europą Wschodnią, był architektem słynnego „resetu” Baracka Obamy w stosunkach z Władimirem Putinem. Kiedy jednak w 2012 roku sam został ambasadorem USA w Moskwie, szybko zrozumiał granice owego „resetu”. Po dwóch latach Putin zmusił Amerykanów do odwołania McFaulta.

Reklama

Z punktu widzenia Kremla nowy ambasador zbyt mocno naciskał na przestrzeganie przez Rosję podstawowych standardów demokracji i praw człowieka, a nawet – co było już z punktu widzenia Putina ostateczną zbrodnią – spotykał się z rosyjskimi opozycjonistami i bronił ich przed represjami władzy.

Do centrowych pragmatyków należy także Jake Sullivan, który pracował dla administracji Obamy, a w przypadku prezydenckiego zwycięstwa Bidena może trafić do Departamentu Stanu lub Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Kolejną postacią, której poglądy mogą wpływać na politykę nowej administracji prezydenckiej, jest były ambasador USA w Warszawie Daniel Fried, który w czasie prezydentury Billa Clintona skutecznie pracował na rzecz przyjęcia Polski do NATO, a do tej pory zachowuje dobre ponadpartyjne stosunki zarówno z Demokratami, jak też z najbardziej pragmatycznymi politykami Partii Republikańskiej.

Trudno się dziwić, że tworzona z udziałem takich ludzi agenda polityki zagranicznej i obronnej Bidena jest po prostu kontynuacją polityki amerykańskiej z czasów Busha seniora, Clintona i Obamy.

Oczywiście dostosowaną do nowych wyzwań, wśród których Biden dostrzega konieczność skutecznej odpowiedzi na wspieraną przez Moskwę populistyczną rewolucję atakującą zachodnie demokracje i rozbijającą jedność Zachodu. Priorytety tej polityki Joe Biden przedstawił w manifeście opublikowanym na łamach Foreign Affairs. Zapowiada tam powrót USA pod swoim przywództwem do polityki globalnego zaangażowania w obronę demokratycznych wartości, ale po pierwsze w maksymalnie realistycznych formach, a po drugie „wraz z przyjaciółmi Ameryki”, do których zalicza Unię Europejską, najważniejsze demokratyczne państwa naszego kontynentu (szczególnie Niemcy), a także tradycyjnych sojuszników USA w Azji.

Biden zrezygnuje z zapowiedzianego przez Trumpa wycofania jednej trzeciej amerykańskiego kontyngentu wojskowego z Niemiec, co oznaczało osłabienie sił NATO na naszym kontynencie i otwierało Putinowi drogę do jeszcze bardziej bezkarnych politycznych i militarnych nacisków na Europę. Najważniejszymi partnerami USA w odbudowywaniu jedności Zachodu mają się znowu stać Bruksela i Berlin, co oznacza utratę uprzywilejowanego statusu przez tych polityków europejskich, którzy – jak Orbán, Kaczyński, Salvini, Marine Le Pen czy politycy AfD – faktycznie pracują (czasem z wyraźnym wsparciem ze strony Putina) na rzecz osłabienia i zniszczenia Unii Europejskiej.

W stosunkach z rządem PiS administracja Bidena też zachowałaby ogromną dozę pragmatyzmu starając się np. utrzymać zawarte już porozumienia wojskowe i kontrakty na zakup przez Polskę amerykańskiego sprzętu wojskowego. Tym bardziej, że

rząd PiS negocjował je z administracją Trumpa na kolanach, co sprawiło, że w nieporównanie większym stopniu realizują one polityczne i biznesowe interesy Ameryki, niż Polski.

I tak np. podpisana 15 sierpnia przez Błaszczaka i Pompeo umowa o współpracy wojskowej gwarantuje Amerykanom całkowite wyjęcie spod polskiej jurysdykcji „czynów lub zaniechań popełnionych przez żołnierzy amerykańskich stacjonujących w Polsce w ramach wykonywania obowiązków służbowych”. To sformułowanie może być wykorzystane w przypadku prawie każdego złamania prawa czy wyrządzenia materialnej szkody.

Rząd PiS zobowiązał się też do skokowego zwiększenia finansowania obecności żołnierzy amerykańskich w Polsce, na poziomie co najmniej pół miliarda złotych rocznie. W ciągu ostatnich paru lat Polska zobowiązała się też do zakupów najdroższego amerykańskiego sprzętu wojskowego, często niedostosowanego do polskich potrzeb obronnych, zazwyczaj bez offsetu i za pieniądze, których wydanie demoluje cały budżet MON przeznaczony na modernizację polskiej armii w ciągu paru najbliższych dekad. Jednocześnie Donald Trump nie zgodził się na „stałą obecność armii amerykańskiej w Polsce”.

Na potrzeby propagandy PiS stworzono pojęcie „ciągłej rotacyjnej obecności” (co faktycznie nie różni się od ustaleń zawartych jeszcze pomiędzy administracją Obamy, a rządem Donalda Tuska), ponieważ obecny amerykański prezydent nie chciał ryzykować gniewu Putina, którego ludzie pomagają mu w kolejnej kampanii wyborczej.

Co zrobi Kaczyński

Pragmatyczne podejście ekipy Bidena zostawia szerokie pole do działania rządowi PiS. Problem polega na tym, że Jarosław Kaczyński i jego dzisiejsze otoczenie polityczne nie potrafi już – albo nie chce – prowadzić pragmatycznej polityki wobec Zachodu.

Jednym z dowodów jest mianowanie nowym ministrem spraw zagranicznych Zbigniewa Raua. O ile dotychczasowy szef MSZ Jacek Czaputowicz był autentycznie prozachodni i potrafiłby prowadzić grę z ekipą Bidena (o ile nie przeszkodziłaby temu jego własna bardzo słaba pozycja w obozie władzy), to

nowy szef MSZ nie ma ani kontaktów, ani kwalifikacji pozwalających mu budować kontakty poza administracją Trumpa.

A jego publiczne wypowiedzi, w których przedstawia demokratyczny i liberalny Zachód jako miejsce zagrażające Polsce pod względem wartości, trafiły do amerykańskich mediów i dyplomatów spalając go jako ewentualnego partnera administracji Bidena i Demokratów.

Publicznie wyrażana przez polskie władze (nie tylko przez nowego szefa MSZ czy Jarosława Kaczyńskiego, ale także przez Andrzeja Dudę, Zbigniewa Ziobrę czy samorządowców PiS ogłaszających kolejne „strefy wolne od LGBT”) pogarda i nienawiść wobec homoseksualistów jest dziś dla politycznych elit Zachodu (zarówno tych bardziej lewicowych, jak też konserwatywnych) nowym antysemityzmem. Ekipa Bidena, niezależnie od swego pragmatyzmu w kwestiach wojskowych czy biznesowych, będzie na takie zachowania reagowała bardzo zdecydowanie, podczas gdy rządząca Polską prawica nie ma gdzie cofać, gdyż „walka z ideologią LGBT” stała się podstawowym elementem jej tożsamości.

Stosunki polsko-amerykańskie zaognia dodatkowo perspektywa „repolonizacji” mediów prywatnych, która miałaby uderzyć także w amerykańskich właścicieli telewizji TVN. Przeciwko tym planom bardzo ostro wystąpiła już nawet mianowana przez Donalda Trumpa ambasador Georgette Mosbacher. Demokratyczna administracja przeciwstawiłaby się takim planom jeszcze bardziej zdecydowanie.

Światopoglądowe utwardzanie się Jarosława Kaczyńskiego, który czuje na plecach oddech Zbigniewa Ziobry (jeszcze bardziej radykalny minister sprawiedliwości potrafił już frontalnie zaatakować USA przy okazji sporów o mienie pożydowskie czy nowelizację ustawy o IPN) sprawia, że

ewentualne zwycięstwo Bidena zostanie przez rządzącą w Polsce prawicę przedstawione jako ostateczny upadek Zachodu, całkowicie zwalniający rząd PiS z lojalności już nie tylko wobec Unii Europejskiej, ale także wobec NATO.

Kaczyński i jego specjaliści od prawicowej wojny kulturowej wychodzą z założenia, że Ameryka, z którą rzekomo zbudowali „uprzywilejowane stosunki”, to po prostu alt-right, czyli nowa radykalnie populistyczna prawica amerykańska będąca coraz większym zagrożeniem dla spójności amerykańskiego społeczeństwa i państwa.

To trochą tak, jakby w latach 30. ubiegłego wieku twierdzić, że uprzywilejowane stosunki z Ameryką gwarantuje posiadanie dobrych relacji z Ku-Klux-Klanem. Oczywiście siła tego „uprzywilejowanego partnera PiS-u w Ameryce” nie skończy się wraz z prezydenturą Donalda Trumpa. Za Trumpem stoją dziś w Ameryce gigantyczne pieniądze w rękach prywatnych i w dyspozycji prawicowych fundacji oraz lobbystycznych grup.

Nawet bez swojego człowieka w Białym Domu te środowiska mogą pozostać dla PiS-u silnym partnerem i punktem odniesienia.

Tutaj wiele zależy jednak od zachowania Partii Republikańskiej. Jeśli jej liderzy wykorzystają ewentualny upadek Trumpa do oczyszczenia się z populizmu i powrotu do bardziej realistycznej linii politycznej, wówczas polska prawica w jej obecnym ideowym kształcie straci ostatniego poważnego sojusznika po stronie Zachodu. Jeśli jednak Republikanie po Trumpie zostaną ostatecznie strawieni przez tamtejszą populistyczną prawicę, polscy prawicowcy wciąż będą mieli swoją „białą Amerykę”, w imię której będą mogli niszczyć Unię Europejską i osłabiać cały demokratyczny Zachód, choćby dla Władimira Putina.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Wizyta Donalda Trumpa w Polsce, Fot. Flickr/Ministry of Foreign Affairs of the Republic of Poland, licencja Creative Commons

Reklama